Wachowscy sięgają po kosmiczną operę mydlaną i kicz z lat 70. “Jupiter: Intronizacja”, recenzja sPlay

Film 04.02.2015
Wachowscy sięgają po kosmiczną operę mydlaną i kicz z lat 70. “Jupiter: Intronizacja”, recenzja sPlay

Wachowscy sięgają po kosmiczną operę mydlaną i kicz z lat 70. “Jupiter: Intronizacja”, recenzja sPlay

Zacznę ostro… “Jupiter: Intronizacja” rodzeństwa Wachowskich to film zły, momentami bardzo zły, który łączy w sobie wszystkie najgorsze cechy kiczowatych filmów sci-fi z lat 70 i 80. Czy to oznacza, że na “Jupiter: Intronizacja” nie warto iść do kina? Paradoksalnie odpowiedź brzmi: nie. 

Dzieło Wachowskich to tak naprawdę kosmiczna opera mydlana z mnóstwem efektów specjalnych i scenariuszem tak strasznie złym, że absolutnie wartym obejrzenia. Serio. “Jupiter: Intronizacja” jest filmem beznadziejnie napisanym, ze strasznie manierycznym i pretensjonalnym aktorstwem, ale koniec końców bardzo odprężającym i dostarczającym mnóstwo zabawy. Nie wiem czy Wachowskim o to chodziło, ale ze względu na potężną dawkę klisz i kiczu ich dzieło było po prostu niesamowicie śmieszne.

Całość przypominała mi po prostu marne kopie “Gwiezdnych wojen”, tandetne, schematyczne filmy science-fiction z dziurami w scenariuszu, chaosem fabularnym i aktorami próbujący grać.

jupiter wachowscy 2015

W normalnych warunkach uznałbym “Jupiter” Intronizację” za kompletną porażkę i powód do wstydu dla Wachowskich, ale w związku z tym, że oglądałem film w sali Skoda 4DX, zmieniło się moje postrzeganie tego dzieła.

Nie wyobrażam sobie tak naprawdę, że Wachowscy mogli zrobić “Jupiter: Intronizacja” na serio. To po prostu – tak sobie tłumaczę – niemożliwe, szczególnie że fabuła jest do bólu schematyczna, budząca momentami poczucie zażenowania. Co to oznacza? Ano w skrócie typową historię międzyplanetarnego kopciuszka kończącą się happy endem. Główna bohaterka, Jupiter (Mila Kunis), jest niezadowolona ze swojego dotychczasowego życia pod jednym dachem z wielką familią i pracy jako sprzątaczki (rodzinny biznes). Nieszczęsny żywot głównej bohaterki nie trwa jednak długo, ponieważ zostanie wplątana w wielki kosmiczny konflikt między członkami potężnego rodu handlującego… ludźmi z różnych planet.

Niestety w tym miejscu natrafiam na potężna przeszkodę – niemożność wytłumaczenia wam tego, o co w “Jupiter: Intronizacja” chodziło. Nie wiem jakich wspomagaczy Wachowscy używali podczas pisania scenariusza, ale to musiało to być coś zaiste wyjątkowego.

jupiter ascending recenzja

Cały film to jedna wielka ekspozycja, a i tak koniec końców nic nie wiadomo i dlaczego na ekranie dzieje się tak a nie inaczej.

Summa summarum, cała fabularna układanka Wachowskich szybko się rozsypuje i budzi konsternację, która zaczyna się już na samym początku filmu.

Przechodząc do rzeczy, Jupiter okazuje się być wcieleniem wielkiej królowej z rodu, który panuje we wszechświecie od zarania dziejów i zasiedla nowe planety hodując na nich homo sapiens. Po co to robią? Ponieważ dla ras bardziej rozwiniętych najcenniejsza rzeczą we wszechświecie jest czas. Dzięki zaawansowanej genetyce, ludzie (ale nie z Ziemi, która jest tylko kolonią) nauczyli się przedłużać własne życie. Do tego procesu potrzeba jednak innych istot żywych. Jupiter z racji swojego pochodzenia jest pretendentką do tronu i zostania głową arystokratycznego rodu. Okazuje się jednak, że potomstwo królowej – czyli poprzedniego wcielenia Jupiter – chce zachować albo wzmocnić swoją pozycję na rynku handlowania ludźmi, dlatego też z miłą chęcią pozbędą się swojej “nowej” matki.

jupiter intronizacja wachowscy

Na szczęście dla głównej bohaterki, pojawia się Caine (Channing Tatum), genetyczna krzyżówka człowieka z wilkiem, prawdziwy rycerz w lśniącej zbroi, który ma spiczaste uszy. Gdy bohaterowie zostają przedstawieni, potem następują już tylko wybuchy, pościgi, walka dobra ze złem, przedzieranie się przez siły wroga – jak w “Gwiezdnych wojnach” – i obowiązkowy wątek miłosny. Wachowscy do tego dołożyli jeszcze jaszczury, żarty z biurokracji i kosmitów rodem z “Archiwum X”. Niewątpliwie na ekranie wiele się działo i o to chyba Wachowskim głównie chodziło. Zarówno twórcy filmu jak i ludzie z Warner Bros. wiedzieli, że taki gniot nie ma szans obronić się fabułą, dlatego też zdecydowali się na dołożeniu widzowi wrażeń poza filmowych.

