Pink Floyd schodzą ze sceny bardzo spokojnie, za spokojnie. “The Endless River”, recenzja sPlay

Muzyka 10.11.2014
Pink Floyd schodzą ze sceny bardzo spokojnie, za spokojnie. “The Endless River”, recenzja sPlay

Pink Floyd schodzą ze sceny bardzo spokojnie, za spokojnie. “The Endless River”, recenzja sPlay

Pomińmy tę część, w której rozpływam się nad potęgą Pink Floydów, mamy do czynienia z rockowymi legendami i koniec. W ten sposób postrzegam Brytyjczyków, ale nie jestem znawcą ich twórczości, a już w żadnym wypadku fanem. Solówki z Comfortably Numb i słowa Another Brick In The Wall, part 2 znam prawie na pamięć, ale nic więcej, dlatego też do “The Endless River” mogłem podejść bez uprzedzeń i zawyżonych oczekiwań. Mimo to, czuję się lekko zawiedziony, tak jakby sama nazwa zespołu obiecywała mi coś, co nie zostało mi dane.

Tym bardziej, że piętnasty album Pink Floyd jest ich ostatnim. David Gilmour wyznał, że to koniec, a najnowszy materiał będzie jednocześnie pożegnaniem i hołdem złożonym zmarłemu w 2008 roku Richardowi Wrightowi. Musze przyznać, że jak na ostatnie pożegnanie, to trochę mało dostaliśmy. Bez ogródek dodam, na “The Endless River” brakuje mi po prostu porządnego kopa. Rockowego pazura, zwierzęcości, czegoś co pozwoli uronić łzę za zespołem.

Żaden ze mnie “floydowiec” i jako przeciętny słuchacz nie znalazłem na “The Endless River” nic, co rzuciłoby mnie na kolana. Wiem, że kawałki na płycie są w rzeczywistości “odrzutami” z sesji do “The Division Bell” i nie powinienem spodziewać się porywających artrockowych przebojów. Zdaję sobie sprawę, że nie chodziło tu o stworzenie opus magnum, ale jak słyszę świetne Allons-y (1) z gitarą Gilmoura, to od razu pojawia się myśl – dlaczego nie mogło być tego więcej?!

Dlaczego Pink Floyd nie starali się chociaż dograć czegoś podobnego do Talkin’ Hawkin‘ (notabene z głosem Stephena Hawkinga)? Boże, gdyby tego było więcej, to “The Endless River” przestałoby smęcić w mojej głowie, a powodowało chęć sięgania po najbliższe ustrojstwo wydobywające z siebie dźwięki, byleby powtórzyć tę magię. Gdyby tak tylko do Autumn’ 68 dodano trochę więcej tej “pinkfloydowatości”, która jest już w krótkim (za krótkim) Allons-y (2). Cuda by się wtedy działy.

Niestety cudów nie ma, jest nuda. Dobrze wyważona, zręcznie wykonana muzyczna nuda. Jeszcze It’s What We Do broni się jako tako duetem Gilmoura z Masonem. Jeszcze tam te organy walczą o moją uwagę, pogrywając w tle akordy autorstwa Wrighta. Jestem bardziej świadkiem udanego jam session niż płyty, która ma powiedzieć wszystkim “do widzenia, to koniec Pink Floyd, gasimy światło”. W większości numerów nie dzieje się nic ciekawego, żeby w ogóle móc choć raz powtórzyć sobie w myślach jakikolwiek takt. Nervana to rockowa przygrywka, która podobnie jak It’s What We Do brzmi jak fragment jakiegoś koncertu w domowym zaciszu Gilmoura.

Dziwne uczucie towarzyszy słuchaniu “The Endless River”. Z jednej strony płyta nie zachwyca kompletnie, ciągnie się momentami jak makaron. Z drugiej strony sporo obiecuje, ale tylko po to, żeby za chwilę rozczarować. Już w połowie krążka czuje się niedosyt, a kawałki jak The Lost Art of Conversation czy Sum są dla mnie typowymi zapychaczami. Nie bez powodu mamy koniec końców do czynienia z utworami, które już były kiedyś ocenione na tyle nisko, że nie wydostały się na światło dzienne. Louder Than Word – jedyny numer z wokalem – brzmi jak losowo wygenerowany przez komputer kawałek, który miał udawać dobre numery Pink Floyd. Trochę szkoda, że legenda rocka już nic nowego nie wyda, ale  drugiej strony, jeśli mieliby dalej wyciągać z szafy jakiś niepublikowany wcześniej materiał, to może dobrze się stało.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (26)

26 odpowiedzi na “Pink Floyd schodzą ze sceny bardzo spokojnie, za spokojnie. “The Endless River”, recenzja sPlay”

        • Ale co ma jedno do drugiego? Nie jestem fanem Pink Floyd, ale lubię ich stare kawałki, obojętnie z którym wokalistą. Słucham wielu gatunków, więc nadal wszystko sprowadza się do tego, że recenzję płyty Pink Floyd może napisać wyłącznie ktoś, kto jest fanem zespołu?

