Kong: Wyspa Czaszki jest lepszy, niż przypuszczałem. Ależ reżyser bawi się schematami!

Recenzje/Film 13.03.2017
Nasza ocena:
Kong: Wyspa Czaszki jest lepszy, niż przypuszczałem. Ależ reżyser bawi się schematami!

Kiedy Samuel L. Jackson przerywa głównej bohaterce monolog o konieczności ratowania Konga krótkim bitch, please!, to wiem, że nie mam do czynienia z typową adaptacją filmu o wielkiej małpie. Kong: Wyspa Czaszki mocno wychodzi poza schemat i to właśnie dlatego jest zadziwiająco dobry.

Mija jedna trzecia filmu nim bohaterowie lądują na tytułowej Wyspie Czaszki. Kong rozkręca się powoli, ale dobre dialogi i cholernie udane zdjęcia wynagradzają brak akcji. Produkcja jest jak sekwencja widokówek. Jak galeria pocztówek. Jedno piękne ujęcie goni drugie, podczas gdy w tle gra rock’n’roll, a dzielni amerykańscy żołnierze odpoczywają po miesiącach walk w Wietnamie.

Próżna jednak ich radość, ponieważ zamiast do domu, lecą na nowo odkrytą wyspę. Dzięki zdjęciom satelitarnym Amerykanie odkrywają nieznaną wcześniej krainę, z kolei administracji USA zależy, aby postawić na niej stopę przed Sowietami. Zimnowojenny wyścig trwa bowiem w najlepsze, a dla krawaciarzy z Waszyngtonu każdy powód do pokazania wyższości nad Ruskimi jest dobry.

Kong: Wyspa Czaszki to nie opowieść o wielkiej małpie. To historia niesamowitego, niebezpiecznego świata.

Reżyser wraz z ekipą odpowiedzialną za efekty specjalne doskonale bawi się oryginałem. Faszeruje wyspę masą potworów, bestii oraz istot, których ludzkość nie widziała nigdzie indziej. Chociaż z pozoru wyspa wygląda jak masa innych, nic nie jest na niej bezpieczne. Lokalna fauna i flora aż gotuje się, aby odebrać życie żołnierzom z Wietnamu.

Bardzo przyjemnie się na to patrzy. O ile nie zepsuliście sobie frajdy zbyt wieloma zwiastunami, czeka was kilka niespodzianek. Nie licząc Konga, na wyspie znajduje się przynajmniej sześć innych gatunków bestii. Na samym szczycie tej hierarchii znajduje się gigantyczna małpa, pilnując porządku w niezdobytym przez człowieka miejscu.

Jeżeli chodzi o efekty specjalne, Kong: Wyspa Czaszki bije na głowę Avengersów, Batmanów i im podobnych.

Obraz jest przepiękny. Wypełniony egzotyką, niesamowitymi miejscami oraz modelami istot tak szczegółowymi, że trudno nie być pod wrażeniem drobiazgowości komputerowych magików. Gdy wielki Kong staje do walki z inną bestią, ogląda się to z zapartym tchem. Delektuje każdą klatką.

Co najlepsze, Kong: Wyspa Czaszki nie generuje uczucia przesytu. W przeciwieństwie do Transformerów Baya, film jest bardzo dobrze prowadzony. Najlepsze zostawiono na koniec. Zamiast najeść się już w połowie, apetyt widza jedynie rośnie i rośnie. Prawdziwa uczta następuje dopiero na moment przed napisami końcowymi. Proporcje między akcją, eksploracją, dialogami i rozwojem postaci są świetnie dobrane.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to zbyt swobodne żonglowanie klimatami.

Reżyser z niesłychaną lekkością przeskakuje między humorem oraz grozą. Między horrorem oraz komedią. Dla mnie jako widza odbiór tych zmian nie był równie łatwy. W kilku momentach nie byłem przygotowany na tak szybką żonglerkę, zbyt mocno przywiązując się do określonej palety emocji, barw i tonów.

Filmowi nie wyszłoby również na złe, gdyby wyciąć jeden lub dwa gagi. Miejscami scenarzyści forsują humor nieco na siłę. Z drugiej strony, może to być kwestia mojego wrodzonego ponuractwa. Gdy ja zgrzytałem zębami z powodu kiepskiego żartu, część sali kinowej rechotała ze śmiechu.

Jedno jest pewne – Kong: Wyspa Czaszki to film znacznie, znacznie lepszy, niż można przypuszczać. Zaskakuje lekkość, z jaką reżyser bawi się zużytymi schematami, wywracając je na lewą stronę. Brie Larson gra z zarażającym uśmiechem, a Samuel L. Jackson nie zabiera całego kadru dla siebie. Ogląda się to lepiej niż blockbustery Marvela.

Pomimo zatęchłego kostiumu Konga w szafie, Wyspa Czaszki wprowadza do kina akcji powiew bardzo potrzebnej świeżości.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...