Efekty specjalnie w “Jupiter: Intornizacja” nie zachwycały już tak, jak te w “Matrixie” – w końcu inna epoka – ale wszystko to, co działo się wokół widza już tak.

Fotel podążający za ruchem kamery, oprysk wodą, podmuchy wiatru, dochodzące do nozdrzy zapachy, to wszystko robiło wrażenie w połączeniu z obrazem. Podczas seansu czułem się więc jak małe dziecko, które po raz pierwszy doświadcza przejażdżki na rollercoasterze. Jasne, filozoficzne bzdety zawarte w filmie i przesadna teatralność postaci (szczególnie Lorda Balema, w którego wcielił się Eddie Redmayne) zwalały z nóg, ale co z tego kiedy koło ucha słuchać wystrzelone pociski, a na plecach czuć lekkie uderzenia, gdy bohater na ekranie dostaje po pysku lub pada na ziemię.

Mila Kunis z Channingiem Tatumem odstawili na ekranie “Modę na sukces”, więc jeżeli liczycie na dobry film bawiący historią, w żadnym wypadku nie wybierajcie się na “Jupiter: Intronizacja”. Jeżeli jednak macie blisko siebie Cinema City z salą 4D pędźcie do kina. Będziecie bawić się przednio, pozbądźcie się tylko zawczasu wysokich oczekiwań i obowiązkowo kupcie popcorn.

Teksty, które musisz przeczytać:

„Sense8” Wachowskich dołącza do mojej listy obowiązkowych seriali

Po obejrzeniu kilku odcinków nowej produkcji Netfliksa wciąż nie mam bladego pojęcia, czym jest „Sense8”. Na papierze to serial sci-fi. W praktyce mało tutaj „science”, jeszcze mniej „fiction”, natomiast pierwsze skrzypce grają interakcje międzyludzkie i tajemnice. Oraz promocja środowisk LGBT.

Seriale 09.06.2015

Dołącz do dyskusji (10)

10 odpowiedzi na “Wachowscy sięgają po kosmiczną operę mydlaną i kicz z lat 70. “Jupiter: Intronizacja”, recenzja sPlay”

  1. Trylogia Matrixa to rownież niesamowicie głupie filmy ze sztywną grą aktorską i idiotyczną fabułą, ale ogląda się je wyjątkowo dobrze nawet dziś. Własnie na coś takiego liczę również w tym przypadku.

    • Matrix jest OK, lecz najbardziej tylko pierwsza część. W jedynce nie wszystko jest do końca jasne, w miarę mocno przedstawione. W kolejnych częściach zaczęli bawić się w efekty, nieco kiczu, dokooptowanie matriksowej filozofii, rozbudowę świata – przez co klimat jedynki uleciał.

      Sequele Matriksa są przykładem, że zasada 2x więcej wszystkiego – niekoniecznie dobrze się spisuje. Po lepszej jedynce, reszta stała się miałka, a rozbudowanie świata tylko zniszczyło tajemniczość.

      • Ale i tak było warto. Matrix 1 jest genialny, 2 jest wspaniały a 3 jest…. super efekciarski i tajemniczy (zakończenie).

      • W 100% się zgadzam. Pierwsza część Matrixa jest nawet bardziej niż OK ;). Chodzi o to, że jak każdy z filmów rozbierzemy na części pierwsze, okaże się ,że to bardzo słabe filmy: sztywne aktorstwo (gdzie jest chemia między Neo a Trinity poza tym że cały czas uderzają w ślimaka :D?), głupi scenariusz (po co maszynom w ogóle jest Matrix :D?), paradoksalnie oczywiste nawiązania udające jakąś głębsza filozofię i masę scen akcji które są tylko po to, by fajnie wyglądały – mimo wszystko jako całość tworzą mieszankę nie tyle strawną, co wręcz bardzo dobą! Na tyle dobrą, że dzisiejsze kino akcji dużo czerpie właśnie z Matrixa. Po Jupiter oczekuję właśnie takiego kina – może nie tak rewolucyjnego jak w przypadku pierwszego Matrixa, ale takiego, które właśnie wciąga swoim kiczem i przerostem formy nad treścią. Jeszcze nie widziałam bo do kina wybieram się jutro. Acha, w przypadku serii Matrix nie zapominajmy o Animatrix – moim skromnym zdaniem zdecydowanie najlepszy z 4 projektów Wachowskich :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...