True Detective pokazuje jak przenieść Hollywood na małe ekrany

Seriale 17.01.2014
True Detective pokazuje jak przenieść Hollywood na małe ekrany

True Detective pokazuje jak przenieść Hollywood na małe ekrany

Moje odczucia na temat pilota True Detective mógłbym streścić jednym stwierdzeniem – są seriale i jest… True Detective. Ten serial ma po prostu wszystko, co potrzebne aby stać się telewizyjnym królem. I tak też się stało. Przez internet przelała się fala jednogłośnego chóru wychwalającego serial pod niebiosa. Czy rzeczywiście True Detective zasługuje na tak hurraoptymistyczne podejście?

Żebym nie przyłączać się do tego chóru pochlebców ze swoimi wnioskami poczekałem cztery dni. Miałem czas na ochłonięcie, zrewidowanie moich pierwszych wrażeń i zastanowienie się czy wszystko jest tak, jak być powinno. Koniec końców moje podejście do True Detective po czteroodniowej przerwie nie różniło się dużo od początkowego, ale pewne zmiany były.

HBO walczy zaciekle

HBO bardzo się stara, choć tak naprawdę ma już w swoim rękawie pewne asy – w tym najbardziej piracony serial. Mimo wszystko, stacja idzie za ciosem i wypuszcza produkcję, która od samego początku sprawia wrażenie, że z telewizją i serialami ma nie dużo wspólnego. True Detective to serial, który wydaje się być bękartem Hollywood, za długi na film a za dobry na bycie zwykłym serialem. Widać jak na dłoni, że twórca serialu (Nic Pizzolatto) miał aspiracje do stworzenia czegoś więcej niż kolejnego serialu z dużą oglądalnością. I w zasadzie udało mu się to.

Panowie w białych koszulach z HBO już pewnie zacierają ręce, ponieważ hype jaki nakręcił się wokół ich serialu jest wprost niesłychany, a za nami dopiero jeden odcinek. Co będzie dalej? No strach się bać, bo fundamenty wybudowane pod True Detective dają mu szanse na bycie serialem 2014 roku.

Aktorzy są najważniejsi

Co zrobić aby serial pokochali widzowie, nawet jeśli fabuła jest do kitu, budżet kuleje albo konkurencja depcze po piętach? To proste. Wystarczy dać ludziom postacie, które natychmiast pokochają i będą z zapartym tchem śledzić ich losy. Najlepiej do tego stworzyć duet aktorski, który powali wszystkich na kolana. Ściągnąć takie nazwiska, które będą brzmieć wszystkim w głowach. Taki duet powinien zawierać bohaterów, którzy różnią się od siebie na tyle, na ile to tylko możliwe, a jednocześnie żyć bez siebie nie będą mogli. Przykład? Mulder i Scully i… det. Rustin “Rust” Cohle (Matthew David McConaughey) oraz det. Martin Hart (Woody Harrelson), czyli główni bohaterowie True Detective pracujący w luizjańskim wydziale kryminalnym. A teraz do tego wszystkiego wyobraźcie sobie, że serial ma porządną fabułę, porządny budżet, a konkurencję nie tak liczną jak można by się spodziewać. Sukces murowany? A jakże.

True Detective 4

Postacie Cohle’a i Harta został napisane tak dobrze, że ciężko oderwać wzrok od McConaughey’a i Harrelsona. Nie dość, że ciekawi bohaterowie (w tym Cohle z mroczną historią w tle), to jeszcze tak dobrze zagrani. McConaughey i Harrelson sprawiają wrażenie jakby znali się od dzieciństwa, a na ekranie tylko udają, że w sumie to się nie bardzo rozumieją. Ta dwójka tak pasuje do siebie, że aż dziw, że wcześniej to nie miało miejsca. Ja wiem, to utarty schemat, żeby wpakować do scenariusza typa A który maksymalnie różni się od typa B, ale w True Detective nie zauważam nawet tego, że pomysł na ten serial jest utarty i widzieliśmy go już tyle razy. Nasze oczy zajęte są spoglądaniem na szare tło stanu Luizjana oraz konflikt charakterów głównych bohaterów.

