Przereklamowany Wilk z Wall Street

Film 21.01.2014
Przereklamowany Wilk z Wall Street

Przereklamowany Wilk z Wall Street

Wilk z Wall Street (Wolf of Wall Street) w reżyserii Scorsese, to jeden z lepszych przykładów tego, jak przeciętny film może urosnąć do rangi wybitnego, a przynajmniej bardzo dobrego. I dowód na to, jak mocno hype może wpływać na ocenę dzieła.

Scorsese w duecie z di Caprio podjęli się pokazać nam życie niewyobrażalne z punktu widzenia zwykłego zjadacza chleba. Podstawą do fabuły było życie Jordana Belforta, cwanego sprzedawcy i maklera z Wall Street. Wilk z Wall Street jest zatem jedną z typowych historii „od pucybuta do milionera”, którą starają się sprzedawać na całym świecie trenerzy sprzedaży i sprzedawcy z branży marketingu wielopoziomowego.

Jordan Belfort nie był pierwszym i ostatnim oszustem, który dorobił się na ludzkiej łatwowierności (wystarczy wspomnieć choćby Roberta Brennana). Historia Belforta jest jednak na tyle „kolorowa”, że dla Hollywood stała się łakomym kąskiem. I muszę przyznać, że kupiłem ją od Scorsese. Sprzedał mi ją tak, jak filmowy Belfort sprzedawał groszowe spółki inwestorom za wielkie pieniądze. Reżyser dał mi trochę „zysku” na początek, żeby na koniec seansu powiedzieć „mam cię”. Dałem się nabić w butelkę.

Po całym seansie jedna myśl przychodziła do głowy – po co tak długo? Historia Belforta pokazana przez Scorsese mogła być o połowę krótsza, wiele scen mogło zostać pominiętych, uniknęłoby się w ten sposób niepotrzebnych dłużyzn. Na przykład scena, gdy Belfort (po tym jak połknął końską dawkę narkotyków) zwija się jak gąsienica w drodze do własnego auta. Rozumiem, Belfort jest ćpunem, który niszczy życie sobie i ludziom dookoła. Wilk z Wall Street nie potrafi się wycofać i przegrywa wszystko, czyli swoje bogactwo, od którego jest uzależniony.

Wilk z wall street impreza

Rozumiem, że Scorsese miał w nosie ukazanie nam prawdziwych mechanizmów „jak to wszystko wyglądało” i uznał widzów za debili dając im łatwą i „śmieszną” historię o chlaniu, ćpaniu i orgiach w ilościach astronomicznych. Wkurzało mnie, że Belfrot (z cwaniaczkowatym wyrazem twarzy di Caprio) mówi mi „a nieważne, i tak nie zrozumiecie”. No dobra, w takim razie ten film powinien być krótszy o połowę, a jeżeli to miała być historia moralizatorska i ujawnienie czarnej strony Wall Street (o której i tak wszyscy przecież wiemy), to czuję się zawiedziony, że tak mało w zasadzie się dowiedziałem.

Ta naprawdę ciekawa warstwa została gdzieś schowana w tle, zaszyta w poduszce jak „ludy” (narkotyki) Belforta. To co było na wierzchu było zabawne, ale nie na 180 minut filmu. Jasne, śmiałem się w kinie i to nie raz, ale im dalej w las tym gorzej było wysiedzieć w jednym miejscu. Di Caprio świetnie zaprezentował Belforta, po prostu ten aktor idealnie pasuje do takiej roli – z cwaniactwem mu do twarzy, ale po 90 minutach nawet kreacja di Caprio stała się nudna.

Wilk z wall street 2

Po pewnym czasie strasznie zniesmaczył mnie główny bohater, a momentami odnosiłem wrażenie, ze reżyser (i di Caprio) starali się trochę wybielić postać Belforta. No przecież to taki człowiek, z którym wypić można i wciągnąć parę kresek koki i pośmiać się z niego można, generalnie spoko „koleś”, taki swój chłop, który wyciągnie każdego z problemów i da pracę u siebie. A to, że uderzył własną żonę, naraził dziecko na wypadek, zdradził koniec końców przyjaciół (bo wg. Belforta na Wall Street nie ma przyjaciół) nie jest przecież tak ważne. Jedyną normalną osobą w całym filmie wydawała się pierwsza żona Belforta Teresa Petrillo (Christin Milioti), która notabene niechcący podsunęła mu pomysł na zbicie milionów.

