“Dzień Niepodległości: Odrodzenie” – głupiutka, oj głupiutka ta inwazja Obcych

Film 27.06.2016
“Dzień Niepodległości: Odrodzenie” – głupiutka, oj głupiutka ta inwazja Obcych

“Dzień Niepodległości: Odrodzenie” – głupiutka, oj głupiutka ta inwazja Obcych

Pierwszy “Dzień Niepodległości” przeszedł do historii kina. O drugim zapomnicie w dzień od seansu. Roland Emmerich kręci “Odrodzenie” w sposób, jaki zdezaktualizował się lata temu.

Oglądając “Dzień Niepodległości: Odrodzenie”, nie miałem wrażenia, że siedzę w kinie na letnim blockbusterze. Czułem się, jak gdybym oglądał Hit Polsatu. Kino akcji z lat 90-tych ubiegłego wieku, pełne przejaskrawionego patosu, zmitologizowanej Ameryki Północnej oraz humoru, który dzisiaj staje w gardle.

Narracja jest dokładnie ta sama, co w 1996 roku.

W 20 lat od odparcia kosmicznych najeźdźców, zjednoczony świat pod przywódctwem (a jakże) USA świętuje niepodległość. Niestety, źli kosmici postanawiają zepsuć pani prezydent Stanów Zjednoczonych przemówienie, dokonując kolejnego ataku. Tym razem przy pomocy jednego, gigantycznego okrętu, rozciągającego się na sporą część całej planety Ziemia.

Ziemianie pod kierownictwem amerykańskich pilotów, polityków i naukowców nie mają jednak zamiaru poddać się bez walki. Rozpoczyna się bitwa, do której ludzkość przygotowywała się od 20 lat, analizując i poznając technologie Obcych.

Perspektywa nowego, zrewolucjonizowanego świata jest najciekawszym punktem filmu “Dzień Niepodległości: Odrodzenie”.

Ludzkość wykorzystała pozaziemskie technologie, dokonując olbrzymiego skoku. W 2016 roku na planecie Ziemia nie ma już wojen i konfliktów. Zjednoczone za sprawą wspólnego wroga mocarstwa wspólnie koordynują politykę obronną, nie szczędząc środków na rozpracowywanie technologii kosmitów.

Dzięki temu zbudowaliśmy bazy na Księżycu i Saturnie, szybka podróż międzyplanetarna stała się możliwa, a nasze myśliwce doskonale dają sobie radę zarówno w powietrzu, jak i w kosmosie. Wokół Ziemi krążą gigantyczne, laserowe działa, a grawitacja nie ciąży już nam tak, jak kiedyś.

Oczywiście to za mało. Gdy pojawia się gigantyczny statek Obcych, ludzkość ponownie jest niemal bezsilna. Kolejne ataki dzielnych pilotów na nic się zdają, a cała nadzieja zostaje ulokowana w szerokiej plejadzie bohaterów, którzy po raz kolejny próbują rozpracować strategię Obcych.

Dzień Niepodległości- Odrodzenie 4

“Dzień Niepodległości: Odrodzenie” jest “wyjątkowy” – to połączenie nowoczesnych efektów specjalnych ze słusznie minioną narracją i grą aktorską.

“Dzień Niepodległości: Odrodzenie” to prawdziwa bajka. Bajeczka. Naiwny film, przepełniony archaicznym humorem z sitcomów. Na tle tego filmu nawet monologi umięśnionych bohaterów “Szybkich i Wściekłych” wydają się poważne i dojmujące. A dialogi super-bohaterów Marvela to już wręcz filozoficzne dysputy.

Dawno, bardzo dawno nie widziałem tak naiwnego, tak beztroskiego, tak patetycznego filmu. Gloryfikacja amerykańskich śmiałków, los świata w rękach USA, dzielna prezydent chwytająca za broń i bohaterowie, którzy zawsze są gotowi oddać życie za sprawę – widzimy to w co drugim filmie. Jednak “Dzień Niepodległości: Odrodzenie” przedstawia to w sposób tak nierealny, tak nienaturalny, że aż szczypie w oczy.

Jeżeli zamierzacie iść do kina, koniecznie weźcie ze sobą kurtkę przeciwdeszczową. Musicie się przygotować, że będą na was spływały hektolitry patosu Emmericha. To prawdziwa powódź naiwnej narracji, od której nie ma ucieczki nawet na moment.

Dzień Niepodległości- Odrodzenie 6

“Dzień Niepodległości: Odrodzenie” to jeden z tych filmów, o których zapomina się zaraz po wyjściu z kina. Jest masa lepszych produkcji o Obcych oraz masa lepszych produkcji katastroficznych.

