Najpierw Kingsman, teraz U.N.C.L.E. – wraca dobre, przerysowane kino szpiegowskie

Film 23.08.2015
Najpierw Kingsman, teraz U.N.C.L.E. – wraca dobre, przerysowane kino szpiegowskie

Najpierw Kingsman, teraz U.N.C.L.E. – wraca dobre, przerysowane kino szpiegowskie

„Kingsman” to miły powiew świeżości w hollywoodzkiej wytwórni akcji. Dokładnie tym samym tropem idzie sam Guy Ritchie, dając nam zimnowojenne „Kryptonim U.N.C.L.E.”. Piękne kobiety, nienaganni mężczyźni, wymyślne gadżety, szybkie samochody – to czysta esencja Bonda ze wczesnych lat 80-tych.

Gdy w czasach zimnej wojny specjalne służby Stanów Zjednoczonych oraz ZSSR muszą zawiązać współpracę, wiadomo, że gra toczy się o najwyższą stawkę. Najlepszy agent CIA, to jest Henry „Superman” Cavill, a także tajemniczy funkcjonariusz KGB grany przez Armiego Hammera, wspólnie próbują uratować planetę przez zagładą z rąk post-nazistów.

Niestety, nie jest to proste, gdy ego obu agentów ledwo mieści się na kinowym ekranie.

Jak łatwo się domyślić, nie o zagładę nuklearną tutaj chodzi, ale o zderzenie dwóch stron zimnowojennego konfliktu, które w obliczu wyjątkowego zagrożenia zmuszone są do współpracy. KGB oraz CIA posiada niezwykle wyrazistych agentów, co daje olbrzymie pole do popisu dla scenarzysty i reżysera. „Kryptonim U.N.C.L.E.” do samego końca koncentruje się na rywalizacji obu mężczyzn, z nuklearną zagładą gdzieś tam w tle.

Kryptonim U.N.C.L.E. 7

Cavill i Hammer prowadzą klasyczną grę samców – kto ma lepszego gnata w kaburze, bardziej praktyczne gadżety w kieszeni, szybszy samochód w garażu czy piękniejszą kobietę przy boku. Rywalizacja agentów jest motorem napędowym całego filmu i daje okazję do serwowania gagu za gagiem. Niezależnie, czy to podczas tajnej operacji na tyłach wroga, czy podczas przygotowań do jednej z wielu operacji, „Kryptonim U.N.C.L.E.” tryska humorem, odrywając się od współczesnych, poważnych filmów akcji pokroju nowego „Mission Impossible”.

Ogląda się to naprawdę przyjemnie, niezależnie od płci i wieku.

Zgaduję, że zgromadzone w kinie kobiety nie będą narzekać na dwóch przystojnych agentów o kwadratowych szczękach, którzy serwują sobie uszczypliwości w garniturach szytych na miarę. Sam również nie miałem nic przeciwko – to w końcu Guy Ritchie, którego typowo męskie i dosadne kino ciężko nie lubić. Zwłaszcza, kiedy lubi się bardziej soczyste filmy akcji.

Z drugiej strony trzeba oddać, że tym razem brytyjski reżyser mocno ugrzecznił swoje dzieło. To oczywiście nic złego, odmiana zawsze jest w cenie. Filmowy pazur kruszeje proporcjonalnie do rosnącego budżetu, natomiast Guy Ritchie dostał tym razem aż 75 milionów dolarów. To kilkukrotnie więcej niż przy jego ukochanej „Rock’N’Rolli”. Brytyjczyk wybrał więc bezpieczny wariant zabawnego, grzecznego kina akcji z elementami romansu, co mu się udało.

Kryptonim U.N.C.L.E. 4

Nie można również nie napisać o świetnych kostiumach i klimacie lat 60-tych.

„Kryptonim U.N.C.L.E.” ugina się pod kostiumami, samochodami i gadżetami z tamtego okresu. No, a przynajmniej tak ma wydawać się widzowi. Film pełen jest błyszczących, nawoskowanych samochodów oraz modnych, stylizowanych na tamten okres okularów czy biżuterii. Reżyser snuje idealistyczną wizję lat 60-tych, w których podzielona murem berlińskim Europa zamienia się w kolorowe miejsce pełne przygód i pięknych ludzi.

To bardzo miła widokówka, zwłaszcza gdy akcja przenosi się do Włoch. Odrealnione lata 60-te budzą pewną melancholię i niesłuszny sentyment. Nawet w widzu, który urodził się po niewłaściwej stronie muru i cały czas słuchał jedynie relacji tych członków rodziny, którzy ułożyli sobie życie w krajach Zachodu. To właśnie ten idylliczny „Zachód” jest widoczny w filmie i trzeba przyznać, naprawdę świetnie wygląda.

Kryptonim U.N.C.L.E. 3

Na tle rywalizujących ze sobą bohaterów, ciekawych kreacji żeńskich i pięknej choreografii gorzej wypada sam scenariusz. Fabuła filmu została zdeptana przez świeżo wypastowane buty agentów CIA i KGB, którzy przez cały seans wirują w tańcu dominacji i testosteronu. Wątpię jednak, żebyś szedł do kina oczekując solidnego, politycznego thrillera.

„Kryptonim U.N.C.L.E.” to bardzo udane, masowe widowisko dla każdego. Mamy akcję, mamy romans, mamy humor – Guy Ritchie pokazał wzorowy szablon hollywoodzkiego produktu dla mas, który zadowoli wszystkie podstawowe potrzeby przeciętnego widza. Nie jest to tak odświeżające doświadczenie jak „Kingsman”, ale wciąż warte tego podwójnego biletu do kina, do którego wybierzesz się wraz z osobą towarzyszącą.

Teksty, które musisz przeczytać:

Mission: Impossible – wybieramy najlepszą część serii

“Mission: Impossible” to jedna z najciekawszych serii filmowych. Każda kolejna odsłona, choć stanowi część większej całości, zdaje się być samodzielną opowieścią, którą można oglądać bez konieczności znajomości poprzednika. W dodatku (do niedawna) każda część “M:I” reżyserowana była przez innego rzemieślnika, przez co, także formalnie, odróżniała się od reszty.

Top/Film 07.08.2018

Dołącz do dyskusji (4)

4 odpowiedzi na “Najpierw Kingsman, teraz U.N.C.L.E. – wraca dobre, przerysowane kino szpiegowskie”

  1. Henry “pokerface” Cavill, po supermenie kojarzy mi sie z facetem który ma minę jakby miał zatwardzenie. Zwiastuny też nic innego mi nie pokazały. Czy w tym filmie jest lepiej niż w Supermanie? Jeżeli tu też przez cały film ma jeden wyraz twarzy to podziękuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...