Rollercoaster emocji i wspaniały kunszt – recenzja “Reflektora” Arcade Fire

Muzyka 28.10.2013
Rollercoaster emocji i wspaniały kunszt – recenzja “Reflektora” Arcade Fire

Rollercoaster emocji i wspaniały kunszt – recenzja “Reflektora” Arcade Fire

“Na kolanach, błagając modlą się, byśmy nie istnieli” – wielu chciałoby, żeby Arcade Fire nie istniało, wielu mówi też, że “Reflektor” to przerost formy nad treścią. Że dźwięki powinno się stonować, że band nie powinien nawiązywać ciągle i ciągle do siebie i swojej pozycji. Tylko, że zastanawianie się, co wypada a co nie, to problem recenzentów. Arcade Fire robi, co chce, i robi to wspaniale, “Reflektorem” zawstydzając praktycznie wszystkie inne, rockowe i indie rockowe albumy 2013 roku.

Neil McCormick, Telegraph: “[Reflektor] jest wyczerpujący, odważny i zaskakująco genialny, ale po przesłuchaniu możesz chcieć położyć się w ciemnym pokoju”.

McCormick idealnie podsumował “Reflektor”. Album ten kipi aż od pompatyczności i przesytu dźwięków, ale jednocześnie melodyjnością i spójnością powala na kolana. To taki przepych bizantyjski, w którym bezczelne inspiracje i brzmienia zapożyczone od kultowych artystów współgrają z pretensjonalnymi tekstami i momentami tandetnymi chwytami. Ale współgrają, tworząc dzieło rockowe XXI wieku.

Można rozpatrywać “Reflektor” jako dzieło samozachwytu nad własną zajebistością.

Można w części tekstów wybrać fragmenty, które Arcade Fire umieściło tam z wielką ironią, pokazując “fucka” hejterom.

W “We Exist” można wyciąć fragmenty tekstu, takie jak ten

Down on your knees
Begging us please
Praying that we don’t exist

i powiedzieć, że to uderzenie w tych, którzy uważają, że Arcade Fire jest przereklamowane. Można przyczepić się do “Flashbulb Eyes”, którego cały tekst brzmi tak:

What did the camera really do?
Take your soul, oh no
Hit me with your flashbulb eyes
You know I got nothing to hide
You know I got nothing

i napisać, że Arcade Fire wraca do 2007 roku, gdy Win Butler rozwalił kamerę na scenie podczas występu na żywo w programie Jonathana Rossa. Bo tak, bo członkowie mają wielkie ego.

Można uczepić się “Here Comes The Night Times” za brzmienie haitańskich korzeni Régine Chassagne i za fragment

The missionaries tell us we will be left behind
Been left behind a thousand times, a thousand times
If you want to be righteous, If you want to be righteous
Get in line
Cause here comes the night time

interpretując go jako kolejną oznakę poczucia wyższości bandu nad krytykami.

Można czepiać się tak długo, pisać, że żart na początku “Normal Person”, w którym pada pytanie “Czy lubicie rock and roll? Bo ja nie jestem pewien, czy lubię” to przesada i pytać, po co w takim razie zespół w ogóle gra?

Można też olać wszystkie tematy poboczne i skupić się na muzyce oraz warstwie lirycznej, która oderwana od czepialstwa prezentuje się całkiem nieźle.

Można przyjąć do wiadomości, że nad “Reflektorem” Arcade Fire, które zawsze robiło co chciało i miało gdzieś opinie krytyków, pracowało z Jamesem Murphy, tym od LCD Soundsystem. I że “Reflektor” to tak naprawdę album epicki, w którym brzmi wszystko.

Wszystko, to znaczy Beatlesi, David Bowie (który zresztą pojawia się na albumie, ale nieznacznie), Michael Jackson, U2, Cure, Neil Young, Talking Heads, New Order, reggae, rock’n’roll, muzyka etniczna, elektroniczna, punk rock, funk, a nawet muzyka taneczna. I wiele, wiele innych, bo Arcade Fire bawi się konwencjami i przekuwa je na swój własny styl.

Momentami wydaje się, że każdy szalony pomysł, na który wpadli członkowie Arcade Fire przy tworzeniu “Reflektora” został nie dość, że entuzjastycznie przyjęty, to jeszcze amplifikowany przez resztę bandu.

Tak więc jeśli reggae, to “Flashbulb Eyes” niech będzie powtórzeniem krótkiego tekstu i z niemal kosmicznymi dźwiękami w tle niczym od UB40. Jeśli nawiązanie do brudnego rocka końcówki lat 80, niech będzie brudne na maksa i dudniące basem oraz nieco kakofonicznym tłem w “We Exist”.

“Here Comes The Night” to za to genialna zabawa konwencją, chyba mój faworyt. Karaibskie, taneczne rytmy pokazują klasę Arcade Fire, które gdy tworzy taki kawałek rodem z potańcówy w tancbudzie, to robi to z zaangażowaniem i znajomością dźwięków. Nie da się przy tym nie ruszyć nogą, a “Here Comes The Night Time” mógłby służyć za utwór niemal transowy, zwłaszcza w połączeniu tandetnych, pulsujących dźwięków z nieco mrocznym tekstem.