Cohle to typowy „mózg”, który jest za dobry na pracę z ludźmi w swoim wydziale a Hart to policjant dobry, ale nie wybitny, taki który lubi odbić kartę po skończonej robocie, odwalić pracę papierkową a do swojego domu nie zabierać już żadnych problemów. Mamy więc dwóch detektywów. Cohle jest realistą, a w gruncie rzeczy to zatwardziałym pesymistą (i trudno mu się dziwić), okolicznościowym alkoholikiem walczącym z bezsennością, a summa summarum to po prostu wrakiem człowieka, którego mało kto rozumie. Natomiast Hart to typowy, normalny facet z dwójką dzieci, żoną, który lubi sobie wypić piwko, łowić ryb i obejrzeć futbol amerykański. Nie dla niego filozoficzne bzdury i samoukrzyżowanie, które Cohle czyni. Nie muszę chyba dodawać, że ci dwaj nie miłością do siebie nie pałają.

Narracja na ocenę celującą

Tych dwóch panów poznajemy podczas badania sprawy makabrycznego mordu na kobiecie. Przypadek wygląda na nietypowy (przynajmniej dla policjantów z Luizjany, bo nie dla widzów) i powiązany najprawdopodobniej z jakimś kultem. I już w tych pierwszych scenach dostrzegam różnice dzielące Cohle’a i Harta, których wraz z posuwaniem się fabuły dostrzeżemy więcej.

True Detective 3

Co uderza w oczy, to ponurość nie tylko miejsca zabójstwa, ale i wszystkich miejsc akcji, do których zostaniemy zaproszeni – z wyjątkiem domu Harta, który wydaje się normalny. Ludzie są jakby zmęczeni życiem, a policjanci z wydziału zabójstw raczej nie grzeszą detektywistycznym nosem. Cały stan wydaje się poza tym trochę opustoszały, a raczej martwy, tak jakby wszystko co dobre już stamtąd uleciało. Ciężki klimat natychmiast udziela się podczas oglądania i prowadzi do konkluzji vanitas vanitatum et omnia vanitas.

True Detective 1

Gdyby jedno morderstwo, to za mało dostajemy jeszcze wątek zaginionej dziewczynki. Atmosfera się zagęszcza a to jeszcze nie koniec. Bo do tego cała ta historia opowiadana jest (z pozoru) niespójnie, poszatkowane kadry i niechronologiczne prowadzenie fabuły  w końcu sklejają się razem i dają nam pełen obraz tego, co się dzieje w True Detective. Hart i Cohle – jak się dowiadujemy – nie pracują ze sobą od dawna, a teraz (tj. 2012 roku) opowiadają innym śledczym historię z 1995 roku, która ma pomóc im w ujęciu sprawcy, łudząco podobnego do tego ze sprawy Cohle’a i Harta, który notabene już został złapany. Ta „połamana” narracja i mnogość linii czasowych są miłym zaskoczeniem, bo przecież tak naprawdę reszta rzeczy, które widzimy w True Detective to nic nowego w historii telewizji – co jednak nie uważam za wadę tego serialu.

Skoro już przy wadach jesteśmy, to ta w zasadzie jest tylko jedna – chociaż początkowo i tak jej nie zauważyłem – otóż akcja serialu mogłaby się posuwać trochę szybciej. I tak, to w zasadzie wszystko co mam do zarzucenia. Najlepsze jest jednak to, że i tak tę wadę rekompensuje końcowy cliffhanger, który obiecuje bardzo, bardzo dużo. No a nawet jeśli nadzieje zostaną niespełnione, to True Detective jest antologią, więc gdyby ten sezon okazał się do bani, to nie przekreśla to wcale szans kolejnego. W moim odczuciu, True Detective będzie trzymać wysoki poziom do samego końca.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

5 odpowiedzi na “True Detective pokazuje jak przenieść Hollywood na małe ekrany”

  1. Obejrzałam wczoraj pierwszy odcinek i zapowiada się ciekawie. Liczę, że godziwie zastąpi “The Killing” i oczekiwanie na 4 sezon przygód Holdera i Linden. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...