“Blair Witch Project” ciągle nie może doczekać się sequela na jaki zasługuje – “Blair Witch”, recenzja sPlay

Film 18.09.2016
“Blair Witch Project” ciągle nie może doczekać się sequela na jaki zasługuje – “Blair Witch”, recenzja sPlay

“Blair Witch Project” ciągle nie może doczekać się sequela na jaki zasługuje – “Blair Witch”, recenzja sPlay

Choć nie tak koszmarny jak nieszczęsna “Księga Cieni”, “Blair Witch” dowodzi, że seria ta wciąż ma pecha do kontynuacji, których, tak na marginesie, w ogóle nie potrzebuje.

Tak to już jest z tym Hollywood. W sumie trudno się dziwić, że wytwórnie starają się monetyzować filmy, które przynoszą bajońskie zyski. Szczególnie w przypadku horrorów, które jak wiemy są jednym z najbardziej dochodowych gatunków w ogóle. Kosztują przeważnie kilka milionów, a przynoszą czasem nawet kilkadziesiąt razy większe przychody. Jednym z filmów, który przeniósł horrory w XXI wiek było właśnie “Blair Witch Project” z 1999 roku. Być może niewielu z was pamięta, ale był to jeden z najgłośniejszych filmów przełomu wieków. Głośno było o nim jeszcze na długo przed premierą, kiedy to po mediach i w internecie (jeszcze wtedy nie rozwiniętym tak jak dziś) zaczęły krążyć filmiki i zwiastuny utrzymane w konwencji dokumentalnej, formalnie wyglądające jak rzeczywisty zapis z taśmy wideo. Filmiki przerażały i wyglądały na realne do tego stopnia, że masy ludzi uwierzyły w to, że “Blair Witch Project” opowiada prawdziwą historię i, że naprawdę jest zapisem ze znalezionej taśmy.

Dopiero później okazało się, że “Blair Witch Project” zapoczątkował nowy trend w kinie, na tzw. filmy found footage. I przy okazji zrewolucjonizował sposób tworzenia kampanii marketingowych w branży. Od tamtego czasu jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać horrory kręcone z perspektywy pierwszej osoby i kamerą z ręki. Od “Reca” po “Paranormal Activity”. Styl found footage oraz opowiadania z perspektywy pierwszej osoby dość szybko adaptował się także do innych gatunków filmowych.

No i, przede wszystkim, “Blair Witch Project” przyniósł twórcom wręcz absurdalne zyski.

Przy kosztach produkcji wynoszących około 100 tysięcy dolarów, film zarobił na całym świecie prawie 250 milionów dolarów (biorąc pod uwagę inflację, przy dzisiejszych cenach biletów, kwota ta wynosiłaby ok. 500 milionów baksów). Także pod względem czystego zysku jest to, po dziś dzień, jeden z najbardziej rentownych filmów wszech czasów.

Przy tym wszystkim “Blair Witch Project” był filmem rzeczywiście strasznym (w każdym razie dla mnie) i sugestywnym, przynajmniej w swoich czasach, gdy był jeszcze nowatorski.

Po tej krótkiej lekcji historii przenosimy się w czasie do teraźniejszości, gdzie sequel “Blair Witch Project” (nie pierwszy) próbuje na nowo znaleźć sobie miejsce na współczesnym firmamencie. Po trochu ratując honor serii, który zbeszczeciła skręcona na szybko, w rok po pierwszej części “Księga Cieni: Blair Witch 2”. Po trochu, bo niestety “Blair Witch” AD. 2016 nie jest do końca udanym filmem. O ile “Księga Cieni” kompletnie odeszła od formuły oryginału, będąc klasycznym przedstawicielem standardowego młodzieżowego horroru (w dodatku kiepskiej jakości), tak “Blair Witch” powraca do korzeni serii. Za to daję plusika.

Od strony formalnej ogląda się to dobrze; zamiast starodawnej kamery z ręki, dostajemy nowsze, miniaturowe kamery w klipsach zakładane na uszy i drony.

Cały czas akcję obserwujemy więc przeważnie z perspektywy uczestników wyprawy do lasu w Burkitsville, który wedle legend jest nawiedzony.

Umiejscowienie akcji po raz kolejny w lesie jest oczywiście genialnym w swojej prostocie zabiegiem. Aż dziw bierze, że tak niewiele horrorów korzysta z posępnej scenerii dzikiej przyrody, szczególnie nocą. Aktorzy też spisują się dobrze. Nieopatrzone twarze, które naturalnie prezentują się przed kamerą, to zawsze cenny nabytek w filmowych straszakach.

Niestety, to co kuleje, to fakt, że “Blair Witch” kompletnie nie straszy.

Jest solidnie zrobiony, ale niestety zabrakło mu podstawowego składnika, jakim jest poczucie grozy. Typowe horrorowe wyskakiwanie nagle z za krzaka czy nieoczekiwane pojawienie się osoby, która, mimo że biegła w przestraszeniu, to zdołała być cały czas cicho, tak by jej w ogóle nie usłyszeć, potrafi bardziej rozśmieszyć niż przestraszyć każdego, kto w życiu widział przynajmniej ze dwa straszaki w życiu.

Sceny biegania po lesie z trzęsącą się kamerą też nie robią specjalnego wrażenia – męczą i są kompletnie obojętne dla oglądającego. Film też sporo traci przez nadmiernie rozciągnięty i nudny pierwszy akt, który dodatkowo posiada jedynie śladowe ilości jakiegokolwiek napięcia.

Finał z kolei robi się bardziej intensywny, ale jawi się bardziej jako efekciarska wersja finału z oryginału niż coś rzeczywiście wartego uwagi.

Koniec końców “Blair Witch” okazuje się nieoczekiwanym sequelem, na który nikt specjalnie nie czekał, i który okazał się niezbyt potrzebny. Powrót do korzeni i solidna warstwa formalna to jednak za mało gdy nie ma się zbyt wyklarowanego pomysłu na całość. No pecha ma ta seria, co poradzić.

blair_witch_plakat

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

8 odpowiedzi na ““Blair Witch Project” ciągle nie może doczekać się sequela na jaki zasługuje – “Blair Witch”, recenzja sPlay”

  1. A mi się Blair Witch podobał, i uważam go za jeden z lepszych horrorów tego roku.
    Przede wszystkim fajne odejście od typowej grupowej dynamiki przez wprowadzenie “zewnętrznych” postaci, którym nie do końca można ufać. Ciekawe tricki z czasem i z pętlą czasową.
    Z jednym się zgodzę: film nie dodaje nic do mitologii wiedźmy z Blair, powtarza jedynie głównie to co już wiemy. Może doczekamy się kiedyś jakiegoś Origin dziejącego się dużo wcześniej?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...