Ben-Hur nie dogonił adaptacji z 1959 roku. Nowy rydwan odjechał w zupełnie innym kierunku – recenzja

Film 23.08.2016
Ben-Hur nie dogonił adaptacji z 1959 roku. Nowy rydwan odjechał w zupełnie innym kierunku – recenzja

Tegoroczny Ben-Hur nie jest też widowiskiem na miarę Gladiatora. Nie zgarnie też większości statuetek podczas kolejnej gali Oskarów, tak jak poprzednia filmowa adaptacja tej historii. Mimo to trudno uznać seans za stratę czasu.

Ben-Hur to opowieść o zemście i wybaczeniu osadzona w pierwszych dekadach naszej ery. Tytułowy bohater, Juda Ben-Hur (w tej roli Jack Huston) wiedzie spokojny żywot kolaboranta. Możnowładca Jerozolimy zostaje jednak wygnany i po latach wraca, by zmierzyć się ze swoim przybranym bratem, Messalą (Toby Kebbell) w wyścigu rydwanów.

ben-hur-2016-2

Brzmi znajomo? Nic dziwnego.

Ben-Hur to postać z książki Lewa Wallace’a, która już wielokrotnie gościła na ekranach kin. Najgłośniejsza adaptacja w reżyserii Williama Wylera pochodzi z 1959 roku, a obraz, w którym tytułowego bohatera gra Charlton Heston, zdobył aż 11 Oskarów i mnóstwo innych nagród.

Tegoroczny Ben-Hur nie ma szansy na dorównanie tamtemu dziełu. Film, który wyreżyserował Timur Bekmambetov (w jego dorobku znajdują się takie produkcje jak Straż Nocna, Straż Dzienna i Wanted – Ścigani) nie ma cech dzieła genialnego i ponadczasowego.

Ben-Hur z 2016 roku wzbudzał kontrowersje już przed premierą.

Wiele osób skreśliło nowy film Bekmambetova już na starcie. Reżyser wziął w końcu na warsztat temat bardzo istotny dla chrześcijan. Opowieść o Ben-Hurze osadzona jest w czasach, w których żył i nauczał Jezus Chrystus.

Ben-Hur 2016

Postać Syna Bożego (Rodrigo Santoro, znany z roli Kserksesa z 300) pojawia się zresztą na ekranie w kluczowych momentach fabuły. Jest to rola epizodyczna, ale w przeciwieństwie do Ben-Hura z 1959 roku pokazano tutaj twarz Zbawiciela.

Fabuła jest sztampowa, a bohaterowie nieco zbyt płytcy.

Juda Ben-Hur do samego końca pozostał czułym i wrażliwym mężczyzną, a sceny, w których Messala Severus miał być przedstawiony jako zatracony w nienawiści, były mało wiarygodne. Nie da się jednak ukryć, że Bekmambetov przynajmniej starał się nadać głębi postaciom, które nie służyły tylko do pokazania przejaskrawionych cech przeciwstawnych ideologii.

Efekt tych starań pozostawia jednak nieco do życzenia. Juda, który po pięciu latach niewoli wraca do świata, niewiele różni się od możnowładcy, który pierwszy raz wziął wiosło do ręki – największa zmiana to jego fryzura i zarost. Antagonista tej produkcji, czyli przybrany brat Ben-Hura, jest jeszcze mniej wiarygodny w swojej roli bezwzględnego Rzymianina.

W Ben-Hurze z 2016 roku nie ma też scen, które zapadną mi w pamięci na lata.

Trzeba jednak oddać twórcom, że mimo to wiele z nich zrealizowanych było z pieczołowitą starannością, a scenografie i kostiumy nie pozostawiały wiele do życzenia. Na szczególną uwagę zasługuje przemarsz rzymskiego Legionu po ulicach Jerozolimy oraz bodaj najlepsza w całym filmie sekwencja walki morskiej galery, obserwowana z perspektywy wiosłującego niewolnika.

Rozczarowaniem okazał się za to punkt kulminacyjny filmu, czyli ikoniczny pojedynek rydwanów. Chociaż do kręcenia filmu wykorzystano prawdziwe konie, to reżyser przesadził z efektami specjalnymi, a niektóre z scen przypominały parodię… wyścigu podracerów w Gwiezdnych wojnach: Mrocznym Widmie. Zęby mogą też zgrzytać na zakończeniu, ale tego akurat nie zamierzam zdradzać.

Ben-Hur 2016

Niemniej nie uznałem czasu spędzonego na seansie za stracony.

Możliwe, że na tegorocznego Ben-Hura patrzę przychylniejszym okiem, bo od lat nie oglądałem dobrego historycznego widowiska w kinie. Jeśli już na sali kinowej lub na ekranie telewizora oglądam walkę na miecze, to raczej w realiach fantasy. W tym kontekście nieco raziła mnie przyozdobiona dredami postać grana przez Morgana Freemana, bo była zbyt kontrastowa.

Nie ma też wątpliwości: Ben-Hur nie tylko nie jest w stanie dorównać poprzedniej wersji tej historii sprzed kilku dekad, a i do poziomu Gladiatora jest mu daleko. Mimo to nie mogę tego widowiska jednoznacznie odradzić, bo obraz jest filmem tylko i jednocześnie aż poprawnym – zarówno jako widowisko historyczne, jak i nacechowana religijnie nauka o miłości do bliźniego.

Film Ben-hur można obejrzeć w kinach Cinema City.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...