Z miłości do muzyki. “Boska Florence”, recenzja sPlay

Film 19.08.2016
Z miłości do muzyki. “Boska Florence”, recenzja sPlay

Z miłości do muzyki. “Boska Florence”, recenzja sPlay

To już się robi nudne, ale Meryl Streep ponownie jest fantastyczna! A reżyser Stephen Frears po raz kolejny dostarczył widzom pełną ciepła, humoru i wzruszeń piękną opowieść o pasji i miłości, zarówno do muzyki jak i drugiego czlowieka.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Florence Foster Jenkins (w filmie wciela się w nią wspaniale Meryl Streep) rzeczywiście żyła w Nowym Jorku i w latach 40. XX wieku zaczęła swoją karierę jako śpiewaczka. Sęk w tym, że kompletnie nie potrafiła śpiewać. I nawet nie chodziło o to, że miała kiepski głos i fałszowała niczym Madonna czy pożal sie boże Paris Hilton. Florence POTWORNIE fałszowała. Do tego stopnia, że publiczność jej słuchająca albo zatykała uszy, albo nie mogła się powstrzymać od parskania śmiechem na całą salę. Jej wątpliwa sława trwa do dziś, bo jeszcze w latach 70. i 80. ludzie przekazywali sobie dla żartu taśmy z nagraniami popiskiwań Florence, a obecnie na YouTubie można znaleźć jej wykonania, niektóre mające nawet ponad milion wyświetleń.

Na szczęście Florence była bogata i miała u boku kochającego męża (w tej roli świetny Hugh Grant), który zręcznie dbał o to, by wszyscy wokół byli mili dla żony; starał się jak tylko mógł trzymać ją pod kloszem niewinnego kłamstwa, tak organizując wszystko wokół, by Florence żyła w przekonaniu, że potrafi śpiewać i wszyscy są zachwyceni jej talentem.

I właśnie ta relacja pomiędzy Florence a jej mężem stanowi trzon filmu “Boska Florence”.

Oczywiście, gwoździem programu i motywem przewodnim jest fakt, że oglądamy opowieść o kobiecie, która kompletnie nie potrafi śpiewać i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, ale w trakcie seansu o wiele ciekawsze, choć oczywiście mniej zabawne, są te wszystkie sceny, w których mąż stara się, jak tylko może, utrzymać tą całą bajkę tak, by Florence się niczego nie domyśliła. Jej wystepy odbywają się w ekskluzywnych klubach (spora część należała do samej Florence), zapraszano do nich w dużej mierze znajomych; mąż hojnie wynagradzał dziennikarzy,  by ci pisali pochlebne recenzje o występach żony; a gdy w jakiejś nieprzekupnej gazecie pojawił się jakiś mocno krytyczny tekst, to wykupywał on cały nakład.

Najlepsze jest to, że choć pozornie wydawać by się mogło, że robi to dla pieniędzy, to dość szybko film pokazuje, że on naprawdę kocha Florence. Jest ona od niego starsza, nie sypiają razem, a on, niespełniony aktor, żyje na jej rachunek. Mimo to, są w tym filmie piękne sceny, które pokazują, że ich związek to coś więcej i że łączy ich prawdziwa miłość. Może trochę nietypowa i inna niż wszystkie, ale to jest miłość. Mąż broni jak tylko może Florence, chroni ją przed światem, przed złośliwą krytyką, ale nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że chce by była szcześliwa, bo widzi jak bardzo kocha ona muzykę i chce za jej pomocą dawać szczęście ludziom.

Z samej postaci Florence łatwo można było zrobić pastiszową, czysto komediową, na zasadzie „pośmiejmy się z tego, jak ta babka fatalnie śpiewa”. Ale Stephen Frears, wsparty kapitalnym scenariuszem, buduje całą opowieść z o wiele większą finezją. I choć śmiechu w “Boskiej Florence” nie brakuje, to jednak, na szczęście, jest to śmiech poczciwy i pełen humanizmu, jak i cały film.

Wszyscy dobrze wiemy, że Meryl Streep wielką aktorką jest. Jakby tego było mało, potrafi jeszcze znakomicie śpiewać. Okazuje się jednak, że potrafi też kapitalnie fałszować.

Wbrew pozorom, dla kogoś kto ma słuch, umyślne fałszowanie wcale nie jest takie proste. Tym bardziej, że Streep nie idzie na łatwiznę i nie robi z tego durnej parodii śpiewania, tylko fałszuje w taki sposób, że widz ma wrażenie jakby ona naprawdę starała się te dźwięki z siebie wydobyć i po prostu naturalnie jej sie to nie udaje. Nie wiem jak ona to robi, ale we wszystkim jest perfekcyjna. Grana przez nią Florence bawi, ale też i budzi w widzu pokłady empatii, sprawiające, że po prostu nie da się jej nie lubić. To już kolejna wielka jej rola. Niby ma na konce rekordowe ilości nagród, w tym trzy Oscary i rekordowe ilości nominacji, ale co poradzić, że znowu stworzyła ona fantastyczną kreację, za którą i tym razem otrzyma szereg nagród – w tym kolejny Oscar wcale nie jest wykluczony.

Hugh Grant wyobrnie jej partneruje. Wszyscy fani tego aktora dostaną w “Boskiej Florence” cały wachlarz jego najlepszych min, tekstów, grymasów, ripost.

Natomiast największym odkryciem filmu jest Simon Helberg, grający rolę osobistego pianisty Florence, towarzyszącego jej podczas lekcji, prób, a później i koncertów. Jego mimika i sposób zachowania, szczególnie gdy po raz pierwszy słyszy piekielne fałsze Florence są po prostu perełkami.

To wszystko składa się na znakomity senas, bowiem „Boska Florence” nie ma ani jednej fałszywej nuty, ani jednego słabego momentu. Seans obowiązkowy.

boska_florence_plakat

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...