Nowy album Coldplay? Lubię się tak przyjemnie rozczarować

Muzyka 06.12.2015
Nowy album Coldplay? Lubię się tak przyjemnie rozczarować

Zaskakująco dobrą płytę nagrał Coldplay. Zaskakująco, bo po zapowiedziach tanecznego albumu z gośćmi typu Beyonce, czy Tove Lo, można było się spodziewać bardziej komercyjno-popowej papki aniżeli coldplayowego pop-rocka. Tymczasem na nowym albumie jest radośnie, nowocześnie i całkiem znośnie pod względem muzycznym.

Dużo było zamieszania wokół „A Head Full of Dreams”.

Przez chwilę ekipa Chrisa Martina sugerowała, że to ostatni album Coldplay, bo miało być to dzieło tak perfekcyjne, że trudno byłoby zespołowi napisać coś lepszego, więc lepiej się rozejść. Pachniało ściemą na miarę tej, którą sprzedawał lata temu zespół U2 przed premierą „Achtung Baby”.

Potem zaczęły napływać wieści, że ma być to album mocno komercyjny, taneczny na tyle, że można by go puszczać w dyskotekach, czym szczerze mówiąc Coldplay mocno mnie zniechęcił do czekania.

Mówiło się też, że to właściwy album, nad którym zespół pracował od 2011 r., czyli po wydaniu „Mylo Xyloto”. Ostatnia płyta „Ghost Stories”, wydana półtora roku temu, w maju 2014 r., miała być formą szybkiej terapii Chrisa Martina po rozstaniu z Gwyneth Paltrow.

Rzeczywiście „Ghost Stories” był albumem nieco odstającym od wcześniejszych dokonań i ścieżki muzycznego rozwoju Coldplay, który coraz bardziej oddalał się od rockowych korzeni, by zbliżać się do popowego mainstreamu rodem z Rihanny, Beyonce, czy 30 Seconds to Mars. Już w maju 2015 r. jednak zespół mówił, że przyszłości Coldplay należy szukać w kawałku „A Sky Full of Stars”.

I rzeczywiście, ostatni singiel z „Ghost Stories” idealnie pasowałby do nowego albumu.

„A Head Full of Dreams” to bowiem zlepek stadionowego pop-rocka z klasycznymi dla Chrisa Martina balladami. Myliłby się jednak ten, który zakładałby pójście Coldplay na prowizyjną łatwiznę – nowa płyta to przemyślane, dobrze napisane i wyprodukowane dzieło muzyczne jednej z największych kapel współczesnego rynku muzycznego. Słucha się go całkiem przyjemnie.

Wielu nazywa Coldplay nowym U2 i trudno takie twierdzenia odrzucać w przedbiegach. Wystarczy posłuchać tytułowego „A Head Full of Dreams”, „Birds”, czy singlowego „Adventure of a Lifetime”, by odnaleźć tricki, którymi od lat posługuje się U2. No i to brzmienie gitary – jestem przekonany, że słuchając „A Head Full of Dreams”, Edge’owi z U2 nie raz nie dwa podniosła się brew do góry po rozpoznaniu swojego charakterystycznego brzmienia gitary.

Nie traktowałbym jednak tego w kategoriach przesadnego zarzutu. W dobie mocnego kryzysu muzyki rockowej, sięganie do dokonań takich tuzów muzyki jak U2 jest przydatnym zabiegiem. Najważniejsze jednak jest co innego – Chris Martin i spółka wciąż dowodzą, że potrafią pisać dobre, chwytliwe kawałki. To może zabrzmi banalnie, ale dziś muzyka rozrywkowa bardzo cierpi na brak dobrych linii melodycznych.

Tych na nowym albumie Coldplay jednak nie brakuje.

„A Head Full of Dreams” to album pełen świetnych melodii. W zasadzie wszystkie kawałki mogłyby być singlami. Każdy jest na tyle dobrą melodią, że poradziłby sobie na mocno wymagających radiowych eterach. Mnie najbardziej podobają się: tytułowy kawałek oraz „Army of One” i „Amazing Day”, które są takimi typowymi coldplayowymi kawałkami potwierdzającymi świetny kompozytorski dryg Martina.

Dobrze brzmią także balladowy „Everglow” z chórkami – uwaga uwaga – Gwyneth Paltrow oraz, co mnie mocno szokuje, „Hymn for the Weekend” z gościnnym udziałem Beyonce, której jednak za wiele nie słychać (co jest dość dziwne – skoro masz takiego gościa na płycie, to raczej starasz się go mocno eksponować). Ciekawy jest też ukryty kawałek „X Marks the Spot” (jest po „Army of One”) z beatem R&B, którego raczej wcześniej u Coldplaya nie słyszeliśmy.

W warstwie tekstowej jest jak zwykle u Martina – dość banalnie, mocno miłośnie i ze społeczno-globalizacyjnymi komunałami. Ja jednak nie przywiązuję większego znaczenia do tekstów, u mnie liczy się przede wszystkim kompozycja muzyczna i melodia, a te na „A Head Full of Dreams” – mimo mocno komercyjnego sznytu – stoją na wysokim poziomie.

Lubię się tak „rozczarować”.

Nowa płyta Coldplay to mocny, przyjemny album na kilka tygodni częstego słuchania. Nawet nabrałem ochoty na zobaczenie Coldplay na żywo – ten nowy materiał wydaje się być taki, który rozbłyśnie pełną magią właśnie podczas dużych stadionowych koncertów.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...