Zalety

  • Obcych nigdy za wiele
  • Przyjemny Jeff Goldblum
  • Wizja Ziemi wspartej kosmiczną technologią
  • Okienko na ciekawą kontynuację

Wady

  • Wszystko inne

Roland Emmerich ewidentnie rozjechał się z kinową rzeczywistością, kręcąc film tak bajkowy i przesłodzony, że dostałem cukrzycy. Być może doceni to „stara szkoła” widzów. Sam nie potrafiłem.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

6 odpowiedzi na ““Dzień Niepodległości: Odrodzenie” – głupiutka, oj głupiutka ta inwazja Obcych”

  1. Zachęciłeś mnie tą recenzją! W czasie premiery pierwszej części znajomi udawali, że mnie nie znają kiedy rechotałem w kinie w nieodpowiednich momentach. Naprawdę myślałem, że to nie jest na serio. Widzę, że jest szansa na powtórkę. :)

    Śmieszy mnie do łez taki patos i efekty czy gadżety przeczące podstawowym prawą fizyki. Idę do kina się pośmiać.

  2. Właśnie wróciłem z kina. O ile pierwszy Dzien Niepodległości wspominam bardzo dobrze ( może przez pryzmat dzieciństwa) ale druga część to prawdziwie bajka ..cieżko ogląda sie taką powtórkę z rozgrywki…a głupota obcych…ehh film do zapomnienia.

  3. Podpisuje sie pod recenzja… Bijący po oczach przejaskrawiony patos aż razi. Tragedia, co chwile przychodziło mi na myśl, czy nie wyjść z kina…

  4. Tytułem wstępu…

    Recenzja napisana. Teraz trzeba przeczytać całość, sprawdzić czy nie ma błędów i potwierdzić wysłanie jej w eter. Aha i jeszcze aktualizacja ocen filmu i liczby głosów z dwóch serwisów filmowych. Nie będę się bawił w dodawanie screenów z trailera. Niech wystarczy sam tekst. Wybaczcie. I zapraszam do lektury.

    Nadzieja matką głupich.

    Nie zgadzam się z tym określeniem. Jednak pasuje ono do początku tej recenzji i do dalszej części tekstu, więc je użyłem. Nieważne. Odkąd technologia umożliwiła ludzkości szukanie dowodu na istnienie w kosmosie inteligentnych form życia oprócz naszych ziemskich, kierujemy w niebo oczy i uszy z nadzieją, że może kiedyś coś na tym niebie się pojawi lub zapika. I nie będzie to coś stworzone ludzką ręką. I będzie nosiło ślady inteligencji. A do tego będzie przyjaźnie nastawione.

    Czas pokazał, że cierpliwość popłaca. Tak oto doczekaliśmy się wizyty 20 lat temu, gdy pewnego dnia błękitne bądź gwieździste niebo nad większymi miastami półkuli północnej zostało przysłonięte ogromnymi statkami kosmicznymi obcej cywilizacji. Owe statki kosmiczne, które w kłębach niewytłumaczalnego ognia i dymu zajmowały swoje pozycje bojowe, pokazały definitywnie, że tak – istnieje w kosmosie, prócz naszej, inna inteligentna forma życia. I nie – nie jest zbyt przyjaźnie nastawiona. Więc czy to aby dobrze, że jest inteligentna i będzie problem z obronieniem naszej planety oraz pokonaniem intruza?

    Pierwszy “Dzień Niepodległości” pokazał, że obcy, mimo swej inteligencji, są do pokonania. Jakże wkurzeni musieli być tamci w swoim centrum dowodzenia, gdzieś na swojej planecie, gdy dowiedzieli się, że ich plan niemal dosłownie spalił na panewce? Jakie ich tęgie (i innych kształtów oraz wielkości) głowy musiały przez 20 lat obmyślać strategię powrotu na błękitną planetę celem pokazania kto tu faktycznie rządzi? Strach myśleć nawet. A oni myśleli, myśleli, aż wymyślili.

    PONIŻSZY TEKST ZAWIERA SPOILERY

    Głupia matką obcych.

    To dla właśnie tego powyższego określenia, pojawiło się na początku określenie tamto. Ale do czego zmierzam? Najwidoczniej obca rasa doszła do genialnego w swej prostocie wniosku, że skoro ich pierwszy atak – zaplanowany i przemyślany w każdym calu – jednak nie wypalił, to teraz trzeba po prostu improwizować. Zbudować element zaskoczenia na tak głupich pomysłach strategicznych jak się tylko da. Oto najważniejsze z nich.