Parę wątków było też niejasnych i zostały zostawione gdzieś hen z tyłu. Na przykład rozwód z pierwszą żoną, rozwód z drugą żoną, Brad (będący ulubieńcem Belforta) staje się nagle jakimś podrzędnym sługusem oraz jakim cudem FBI dowiedziało się o oszukiwaniu ich przez Belforta.

wilk z wall street biuro

Z czysto technicznego punktu widzenia film wyglądał świetnie. Kadrowanie i cięcia były tak dobrane, że czułem się wciągnięty w historię jako naoczny świadek. Poza tym reszta obsady spisała się równie dobrze co di Caprio, szczególnie Matthew McConaughey (Mark Hanna) wypadł bardzo dobrze. Jeżeli chcecie iść na film, przy którym Projekt X to pestka, idźcie do kina, będziecie bawić się wyśmienicie. Jeśli liczycie na coś więcej, to spokojnie możecie sobie darować Wilka z Wall Street.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

12 odpowiedzi na “Przereklamowany Wilk z Wall Street”

  1. “wiele scen mogło zostać pominiętych, uniknęłoby się w ten sposób niepotrzebnych dłużyzn. Na przykład scena, gdy Belfort (po tym jak połknął końską dawkę narkotyków) zwija się jak gąsienica w drodze do własnego auta. ”
    Pan tak na serio? Jedna z najlepszych scen w filmie a Pan chce ja wyciać… 3/4 sali na seansie ryczalo ze smiechu wiec nie tylko ja tak mysle :).
    “Parę wątków było też niejasnych i zostały zostawione gdzieś hen z tyłu. Na przykład rozwód z pierwszą żoną, rozwód z drugą żoną, ”

    Ok po tym zdaniu stwierdzilem ze nie ma sensu w MOIM przypadku przejmowac sie ta recenzja bo mamy calkowicie odmienne gusta. Z jednej strony dluzyzny z drugiej za malo o rozwodach …

    • Ja na przykład nie czytam recenzji, w których autor zgadza się z czytelnikiem, bo po co? Po to żeby potwierdzić swoje przemyślenia? O dłużyznach pisałem w kontekście scen z orgii i libacji, zamiast nich mogłoby być wyjaśnione właśnie te wątki, o których wspomniałem. Mam nadzieję, że teraz to jest jasne.

  2. Dawno nie czytałem tak niespójnej recenzji. Z jednej strony polecasz i twierdzisz, że wszysko było super, z drugiej coś było nie tak, ale do końca nie wiadomo co. Wyszło na to, że tytuł jest rodem z onet.pl, tekst to zlepek przypadkowych i nieprzemyślanych twierdzeń, a podsumowanie zaprzeczeniem połowy tekst. Potrenuj ;)

    • Oczywiście. Nie zamierzam spocząć na laurach. Ale tak to już jest, że mało jest rzeczy, które w 100% sie komus podobaja. Nie rozumiem, wiec tego zarzutu. Po prostu pewne momenty mi sie podobaly pewne nie. Gdyby wycięto niepotrzebne sceny Wilk byłby dla mnie świetnym filmem. Poza tym, wydaje mi się, że napisałem co bylo nie tak moim zdaniem. A ktora czesc byla nie jasna?

    • Ja napisałam, że film Smarzowskiego jest brzydki i miałam (nie)przyjemność go oglądać, choć “Pod Mocnym Aniołem” to najlepszy obraz wspomnianego reżysera. Mimo, że za Smarzowskim średnio przepadam, to świetnie wykorzystał swoje atuty i zrobił dobry film. Tak to już jest – nie zawsze nas rzuca na kolana, zauważamy i wady, i zalety pewnych rzeczy. Wiele filmów ma swoje dobre strony – obsada, aktorstwo, ale np. coś zgrzyta z fabułą. Czy podoba nam się klimat filmu, jego pewna oniryczność, ale fabula jest przewidywalna i coś, co mogło być wspaniałą intrygą, jest tak naprawdę proste jak budowa cepa (ostatnio oglądałam “Pęknięcia” z Evą Green i miałam właśnie takie odczucia, które można by po prostu skwitować – mogło być lepiej).

  3. […] I niestety, ale wady biorą w tym wypadku górę nad zaletami. Bo o ile na początku jest nieźle, zwyczajnie chce się podziwiać talent aktorów i pietyzm choreografów, to po pewnym czasie zaczyna brakować interesujących wątków i jakiegokolwiek napięcia. „American Hustle” po prostu się ogląda, właściwie w żadnym momencie nie będąc ciekawym, co się za chwilę wydarzy. Ach, no i wątki komediowe. Ponoć są, ale nie mogę tego potwierdzić, bo nic szczególnie zabawnego w tym filmie nie dostrzegłem. Ale być może po prostu przegapiłem. Z dwojga złego wolę już „Wilka z Wall Street”. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...