Bo Warszawa nigdy nie będzie tak ekscytująca jak Nowy Jork. “Warsaw by night” – recenzja sPlay

Film 09.02.2015
Bo Warszawa nigdy nie będzie tak ekscytująca jak Nowy Jork. “Warsaw by night” – recenzja sPlay

“Chyba jednak odpuszczę sobie to polskie kino” – pomyślałam rozgoryczona po seansie. Owszem, spodziewałam się czegoś kiepskiego. Jak wielokrotnie zdradzany kochanek czułam, że tym razem będzie tak samo. Że dostanę rozrywkę i przaśny humor, ale to nie ja będę się śmiała i dobrze bawiła, tylko aktorzy na ekranie, którzy ranić mnie będą każdym żartem i pospolitą sceną. A potem ktoś w telewizji powie, że to wszystko było tak specjalnie, że to pastisz i że to nie jest, kochanie, tak jak myślisz. O dziwo, zostałam zaskoczona. Tym razem obyło się bez nieudanych wątków komediowych. Było za to potwornie nudno. A przez nudę też można zdradzić. Tym razem ja nie będę fair. Wybieram zagraniczne kino.

“Warsaw by night” chce być czymś wzniosłym. Chce odbić się od dna, którego sięgnęło polskie kino po produkcjach takich jak “Ciacho”, “Kac Wawa” czy “Idealny facet dla mojej dziewczyny”. Niestety jednak przez to, że twórcy filmu absolutnie nie mają na niego pomysłu, z hukiem ląduje jeszcze niżej. Wymienione przeze mnie komedie przynajmniej nie udają (chyba, że na poważnie chcemy brać wystąpienie Piotra Czaji, scenarzysty filmu “Kac Wawa”, w telewizji śniadaniowej) czegoś czym nie są. Wszyscy dobrze wiemy, że chodzi tu o niewymagającą, dość prostacką rozrywkę, która chce wyśmiać pewne konwenanse czy mechanizmy, sama wpadając w wykpiwane przez siebie sidła.

W przypadku produkcji w reżyserii Natalii Korynckiej-Gruz jest nieco inaczej.

warsaw by night iga

“Warsaw by night” chce być dramatem psychologicznym i komedią w jednym. Chce być poważniejszy niż “To właśnie miłość” i bardziej kontrowersyjny niż “Zakochany Nowy Jork” czy “Kobiety pragną bardziej”.

A jest nijaki. Dlaczego? Bo się dłuży, bo męczy, bo bywa trywialny i ma bohaterów, którzy cię nie obchodzą.

W “Warsaw by night” mamy cztery kobiety, których historie po kolei poznajemy.

Ich losy właściwie nie splatają się bezpośrednio. Wspólnym mianownikiem jest jedna knajpa, “Warsaw”, do której każda z nich trafia w nocy. Poza tym mamy wszelkie odmiany miłości, które stają się przekleństwem głównych bohaterek. Jest więc Iga (Izabela Kuna), która na pozór żyje w szczęśliwym małżeństwie, ale w rzeczywistości z trudem przeżyje rozpad cudzego związku, Helena (Stanisława Celińska) przez 35 lat żyjąca przeszłością, Maja (Roma Gąsiorowska-Żurawska), która dobitnie przekona się o tym, że poukładane życie niekoniecznie jest gorsze niż szalone eskapady i Renata (Marta Mazurek), która przyjeżdża do wielkiego miasta by zawalczyć o prawdziwą miłość.

warsaw by night renata

Akcja czterech nowelek rozgrywa się jednej nocy, podczas której życie głównych bohaterek wywraca się do góry nogami.

Po tych wydarzeniach Iga, Helena, Majka i Renata będą musiały zrewidować swoje priorytety i zastanowić się, jak ma wyglądać przyszłość każdej z nich. Widzowie nie poznają jednak odpowiedzi na pytanie jak potoczą się losy postaci. Cztery kobiety pokazane w przełomowych  momentach życia są tylko symbolami, z których każdy może odczytać co chce i odnaleźć samego siebie, swoje własne lęki, miłości, bolączki.

Problemem “Warsaw by night” jest tak naprawdę scalenie czterech historii w jeden obraz.

Miłość i  kluczowe dla filmu bycie w dwóch miejscach naraz (każda z kobiet wydaje się zagubiona w rzeczywistości, żyje przeszłością i teraźniejszością jednocześnie albo nie potrafi wyzwolić się spod jarzma tajemnicy i skrywa swoje prawdziwe “ja”) to nieco za mało, aby te nowele połączyć w jeden film. Zbyt niewiele jest pomiędzy nimi punktów stycznych, kolejne nowelki to nie paralele, a nieco przypadkowo dobrane opowieści.

Metaforyka filmu zaczyna przypominać jego nadinterpretację i właściwie trudno stwierdzić, o co chodziło twórcom “Warsaw by night”.

To miał być obraz miłości w XXI wieku? Przedstawienie różnorodności życia nocnego stolicy? Zaprezentowanie wielu oblicz miłości? A może wszystko po trochu? Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, bo całość ciągnęła się jak flaki z olejem a ja na próżno szukałam kolejnych elementów, które pozwolą mi zespolić te historie w jedno. Przy tym wszystkim same opowieści nie są takie złe (dwie pierwsze wydają się najbardziej przekonujące), ale coś tu zgrzyta, nie sprawia, że chce się o postaciach i ich problemach dyskutować. Dodatkowo kreacja Marty Mazurek w roli Renaty trąci śmiesznością, głównie przez odwołanie się do filmu “Życie Adeli”. Naprawdę teraz wszystkie lesbijki farbują włosy na niebiesko?

“Warsaw by night” to kolejny powód, aby przestać chodzić na polskie filmy, zwłaszcza te, co do których nie mamy pewności, czy będą żałosną komedią, traktującą tylko o seksie, czy quasi-psychologizującym dramatem. Ani jedno, ani drugie nam po prostu nie wychodzi, a Warszawa nocą choćby się dwoiła i troiła nigdy nie będzie tak ekscytująca jak Nowy Jork.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...