Podsumowanie albumów: maj

Muzyka 04.06.2014
Podsumowanie albumów: maj

Podsumowanie albumów: maj

W maju pojawiło się kilka ciekawych albumów. Poniżej, czysto subiektywna, selekcja tych płyt z minionego miesiąca, które moim zdaniem były najważniejsze, najciekawsze, i najbardziej warte uwagi. Gotowi?

Anastacia “Resurrection”

Powrót Anastacii z autorskim materiałem po ponad pięciu latach (wydana w 2012 roku płyta “It’s A Man’s World” zawierała covery). Album został w większości nagrany podczas jej walki z rakiem, na początku 2013 roku – i do nowego okresu życia, po wygraniu bitwy z chorobą, odnosi się też tytuł tej płyty (po angielsku oznacza on “Zmartwychwstanie”). Na płytę trafiło 10 utworów (15 w wersji Deluxe). Nad całą płytą krąży widmo choroby, która – nie ma co się dziwić – była istotną częścią życia wokalistki podczas nagrywania albumu. Wypełniające “Resurrection” kompozycje to jednak wyjątkowo solidne utwory, które budzą tym większy podziw, że powstawały w wyjątkowo trudnych dla Anastacii okolicznościach. Znakomity comeback.

Lily Allen “Sheezus

Ostatni album, zatytułowany “It’s Not Me, It’s You”, Lily Allen wydała w 2009 roku. W ciągu pięciu lat, które minęły od wtedy, Lily Allen zdążyła wyjść za mąż i urodzić dwójkę dzieci. Choć wokalistka wielokrotnie zapewniała, że zakończyła swoją karierę muzyczną na dobre, po raz kolejny potwierdza się obiegowa opinia, że “muzyczna emerytura trwa tak długo, jak długo konto w banku jest pełne”. Najwyraźniej pieniądze się skończyły – i tym samym jedna z najbardziej zawadiackich wokalistek brytyjskiej muzyki pop zdecydowała się wrócić. Ten album to całkiem przyjemny pop z elementami hip-hopu i, miejscami, EDMu. Słucha się dobrze, choć nie spodziewajcie się po tej płycie jakichś szczególnych rewelacji.

Blondie “Ghosts Of Download”

Kto by się tego spodziewał – 40 lat, a Debbie Harry, wraz z Blondie, nadal działają. Protoplaści pop-rapu i jedna z najstarszych stażem grup rockowych w historii, powracają po 3 latach od wydania płyty “Panic of Girls”. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty jednak, która była utrzymana w klimatach rockowych, tym razem jednak dostajemy mieszankę klubowej elektroniki z latynoskim popem i reggae. Co ciekawe, na płycie znaleźć można między innymi featuring z Beth Ditto, znanej z grupy Gossip, a także cover megahitu z lat ’80-tych “Relax”, oryginalnie wykonywanego przez Frankie Goes To Hollywood – w coverze, poza Debbie Harry, można usłyszeć również Keilah Beaz, Felicię Dennis, oraz Keishę Williams.

Michael Jackson “Xscape”

Zmarły w 2009 roku Król Popu przywrócony do życia, głównie za pośrednictwem działań impresario muzycznego i producenta LA Reida, jak i słynnego Timbalanda, odpowiedzialnego za dziesiątki hitów w ostatnich kilkunastu latach. Płyta bazuje na muzycznych “szkicach”, które zostawił po sobie Jackson – wersjach demo utworów, próbnych nagraniach ze szczątkowym aranżem, i innego rodzaju szkieletach, które za życia piosenkarza nie zostały rozwinięte do formy pełnoprawnych piosenek. To słychać, i przy słuchaniu płyty nieuniknione jest pojawienie się pytania, czy Jackson sam kiedykolwiek wydałby te utwory – i czy brzmiałyby one w taki sposób, w jaki zaprezentowali je producenci. Być może Jackson nie był zadowolony z tych kawałków, być może twierdził, że nie dorównują one poziomem do kompozycji, które przez lata prezentował szerokiej rzeszy słuchaczy. Ostateczna forma szkiców Jacksona to Michael najbliższy temu sprzed ery megagwiazdy epoki post-“Thrillerowej”. Dużo tu disco, soulu, funku spod znaku Jackson 5, mniej górującej nad całym światem megagwiazdy kolosalnych rozmiarów, którą stał się w latach ’80-tych. Album brzmi ciekawie, choć trudno zaliczać go do pełnoprawnego dorobku artysty.

Röyksopp & Robyn “Do It Again”

Trudno o więcej Skandynawii zamkniętej w jednym krążku. Ten minialbum, zawierający 5 utworów, napisanych, wyprodukowanych i wykonanych w całości przez norweski, elektroniczny duet Röyksopp, oraz szwedzką wokalistkę Robyn, to jedna z najciekawszych pozycji w ostatnich latach. Krótka, i pozostawiająca pewien niedosyt – jednak Svein Berge i Torbjørn Brundtland z Röyksopp jak i Robyn mają tak wiele wspólnego, muzycznego DNA, że ich wspólne kompozycje wypadają fenomenalnie, i wspaniale słucha się nawet tych ledwo 5 kawałków.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...