          • Nie bronie płyty bo jej nie znam i nawet nie korci aby poznać. Dla mnie najlepszy był ich początkowy okres. Oczywiście to subiektywna ocena. Sam jednak zaznaczasz że nie znasz specjalnie zespołu ani nigdy nie był w kręgach Twoich większych zainteresowań. Myślę że jednak wolal bym się zdać na recenzje kogoś kto się przynajmniej zna i wcale nie musi być fanem. Całkiem możliwe że jego recenzja będzie zbliżona do Twojej :) Poza tym… nie lepiej recenzować coś co się zna? Ale to inna sprawa :)

          • Nie jest tak, że nie znam Pink Floyd, pewnie znam ten zespół dużo lepiej niż przeciętny Kowalski. Przesłuchałem całkiem sporo ich płyt, ale nowsze już tylko po łebkach. Ale masz rację ciekawiej na pewno przeczytać recenzję kogoś, kto zna dyskografię zespołu od podszewki :) Ja z czystej skromności stwierdzam, że na Pink Floyd znam się mało, ale ktoś inny może powiedzieć, że coś tam o nich wiem. Akurat Floydzi kończą wydawanie płyt, więc swoje parę groszy do tego tematu wtrąciłem i tyle :D

          • “.. nie jestem znawcą ich twórczości, a już w żadnym wypadku fanem ” Odniosłem się do tego. Co raczej wskazuje na negatywne nastawienie na starcie:) A tak z własnego doświadczenia pamiętam jak kiedyś polecano mi Bauhaus i This Lizzy :) Po łebkach nie moglem tego słuchać nawet za którymś razem… Aż kiedyś przy odpowiednim nastroju wskoczyło i nie chce wyskoczyć z głowy :)

          • “nowsze już tylko po łebkach” – to widać w tej recenzji. Zalecam przesłuchanie dogłębne “The Division Bell”. Nie będzie wówczas kwiatków typu “Dlaczego Pink Floyd nie starali się chociaż dograć czegoś podobnego do Talkin’ Hawkin‚ (notabene z głosem Stephena Hawkinga)?” – ano dlatego, że ten utwór jest ewidentnym odpadem po “Keep Talking” z “The Division Bell”.

            Ogólnie cała “The Endless River” to spadki po sesjach z “The Division Bell” co bardzo słychać. Do tego lekkie tło z “Dark Side of the Moon” i może trochę z “Wish You Were Here” (szczególnie z “Shine On…”). Słuchałem na razie raz, faktycznie nudnawo – brakuje rozwinięcia, jest tylko klimat i wspomnienie. Ale może tak miało być?

          • Muzycy sami mówili, że do tych odpadków również nagrywali nowe partie, a także na nowo nagrywali całe utwory.

          • Ja jestem samozwańczym “fanem”. Uwielbiam ten zespół i w 99% zgadzam się z jego słowami. Brak kopa, i tyle. Sam daję ocenę 7-7,5 / 10

      • tylko tacy którzy maja cos do powiedzenia i wiedza o czym mówią, tacy ktorzy potrafią zestawić z wcześniejszym dorobkiem dzięki temu ocenic, odnieść się do inspiracji nazwać rzeczy po imieniu. to ze wyskoczył o ci powiadomienie w spotify ze nowe pf juz jest nie zobowiązuje cie do pisania recenzji. traktuj swoja prace poważnie a nie piszesz byle co i zanizasz jakość pracy całego zespolu.

        • Ja niby słucham Floydów, ale z racji, że nie wiem zbyt wiele o nich to recki bym nie robił, z Metallica to samo. Zaś o Guns N Roses, Linkin Park i Slash, czy Perfect bez problemu. Dlaczego? Tą 2 grupę znam “od podszewki”. Znam początki, dyskografię, mogę co nieco o kimś z ekipy powiedzieć. To powinno być wyznacznikiem, czy robić recenzję, czy nie. Wiedza ponad podstawowa to wymóg minimum.

        • A kto napisał, że zobowiązuje? Poza tym argument o zestawieniu jest bezsensu. Nie trzeba znać wcześniejszych płyt, żeby pisać o nowej. W ten sposób, każdy recenzent musiałby znać dyskografię każdego zespołu, o którym pisze. Ktoś dla kogo “The Endless River” jest pierwszą płytą Pink Floyd ma także prawo do recenzowania.

