Śmiało dążyć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek – 6 najlepszych filmów z serii Star Trek

Film 20.07.2016
Śmiało dążyć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek – 6 najlepszych filmów z serii Star Trek

Z okazji premiery filmu “Star Trek: W nieznane” przyjrzałem się bliżej przygodom załogi statku Enterprise. “W nieznane” to już 13 odsłona serii, która jest bardzo nierówna, także wybrałem dla was 6 najlepszych filmów z uniwersum Star Treka (kolejno pod względem dat powstania), które warto sobie przypomnieć, jeśli wybieracie się do kina na najnowszą odsłonę.

Star Trek z 1979 roku

To nie jest film idealny, a fani Star Treka dość często na niego narzekają. Mimo to uważam, że jeśli zaczynamy swoją przygodę z tą serią, to warto dać pierwszej kinowej odsłonie Star Treka szansę. Wytwórnia była tak pewna sukcesu tego filmu, w samym środku gorączki na punkcie “Star Wars” oraz mając już wcześniej zbudowaną przez serię telewizyjną bazę fanów i bohaterów, że nie bała się zainwestować sporych pieniędzy i zrobić z kinowych przygód załogi Enterprise dopracowanego wizualnie widowiska. Od pierwszych “Gwiezdnych wojen” dzieli ten film raptem dwa lata, ale od strony technicznej “Star Trek” bije na głowę dzieło Lucasa. Niestety obraz ten ma inne problemy, przede wszystkim zbyt powolne tempo i nadmiernie ambitnych twórców, którzy chcieli stworzyć dzieło na miarę “Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka. Wiele scen jest zwyczajnie przeciągniętych i niepotrzebnych, przez co film potrafi nużyć i wydaje się o jakieś 30 minut za długi. Skutkiem tego była jego klapa finansowa, która spowodowała, że do czasów nowej odsłony serii w reżyserii J.J. Abramsa, kolejne filmy miały zdecydowanie mniejsze budżety, co czasem było widać. Tym niemniej, jako pozycja z gatunku sci-fi, pierwszy “Star Trek” broni się całkiem nieźle.

Star Trek II: Gniew Khana z 1982 roku

To nie tylko najlepszy film z całej serii Star Treka, ale też po prostu jeden z lepszych filmów rozrywkowych w ogóle. Przedstawił on największego wroga załogi Enterprise, czyli Khana. Jego argumenty przeciwko kapitanowi Kirkowi, który swego czasu pozostawił jego ludzi i od tamtego czasu się nimi nie interesował, są dość na rzeczy i pokazują bohatera serii w zupełnie innym świetle. Także “Gniew Khana” stawia widzom ciekawe pytania, zachwyca akcją i efektami specjalnymi (w tej odsłonie nie ma już niepotrzebnych dłużyzn), nie brak również dramatycznego finału. Czego chcieć więcej o filmowego widowiska w kosmosie?

Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka z 1984 roku

Bezpośrednia kontynuacja “Gniewu Khana”, tym razem wyreżyserowana przez Leonarda Nimoya, czyli filmowego Spocka, niewiele tak naprawdę ustępuje poprzednikowi. Uczynienie Nimoya reżyserem było wyborem dość nieoczekiwanym, ale też jak się okazało, jak najbardziej słusznym, bo, jako członek załogi Enterprise przez te wszystkie lata, jest on w stanie idealnie zbudować więź pomiędzy nimi a widzem, a także nad wyraz dobrze skupić się na samych bohaterach. Przyznam, że sam byłem zdziwiony jak dobrym reżyserem okazał się Nimoy, tym bardziej, że ta odsłona Star Treka była jedną z ostatnich, które nie sprawiały wrażenia iż są rozciągniętym w czasie epizodem serialu.