    1. Zbudować statek kosmiczny o wiele większy, niż poprzedni i żeby jeszcze więcej niewytłumaczalnego ognia i dymu przed nim się pojawiało jak wleci w ziemską atmosferę. Jeśli systemy obronne błękitnej planety nie przełamią się od ataku, to jest duża szansa, że osoby obsługujące owe systemy, pękną ze śmiechu. Więc warto spróbować.

    2. Wsadzić na pokład tego ogromnego statku tak zwaną “królową”, żeby w przypadku unicestwienia jej, wszystkie pozostałe atakujące Ziemię istoty padły jak muchy. Najwyżej za 20 lat wyśle się kolejną ekspedycję.

    3. Jak zwykle nie otaczać statku kosmicznego (strategicznie bardzo istotnej i zarazem bardzo wartościowej jednostki) czymś będącym odpowiednikiem eskorty lotniskowca w przypadku ludzi. W kwestii defensywnej, bazować ponownie na myśliwcach rozrywanych pierwszą lepszą rakietą krótkiego czy średniego zasięgu. Ewentualnie zamontować na “burtach” statku kilka działek, których wystrzelone wiązki da się ominąć i które celnością nie będą grzeszyć. Będzie zabawniej.

    4. W razie wyjścia “królowej” poza statek kosmiczny, zapewnić lukę w jej obronie. To, że źle zaplanowana luka bądź obrona luki może spowodować stratę istotnego obiektu było ważne bardzo dawno temu i w dodatku w jakiejś odległej galaktyce. Teraz są inne czasy i jest inne miejsce. Luka może być. A nawet powinna.

    5. I przede wszystkim absolutnie nie przeprowadzać wyprzedzającego skomasowanego ataku z daleka, jeszcze przed wejściem w ziemską atmosferę, aby znacząco utrudnić sobie wykonanie misji po dotarciu do celu. Coś zdobyte z trudem, bardziej cieszy.

    Jeżeli nowa doktryna wojenna zostanie oparta na powyższym, zaistnieje duża szansa, że atak się powiedzie. Bo co może pójść nie tak?

    Obcy matką nadziei.

    Okazuje się, że wszystko może pójść nie tak. Bo mieszkańcy planety Ziemia to wojownicy, że nie w kij dmuchał. Zdobyli i wykorzystali technologię obcych z pierwszej potyczki. Teraz nie straszne im jakieś ewentualne kolejne inwazje z kosmosu. Takich nie będzie. Chyba. A więc ich doktryna wojenna opiera się na następujących filarach.

    1. Założyć, że obca cywilizacja więcej razy nie przyleci na Ziemię, więc zbagatelizować kwestię monitorowania dalszej przestrzeni kosmicznej pod kątem ewentualnego powrotu obcych. Bazować na tych systemach, które są, bo nie ma żadnego znaczenia fakt, że poprzednio nie zdały egzaminu, skoro kolejnej szansy, żeby się wykazały, przecież i tak nie będzie.

    2. Zbagatelizować też kwestię obrony Ziemi z kosmosu poprzez ustanowienie “kosmicznych przyczółków”. Wystarczy zamontować jakieś tam działko na Księżycu i wystarczy. No może jeszcze kilka działek przy strategicznych celach na Ziemi. Żeby groźnie wyglądało. Albo dla ozdoby. Albo to i to razem. Po co bawić się w budowanie jakichś kosmicznych lotniskowców, kosmicznych niszczycieli czy kosmicznych myśliwców? Takie coś jest przydatne w razie ataku ze strony dużo ale to bardzo dużo bardziej zaawansowanej rasy. A takiej na nieboskłonie jeszcze nie widać. Jeszcze nie ten etap naszego rozwoju, żeby zwrócić na siebie uwagę. Tamtych też nie widać. No ale przecież wiadomo, że drugi raz nie przylecą. Ile razy wałkować to samo?

    3. W razie gdyby jednak, to na linię frontu ponownie pozwolić wyjść głowie państwa. To nic, że emerytowanej. Ważne, że skutecznej.

    4. Powodzenie ewentualnego kontrataku ponownie powierzyć osobie, która nie wylewa za kołnierz. Albo całej grupie takich osób. To znacząco zwiększy szansę wygranej. Udowodnione.

    A w razie czego to do walki z jednymi obcymi wykorzysta się innych obcych.

    Nadzieja matką obcych.

    Inni obcy zostali jakiś czas temu zdziesiątkowani do tego stopnia, że ostał im się jeno pojedynczy egzemplarz. Jakie ma on więc pole do popisu w swej strategii działania?

    1. Udać się na księżyc planety, która lada moment zostanie ponownie zaatakowana. Z całej naszej galaktyki lub też ze wszystkich galaktyk, jedynie to miejsce wydaje się być najbezpieczniejszym. Tylko tyle i aż tyle. Więc jeden punkt wystarczy.