          • No i tu się pojawia fundamentalny problem, czy w ogóle powinniśmy uzurpować sobie prawo do “recenzji” w każdej dziedzinie, tylko dlatego, że można, bo jest “wolność”. Mniemam, że recenzowanie płyty bez pewnego kontekstu mija się z celem. Trochę jak z literaturą. Oczywiście nie czytając literatury w ogóle, po przeczytaniu ostatniej książki np. Murakamiego mam “świeżość i obiektywność sytuacji, bo nie jestem skażony wcześniejszymi oczekiwaniami” – to nadużycie i niekoniecznie powinniśmy iść tą drogą. Warto się nad tym zastanowić. Dlatego nie chcę nikogo pouczać, lepiej jeszcze raz popaść w refleksję, czy aby na pewno chcemy na siłę bronić takiego stanowiska “nie znam, wypowiem się, bo mam prawo”, bo to może dotyczyć każdej dziedziny.

          • “Pisać (org. Śpiewać) każdy może,
            trochę lepiej, lub trochę gorzej,
            ale nie oto chodzi,
            jak co komu wychodzi.
            Czasami człowiek musi,
            inaczej się udusi,
            ooo” – pisz chłopie, zawsze to lepiej , jakbyś się miał udusić,
            ja pozostanę w nadziei, że nie zawsze trafię na to co z siebie wydusisz

  1. Autorze: skoro:…Żaden ze mnie „floydowiec” i jako przeciętny słuchacz nie znalazłem na…. to po co zabierasz się za recenzję? wierszówka?

      • widzisz nawet tego nie wiesz… garsc pytan i argumentow ktorych nikt poza toba nie rozumie. podstawa wykonywania pracy jaka tu “uprawiasz” jest stawianie tez a nie zadawanie pytan. a ty uparcie sie miotasz i bedziesz sie bronil… jasne ze nikt ci nie zabroni pisac tylkoe ze za chwile przestana cie czytac… pokory wiec. i ja co mowie ze argument o zestawieniu ma sens i ze trzeba znac wczesniejsze plyty zeby pisac o nowej. nara.

      • Panie Jacku proszę się nie przejmować niektórymi opiniami pod tym artykułem. Ja mam takie samo zdanie jak Pan. Dobra muzyka obroni sie sama vide “High Hopes”.

  2. Co Wy tak wszyscy jedziecie na autora?!
    Ja jestem fanem floydów, uwielbiam ich środkowy okres, znam historię zespołu. Przesłuchałem zdecydowaną większość albumów. I muszę powiedzieć, że niemalże całkowicie zgadzam się z autorem. Na płycie brak jest tego kopa. Słuchając każdego kawałka czekałem, aż się on rozwinie, aż gilmour wjedzie z gitarą a manson zapoda dobre bicie. ALE kiedy nadchodził moment, że czuję, że w tym takcie powinno się to stać, to idealnie w tym momencie kończył się utwór… I tak w kółko. Album jest wyżej niż przeciętny, ale gorzej niż The Wall, TDSoTM, Animals czy wish you were here. Za mało pazura… Moja ocena to 7-7,5 / 10. Płyta jak dla mnie po każdym przesłuchaniu pokazuje coś nowego, lepszego. Nie rozumiem nagonki na autora. Rozumiem, że psychofani się odezwali, którzy będą bronić twórczości swojego ulubionego zespołu za cenę życia, i okłamywać się, że TER jest lepsze niż The Wall… Uwielbiając zespół również można go krytykować. Dla mnie Floydzi zawsze będą wielcy…

  3. za plyta przemawia jak zwykle swietna produkcja,plyta nastrojowa ambientowa chwilami :)Zaden z ciebie fan to fakt :)nie znasz czlowieku nastrojow ,piekno to nie akcja rodem z filmu hoolywood (musi sie dziac bo inaczej jest nudno ) konsumencie xx wieku :)

  4. mam 29 lat Pink Floyd slucham prawie 20 lat.Zaczynalem jako dzieciak a skonczylem jako dorosly facet. Nowy material przeznaczony jest dla ludzi ktorzy Pink Floyd cenia, sluchaja i kochaja. Szukasz czegos co rusza rzuca na kolana ? posluchaj Stromae :)

  5. A mnie płyta bardzo się podoba i to za każdym kolejnym przesłuchaniem bardziej. Problem jednak w tym, że współczesny słuchacz ma być olśniony muzyką od razu, bo w innym wypadku “wieje” mu muzyczną nudą. A ja uwielbiam intelgientne albumy, które mnie zdobywają powoli, ale na zawsze i taki jest nowy PF! I w nosie mam wszystkie recenzje, bo od wieków tak jest, że jednemu się coś podoba a drugiemu nie :)

  6. Jestem fanem od najmłodszych moich lat. Jak wydali Ciemną stronę księżyca miałem 2 miesiące. Zacząłem się interesować ich twórczością po płycie Delikatne brzmienie grzmotu. Z całą stanowczością stwierdzam że po 1987 roku nie mają nic sensownego do zaoferowania. Utwór “Cluster One” rozpoczynający płytę The Division Bell aż się prosił do rozwinięcia a kończy się niespodziewanie. W podobnym tonie jest nowa płyta. Dla mnie jest za nudna. Zgadzam się ze stwierdzeniem “schodzą ze sceny bardzo spokojnie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...