Mówią, że niebo to miejsce
Wiedzą, gdzie ono jest
A ty wiesz, gdzie jest?
Jest za bramą, oni cię nie wpuszczą
I kiedy słyszą beat dochodzący z ulicy zamykają drzwi
Ale jeśli na górze w niebie nie ma muzyki, to po po co ono jest?
Kiedy słyszę beat, duch jest pełen życia
Jak tysiąc koni biegnących dziko w mieście w ogniu
Zaczyna się w twojej stopie, potem idzie do głowy
Jeśli potrafisz to poczuć, umierają wszystkie zasady
I jeśli jesteś sędzią, to jaką popełniliśmy zbrodnię?
Nadchodzi nocy czas

Jeśli “Here Comes The Night Time” nie jest wyrazem miłości do tworzenia muzyki, palącej potrzeby, której nie da się zignorować i która nie pozwala przestać, która napędza kolejne i kolejne albumy Arcade Fire, to nie mam pojęcia, co to jest.

“Normal Person” to taki nieco naiwny hymn nonkomformistów, który rozczarowuje poziomem, cóż, gimnazjum, przynajmniej w warstwie lirycznej (If that’s what’s normal now, I don’t want to know!), ale w połączeniu z rockowymi dźwiękami pokazuje, że Arcade Fire, mimo że rzadko wkracza w bardziej tradycyjne rockowe klimaty, mogłoby na tym polu zdziałać bardzo wiele.

“You Already Know” za to zalatuje rockabilly, z basowym beatem, wokalem na różnych poziomach i Chassagne w tle, z gracją robiącą za chórek. Punkowe we wstępie “Joan of Arc” przeradza się potem w piękny hymn ku poświęceniu, z płaczliwą nieco gitarą, mocną, trochę marszową rytmiką i urokliwymi wstawkami Chassagne po francusku. Całość współgra dźwiękowo i lirycznie chyba najbardziej, ze wszystkich kawałków “Reflektora”.

Drugi krążek rozpoczyna “Here Comes The Night Time II”, krótkie, “youngowe” rozwinięcie pierwszej części, ale zwiastujące kłopoty.

“Awful Sound (Oh Eurydice)” i kolejny “It’s Never Over (Oh Orpheus)” to najbardziej bezpośrednie, piękne muzyczne nawiązania do mitu o Eurydyce i Orfeuszu. “Awful Sound” to pieść miłosna, powolna, w drugiej połowie przypominająca mocno Beatlesów, kończąca się “okropnym dźwiękiem” będącym wstępem do pieśni o Orfeuszu. O niecierpliwości, miłości i dojrzałości.

“It’s Never Over” jest niemal taneczną, ale nie do końca, pieśnią w której wokale odgrywają pierwszą rolę, a emocje i tempo nabierają szaleńczego tempa.

To też początek chyba najładniejszego kawałka albumu – tego najbardziej miłosnego, opowiadającego o związkach i resztkach nadziei.

Bo “Porno” nie opowiada wcale o pornografii, ale w dołującym, dyskotekowym stylu kreśli beznadziejny obraz spłyconego świata uczuć – tak, jak porno spłyca seks. Przytłaczający kawałek dopełnia niski, modulowany wokal Butlera.

Little boys with their porno, oh, I know they hurt you so
They don’t know what I know, and it’s so little that we know
But the cup it overflows. Little boys with their porno
This is their world, where can we go?

“Afterlife” za to można podłączyć jeszcze pod nawiązania do Orfeusza i Eurydyki – do zejścia w zaświaty za miłością swojego życia. Jednak jest w tym kawałku coś więcej – retoryczne pytania o związek (“can we work it out/ if we scream and shout”) łączą się z ogólną refleksją (“when love is gone/ where does it go?”) podane na nieco tanecznych rytmach, z karaibskimi dźwiękami, nawiązujące do “Temptations” New Order, składają się w ładną, hymnową całość.

Oficjalnie album kończy “Supersymmetry”, elektroniczna suita, delikatna i subtelna. Tylko, że po niej skrywa się ukryty utwór. Reflektor, czyli odbicie utworów z “Reflektora” – utwory puszczone od tyłu, wkomponowane w jedną, dziesięciominutową ścieżkę, nieco kakofoniczną. Niektórzy twierdzą, że zabieg ten miał na celu wydłużenie czasu trwania całego albumu, tak by można było podzielić go na dwa krążki.

“Reflektor” to pokaz muzycznego kunsztu Arcade Fire.

Rollercoaster emocji, w który zapędza Arcade Fire jest niesamowicie mocny – pozornie nie pasujące do siebie stylistycznie utwory tu składają się w całość, intrygując, co dalej. Już nawet pomijam to, co zespół robi zawsze wspaniale, czyli wiele warstw i instrumentów, sprawiających radość w odkrywaniu.

“Reflektor” swoją epickością i brakiem jakiegokolwiek stonowania, utemperowania, otwiera przed Arcade Fire całkowicie nowe możliwości. Daje zespołowi co najmniej kilka możliwych ścieżek dla kolejnego albumu, który według dotychczasowego cyklu wydawniczego AF powinen pojawić się za 3 lata.

Ale “Reflektor” wypełni ten czas i stanie się albumem, do którego świat muzyczny będzie wracał przez kolejne lata. Jako do pokazu muzycznej odwagi, dopracowania i kunsztu, w którym coś dla siebie znajdzie fan popu, ale i progresywnego rocka.

Wspaniałość!

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

5 odpowiedzi na “Rollercoaster emocji i wspaniały kunszt – recenzja “Reflektora” Arcade Fire”

  1. Zdecydowanie. Czasami wydaje mi się, że grubą przesadą jest określanie “Reflektora” najważniejszym albumem roku jeszcze _przed_ jego premierą – co nie raz czyniłem – ale cóż poradzić, jeśli wystarczy jedno przesłuchanie, żeby wszystko inne, co w tym roku wyszło (ale i w 2012), wyglądało mizernie, nie tak spójnie, nie tak melodyjnie, nie tak ambitnie.

    Płyta niesamowita, łeb urywa, słuchawki z uszu nie chcą zejść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...