The Struts wypluwają z siebie porządnego, brytyjskiego rocka. „Everybody Wants” – recenzja Splay

Muzyka 01.08.2014
The Struts wypluwają z siebie porządnego, brytyjskiego rocka. „Everybody Wants” – recenzja Splay

The Struts wypluwają z siebie porządnego, brytyjskiego rocka. „Everybody Wants” – recenzja Splay

O The Struts jeszcze mało kto słyszał, ale wkrótce to się może zmienić. Brytyjska kapela gra muzykę, która popularna była 10 lat temu, gdy fala rocka alternatywnego zalewała świat – w skrócie, post-punk revival. Ciężko się teraz na tym wybić, ale ja im i tak będę kibicować, na takiego porządnego, muzycznego kopa czekałem długo.

Trochę tęsknię za czasami, kiedy jaranie się nową płyta Arctic Monkeys, Jet, The White Stripes czy Bloc Party było cool. Indie rockowe bandy wylewały się wtedy z każdego zakątka, a jak nie indie to pojawiały się zespoły, jak The Darkness, które brzmieniem mocno nawiązywały do glam rockowego kiczu. Niektóre z tych zespołów przełomu XX/XXI wieku wyewoluowały (jak Arctic Monkeys, którzy wydali genialny krążek prawie rok temu), a inne rozpadły się (The White Stripes) czy zostały zwyczajnie w świecie zapomniane.

Na Wyspach Brytyjskich ciągle jednak taką muzykę się gra i takich zespołów, które osiągają mniejszy lub większy sukces na rynku jest mnóstwo. Ostatnio jednak moją uwagę przykuła nowa, debiutancka płyta The Struts (zatytułowana “Everybody Wants”), która jest dla mnie powrotem do początku XXI wieku. Co to oznacza? Że mamy charyzmatycznego wokalistę (Luke Spiller) – który wygląda jak połączenie Frieddiego Mercury, Micka Jaggera, Noela Fieldinga i Davida Bowie – i piosenki niesamowicie wpadające w ucho, ale w zasadzie nie wyróżniające się niczym konkretnym. Tę ekspresję już się gdzieś słyszało, riffy i perkusję także. Pewnie bym przeszedł obok The Struts całkowicie obojętnie, gdyby nie to, że Brytyjczycy po prostu kipią energią (szczególnie wokalista) i grają refreny, które mogę nucić i nucić, i jakoś mi się to nie nudzi.

The Struts poza tym łączą właśnie tę nową falę z początku XXI wieku z oldschoolem, który reprezentowało The Darkness czy obecnie Foxy Shazam. Czasami usłyszymy Queen (Roll Up), a czasami rock w stylu Kaiser Chiefs połączonych z My Chemical Romance (Could Have Been Me). Zdaję sobie sprawę, że porównywanie kawałków nowego zespołu ze starymi jest słabe, ale problem w tym właśnie, że słuchając The Struts ma się nieodparte wrażenie, że gdzieś już to leciało, jakby te kawałki znało się od bardzo dawna. Wystukiwanie przy nich rytmu palcami i śpiewanie linii melodycznych staje się naturalna rzeczą.

Na przykład Put Your Money On Me, czy czegoś takiego nie grali kiedyś Oasis? A może Jet? Tak czy siak, obojętnie która piosenkę odpalicie, pewnie z czymś się wam skojarzy. Ale nic w tym złego nie ma, wręcz odwrotnie. Przez całą płytę przebrnąłem z wielkim uśmiechem i jedną myślą – każda piosenka nadaje się na singiel. “Everybody Wants” to pierwszy album The Struts, a ci od razu zaczęli z wysokiego c. Jakoś trudno mi wyobrazić sobie, że druga płyta może być równie dobra.

Na “Everdybody Wants” rządzą kawałki szybkie, porywające do szaleńczego skakania, ale i chwila spokoju się znajdzie. No prawie… jeżeli za taką „chwilę” uznamy pop rockowe You & I. Nie puszczajcie więc sobie “Everybody Wants” jeżeli idziecie na mszę do kościoła, na imieniny babci czy potrzebujecie muzyki na romantyczną kolację. Przy The Struts możecie skakać na bungee, zjeżdżać rowerem z klifu albo nurkować z rekinami.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...