    Tytułem zakończenia…

    Mam dość. Jestem zmęczony pisaniem tej recenzji jeszcze bardziej, niż oglądaniem recenzowanego filmu. Obiecałem sobie, że nie tknę popcornu przed wejściem na salę i nie tknę popcornu jak zabłyśnie srebrny ekran, by tknąć go dopiero wtedy, gdy zacznie się wyczekiwany od miesięcy film, na który z radością się udałem. Mimo niskiej oceny na filmweb.pl oraz mimo niskiej oceny na imdb.com. Ta w chwili obecnej (aktualizuję z godziny 02:40) na owych serwisach wynosi odpowiednio…

    5,5 z 3271 głosów oraz 5,7 z 20388 głosów!

    Zanim wybrałem się do kina, ze średnią było chyba podobnie. Komentarze na filmweb.pl jedynie przeleciałem wzrokiem, skupiając się bardziej na samych tytułach komentarzy, niż na ich treści. Również nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Wracając jednak do popcornu. Minęło około 20 minut reklam, zanim pierwsze rozpuknięte ziarna trafiły do moich ust. Od tej chwili kukurydza prażona zaczęła znikać z kubełka w zastraszającym tempie (cola czekała na swoją kolej). Gorzej z akcją na ekranie. Ta nie przewijała się w zastraszającym tempie. Widocznie też czekała na swoją kolej. Musiałem czekać pół godziny zanim ujrzałem w pełnej okazałości statek kosmiczny obcych w otoczce niewytłumaczalnego ognia i dymu. Pół godziny! Wtedy jeszcze cola była ledwo ruszona. Wtedy jeszcze kubełek z popcornem był w miarę pełny. Jednak wraz z rozwojem akcji, stawał się coraz bardziej pusty, cola też zaczęła schodzić, by mniej więcej po półtorej godzinie seansu i pojawieniu się gadającej kulki, stać się pustym. Nie licząc ziaren, które były nierozpuknięte. Cola była prawie wypita. Więc dokończyłem siorbanie. Nie czułem, że jestem najedzony, nie czułem, że jestem napojony. Czułem znudzenie. Przestało mnie kompletnie interesować to, co dzieje się na ekranie i losy bohaterów. Obie te kwestie miałem głęboko gdzieś. Jakiś stwór wielkości wieżowca, biegał po pustyni, a wokół niego kłębiły się myśliwce obcych, broniące go, jednak zostawiające od góry lukę. Miałem dość. Chciałem, żeby film już się skończył i żeby można było wrócić do domu. Gdy usłyszałem, żeby nie używać napędu fuzyjnego czy jakiegoś tam w atmosferze, bo to jest napęd do używania w kosmosie, przed oczami ujrzałem jak rozpędzają myśliwiec, by nim przywalić w statek obcych, bo skoro to się sprawdziło ze zniszczeniem statku rasy konstruktorów, to czemu by się nie miało sprawdzić teraz. Miałem serdecznie dość! A przede mną pozostawało jeszcze mniej więcej 20 minut oglądania. Próbowałem wymazać z pamięci widok gołej tylnej części ciała doktorka, co mi dłuższą chwilę temu zepsuło i tak już wątpliwą radość oglądania filmu. Bezskutecznie.

    Sytuację ratuje jedynie fakt, że na ekranie oprócz czterech liter kogoś, kto stroni od wizyty u fryzjera, widzimy tego właśnie stroniącego, którego widzieliśmy w części pierwszej. Widzimy też ponownie dzielnego prezydenta USA. Oraz faceta od zakładania kablówki. I samego Willa Smitha, choć jedynie na plakacie, jako upamiętnienie bohatera narodowego, a raczej światowego. W trakcie filmu słyszymy jakby muzykę z części pierwszej, by przy napisach końcowych usłyszeć ją w pełnej krasie.

    Mamy więc (dosłownie wiekiem) starych znanych bohaterów, mamy więc starą znaną ścieżkę dźwiękową, mamy więc starych znanych obcych. Coś więc pozytywnego jest. Ale to niestety nie wystarcza, by czuć te same emocje, jakie czuło się 20 lat temu przy oglądaniu części pierwszej. I z trudem przychodzi wiara w to, że część trzecia, na którą wskazuje zakończenie i o której można przeczytać w internecie, pozwoli jednak poczuć te same – z czasem coraz bardziej zapominane – emocje. Trzecia część nie musi być tak dobra jak pierwsza. Byle tylko była lepsza, niż druga. Tyle wystarczy. Tylko tyle i aż tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

“ad”

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...