Jest tylko jeden „Poltergeist” i to na pewno nie kinowa kreatura z 2015 roku

Film 31.05.2015
Jest tylko jeden „Poltergeist” i to na pewno nie kinowa kreatura z 2015 roku

Uwielbiam filmowe remake’i i nowe odsłony wspaniałych, wielkich serii z przeszłości. Tym bardziej uwielbiają je wytwórnie, czerpiąc pełnymi garściami w historycznym dorobku kina. Niestety, w przypadku horroru „Poltergeist” doszło to sprofanowania klasyka filmem, którego nie można określić nawet jako średni.

Nie było mnie na świecie, kiedy w 1982 roku pierwszy „Poltergeist” szturmował amerykańskie kina. Film obejrzałem dopiero kilkanaście lat później, zagłębiając się w nieśmiertelną klasykę horroru. Produkcja Tobego Hoopera, do której scenariusz pisał sam Steven Spielberg, zyskała nagrodę BAFTA i trzy statuetki Saturna. W ogóle się temu nie dziwię. W tamtych czasach efekty specjalne musiały robić wrażenie.

Niestety, „Poltergeist” z 2015 roku nie ma absolutnie żadnych szans, aby powtórzyć sukces pierwowzoru.

Kreatura stworzona przez praktycznie nieznanego reżysera Gila Kenana wypada naprawdę słabo. Kiedy porównać ją do oryginalnego „Poltergeista”, nawet po tylu latach od jego premiery, „słabo” zamienia się na „tragicznie” i „zmarnowałem dwie godziny z mojego życia”. Ostrzegam – naprawdę nie idźcie na tego potwora do kina. Nawet, jeżeli jesteście miłośnikami filmów grozy.

Chyba nikogo nie zdziwi mój podstawowy zarzut względem „Poltergeista” z 2015 roku – ten horror po prostu nie straszy. Ani na moment, ani na przez chwilę, w ani jednej scenie. Dziwne o tyle, że ujęć mających przenosić nasze serca do przełyków jest naprawdę dużo i starczyłoby na przynajmniej dwie bardziej umiejętnie poprowadzone opowieści.

Nie brakuje współcześnie filmów, które potrafią zjeżyć włos na głowie. Dominuje tutaj kino europejskie, na tle którego „hamerykańskie”, napompowane do przesady produkcje typu „Poltergeist” przypominają naiwne opowieści dla nikogo. To jak „Gęsia Skórka” ze zbyt dużym, nieproporcjonalnym do talentu producentów zastrzykiem gotówki. Reżyser serwuje nam „straszną scenę” za „straszną sceną”, jak gdyby realizował odcinek serialu.

poltergeist 1

Prawie 6 minut – tyle czasu pokazał cyfrowy stoper w momencie, w którym doszło do pierwszej próby nastraszenia widza. Drugie tyle – mamy kolejną. Jeszcze jedną i jeszcze raz. O ile oryginał z 1982 roku zasłynął z odpowiedniego, umiejętnego i cierpliwego budowania napięcia, tak współczesny „Poltergeist” pali scenę za sceną, starając się przestraszyć widza „na akord”. Sceny, które w teorii powinny nas straszyć, są widzowi wciskane tak nachalnie jak chińskie towary na targowisku.

Gdyby ktoś zaczął mnie torturować, karząc wskazać przynajmniej jedną zaletę „Poltergeista”, na pewno byłaby to perspektywa.

Bohaterowie i otoczenie filmu z 1982 roku dzisiaj nie mają prawa bytu. Stąd przeskok do współczesnych czasów, nowoczesnej rodziny i nowych technologii jest naprawdę interesujący. Już pierwsza scena, w której młody chłopiec gra w interaktywny horror na swoim iPadzie, jest interesującym powiewem świeżości i mrugnięciem w stronę starszej widowni. Świat się zmienia, sposób życia się zmienia, zmienia się kino, zmienić się musiał również „Poltergeist”.

Szkoda, że na gorsze.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...