Idealne podsumowanie 25-lecia działalności – Lenny Kravitz nadal w formie. “Strut”, recenzja sPlay

Muzyka 26.09.2014
Idealne podsumowanie 25-lecia działalności – Lenny Kravitz nadal w formie. “Strut”, recenzja sPlay

Idealne podsumowanie 25-lecia działalności – Lenny Kravitz nadal w formie. “Strut”, recenzja sPlay

Trzyletnia głodówka dobiegła końca. Lenny Kravtiz nie dość, że wydaje naprawdę dobry album, to na dodatek pokazuje, że z wiekiem może być jeszcze lepszy. Pod szyldem własnej wytwórni, Roxie Records, legenda amerykańskiego rocka zebrała cały materiał, jaki chodził jej po głowie i umieściła go na “Strut”. Jeżeli to wszystko zasługa “Igrzysk Śmierci”, to chyba zacznę ten film lubić.

Kravitz nie musiał już nic udowadniać – Grammy na półce i hordy zagorzałych fanek o czymś świadczą – ale faktem jest, że na 25-lecie działalności przydałaby się porządna płyta. Nie genialna, powodująca chęć nieprzespania kilku nocy ze słuchawkami na uszach i mordowania przycisku play, ale taka, do której przyjemnie jest wrócić po jakimś czasie. A do “Strut” chce się wracać.

Fakt ten wynika w głównej mierze z tego, że płyta jest spójna i skąpana w funk/retro rocku, tym samym, za który pokochaliśmy Kravitza. A jakby tego było mało, to za finalnym brzmieniem stał Bob Clearmountain (Born In The U.S.A.), który zmiksował tracki. Kolejnym powodem jest głos rockmana, który z wiekiem nabrał nie tylko mocy, ale również ani trochę nie stracił na charakterze, może tylko stał się jeszcze cieplejszy niż kiedyś. Dowód? Sex. Świetny i prosty aranż utworu – przywodzący na myśl lata 80., trochę INXS, a może nawet samego Davida Bowie.

W głowie z pewnością pozostaje również wpadający w ucho riff grany na trochę surowym efekcie i powtarzane słowa „sexy, sexy, sexy”. Mniej więcej w takim samym klimacie utrzymany jest kolejny kawałek – Chamber. Tym razem na pierwszy plan wysuwa się chodzący spokojnie i wpadający w ucho bas, syntezatory i… znów to wszystko przypomina lata 80. Patrząc na wcześniejszy dorobek Kravitza wydaje się to trochę zabawne, ponieważ 25 lat temu jego piosenki brzmiały jak z epoki Hendrixa. Cóż może Kravitz jest po prostu sentymentalny. Zresztą kogo to obchodzi, skoro brzmi świetnie.

Summa summarum, u Lenny’ego nic się nie zmieniło, artysta nadal tworzy w klimatach odległych od współczesnego mainstreamu i nadal robi to dobrze. “Strut” poza tym wydaje się być dosyć osobistym krążkiem dla Kravitza. Jeżeli tekst mówi o Nowym Jorku i miłości do tego miasta, to właśnie to chciał nam artysta powiedzieć. Nie mam tutaj miejsca na rozległe metafory, wręcz przeciwnie, wszystko jest bardzo dosłowne i tworzy jedną wielka opowieść. Cóż, pewnie nagrywania na Bahamach i trzymanie drinka w ręku znacznie pomogło w tym procesie twórczym. Luźna atmosfera podczas sesji musiała się odbić również na muzyce, w której nie czuć robienia czegokolwiek na siłę.

Utwory Kravitza prawie nigdy nie były przekombinowane, ale na “Strut” są wręcz momentami surowe w brzmieniu i to pasuje do siebie genialnie. Jak mamy saksofon w New York, to służy on wypełnieniu luki w wokalu, jak grają gitary, to jako świetne tło, a groove jest naprawdę prosty – raz, dwa, raz dwa i tak do końca. Upbeatu doświadczymy dopiero, gdy tempo trochę zwalnia, jak w The Pleasure and the Pain. Dla tych, którzy szukają odrobinę rock&rollowego szaleństwa też się coś znajdzie – Dirty White Boots i Strut. Dirty White Boots jednak nie do końca pasuje do reszty płyty. Mam wręcz wrażenie, że jest fillerem i delikatnym przypomnieniem dla wszystkich słuchających, że od takiej muzyki zaczynał Kravitz.

Spuśćmy jednak zasłonę milczenia na zapowiedzi Kravitza, że wraz ze “Strut” powróci do korzeni, to totalna bzdura. Ten krążek nie ma absolutnie nic wspólnego z “Let Love Rule” i “Mama Said”. Nie ma też aspiracji do zostania albumem roku i zdobycia list przebojów, nie usłyszycie tu melodii, które będą towarzyszyć wam przez tygodnie. Tej płyty słucha się od deski do deski i tyle. Fajnie będzie do niej wrócić, ale dopiero po jakimś czasie. Kravitza trzeba sobie dawkować, “Strut” jest płytą pełną pasji, zacięcia i dobrych aranży, których po dłuższej przerwie słucha się jeszcze przyjemniej. Nie przesadzę również chyba, jak stwierdzę, że “Strut” to najlepszy krążek Kravitza od czasów “Lenny” (“Baptism” oczywiście nie biorę nawet pod uwagę) zatem idealny na 25-lecie działalności. Ja jednak już chcę więcej i czekam na kolejny album. Dobra robota, panie Kravitz!

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...