Star Trek VI: Nieodkryta kraina z 1991 roku

Wielkim fanem Star Treka nie jestem, ale zawsze ceniłem tę serię za to, że tak często podkreśla różnorodność ras, kultur, religii, filozofii, promuje otwartość umysłu i kreuje pozytywną wizję rozwoju w przyszłości oraz jest najlepszą z możliwych emanacją potęgi Stanów Zjednoczonych, których siła bierze się właśnie z otwartości i różnorodności. Ale przy tym również, jak każde dobre science-fiction “Star Trek” w wersji serialowej, starał się sięgać po metafory związane z tym co dzieje się obecnie na świecie. Ze wszystkich filmów kinowych, tylko “Nieodkryta kraina” potrafiała podjąć polemikę z równoległą historią (wówczas był to upadek Związku Radzieckiego) na zasadzie zręcznej metafory (w filmie imperium Klingonów chyli się ku upadkowi, a kapitan Kirk musi zaakceptować fakt, że Federacja będzie musiała nauczyć się żyć z nimi w pokoju. Poza tym, “Nieodkryta kraina” to po prostu naprawdę solidna porcja dobrego science-fiction, i przy okazji ostatni film bazujący na oryginalnej serii z Kapitanem Kirkiem i Spockiem w rolach głównych (jak wiemy, do czasu).

Star Trek VIII: Pierwszy kontakt z 1996 roku

To było przed laty moje pierwsze zetknięcie się ze Star Trekiem. Nie pokochałem tego uniwersum, tak jak wcześniej Star Warsy, ale na pewno film ten wywarł na mnie pozytywne wrażenie. To pierwsza kinowa odsłona bazująca na chyba najbardziej popularnej serii telewizyjnej, czyli “Następne pokolenie” z niezapomnianym Patrickiem Stewartem jako kapitanem Pickardem oraz androidem Data, którzy z powodzeniem zastąpili duet Kirka i Spocka. Pierwszy kontakt wyróżnia się na tle innych filmów z serii tym, że jest tak na dobrą sprawę mieszkaną horroru i kina akcji z przełomowymi efektami specjalnymi. Fabularnie może trochę odstaje od reszty w tym zestawieniu, nie skupia się też na całej załodze Enterprise (a szkoda), ale z czysto rozrywkowego punktu widzenia jest jednym z najlepszych.

Star Trek z 2009 roku

Pierwsza z najnowszej odsłony Star Treka zręcznie zatoczyła koło powracając do oryginalnej załogi Enterprise z kapitanem Kirkiem, Spockiem, Uhurą i całą resztą znaną z klasycznych filmów i pierwszego serialu z lat 60. Ale J.J. Abrams powrócił do nich w mistrzowskim stylu, bawiąc się materią kontynuacji filmowych. Jego “Star Trek” to reboot, bądący jednocześnie sequelem “Nieodkrytej krainy” i prequelem nie tylko “Star Treka” z 1979 roku, ale też serialu z lat 60. W dodatku tworzy on alternatywną wersję wszechświata względem oryginału, przez co może być równie dobrze traktowany jako kompletnie nowa i świeża seria. Wizualnie wygląda fantastycznie. Abrams idealnie oddał też ducha pierwszego serialu i filmów kinowych, mieszając to z kinem nowej przygody oraz wielkim widowiskiem sci-fi. Szczególne wrażenie robi casting, wszyscy aktorzy odtwarzający role znanych już i kultowych postaci z przeszłości, nie tylko wyglądają zadziwiająco podobnie, ale też swoją mimikę dopracowali do perfekcji, tak że naprawdę można odnieść wrażenie, że oglądamy młodsze wersje Williama Shatnera (czyli kapitana Kirka) czy Leonarda Nimoya (czyli Spocka). A najlepiej to widać w scenach, gdy na ekranie możemy oglądać starego i młodego Spocka jednocześnie.

Teksty, które musisz przeczytać:

J.J. Abrams ma dość sequeli i rebootów. Trudno mu się dziwić

Abrams to reżyser, który ugruntował swoją pozycję w Hollywood przez zręczne wskrzeszanie starych i uwielbianych filmowych franczyz. Teraz deklaruje, że to już mu się znudziło. Nam też zaczyna to wychodzić bokiem, nie przesadzajmy jednak z zamartwianiem się o przyszłość rozrywki.

Felieton/Film 09.02.2018

Dołącz do dyskusji (10)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...