Takiemu Kornowi to ja już dziękuję

Muzyka 21.10.2013
Takiemu Kornowi to ja już dziękuję

Takiemu Kornowi to ja już dziękuję

Kiedy po siedmiu latach nieobecności do Korna wrócił Brian “Head” Welch, to liczyłem – jak i wielu fanów – że do Korna wróci dawna forma jak za czasów “Untouchables“. No cóż, nadzieja matką głupich, a w tym wypadku matka nie chciała kochać swego dziecka.

Po przesłuchaniu “The Paradigm Shift” poczułem się oszukany. Miał być znowu Korn wściekły, rockowy, wyzwalający emocje. Został tylko “rockowy”, i to na siłę. Jest darcie mordy, jest jakiś czad, ale wszystko brzmi totalnie wymuszone. Kiedy ukazał się pierwszy okrutnie poprockowy singiel “Never Never“, miałem nadzieję że to jedynie zmyłka. Na szczęście, jest – ale minimalna. Cały krążek cechuje podobne, denne brzmienie, które nie wie samo czy chce być rockiem czy mainstreamem.

Parę mocniejszych riffów i uderzeń w “Mass Hysteria“, “Paranoid & Aroused” czy w “Love & Meth” wiosny nie czynią. W dodatku można mieć wrażenie że dubstepowy “The Path Of Totality” zostawił na zespole mocne piętno, bowiem jest tu sporo elektronicznych wpływów, przez które “The Paradigm Shift” jako całość brzmi niemal poprockowo. Osobiście nic nie mam do “The Path Of Totality“, uważam ten album za ciekawy eksperyment, a nawet udany. Ale tym zajęli się profesjonaliści od brzmienia elektro. Tu nad brzmieniem siedział facet od Avril Lavigne i wczesnego Linkin Park.

Dobra, może trochę przesadzam. “Prey For Me” i “Spike In My Veins” da się jeszcze słuchać bez bólu uszu. Ale tylko dlatego, że z początku to aż tak nie nudzi. Bo wałkowanie takich samych patentów przez jedenaście kawałków naprawdę woła o pomstę do nieba. Próbując słuchać płyty do samego końca czułem się jak na torturach, i utworów nie potrafiłem od siebie odróżnić.

Zastanawiałem się też co się stało ze śpiewem Jonathana Davisa. Kiedyś potrafił tak cudownie manewrować strunami głosowymi, że słychać było pięć głosów w jednym facecie. A teraz jedynie się głośno wydrze, albo słodko zarecytuje słowa. “Lullaby For a Sadist” z początku brzmiało jak ratunek, ale później zrobiło się gorzej i tak samo jak na wcześniejszych ośmiu utworach. I dziękuję Kornowi że cała męka trwa tylko czterdzieści minut.

Chciałbym napisać po prostu tylko “nowy Korn jest słaby”. Bo więcej słów naprawdę nie trzeba. Mam dosyć, idę posłuchać “Follow the Leader“.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

6 odpowiedzi na “Takiemu Kornowi to ja już dziękuję”

  1. A mnie się ta płyta podoba bardzo. A piszę to jako Kornowy weteran, fan grupy od pierwszego albumu. Dla mnie ścisłe top5 tego co Korn do tej pory zrobił. Poza pierwszym singlem, i chwalonym tutaj spike in my veins, reszta utworów trzyma wysoki poziom. Goraco polecam zignorować tą recenzję. Kupno płyty niemal obowiązkowe dla fanów.

  2. “Never never” od początku brzmiał jak typowa solówka Jonathana Davisa,więc nie przykładałem wagi do braku ciężkości w tym utworze,szczególnie,że pojawiające się snippety zapowiadały,że reszta będzie mocniejsza.

    Po pierwszych przesłuchaniach ta płyta całkowicie mnie odrzuciła,chociaż identycznie miałem z “Issues”,którą uważam obecnie za jedną z najlepszych.

    Nie oczekuję powrotu do korzeni,bo wiem,że gitarowy brud obecny na dwóch pierwszych płytach nie wróci – od kilku albumów słychać,że sam zespół tego nie chce i woli dopieszczone dźwięki w studio.

    Nie czekam też na kompozycje,które zdecydowały o sukcesie zespołu,bo większość z nich powstała dzięki narkotykom i alkoholowi,a obecnie ekipa żyje na przeciwległym biegunie hedonistycznych zabaw.

    Ta płyta to kolejny,ewolucyjny krok i wyraźnie słychać naleciałości poprzednich albumów,plus gitarowe doświadczenia Briana Welcha z solowej działalności.

    To w żadnym wypadku nie sprawia,że negatywnie odnoszę się do tego tworu,bo wiem,że nie stojąc miejscu,na przestrzeni różnych eksperymentów (popowi producenci,dubstep),ten zespół doszedł do takiego miejsca i nic lepszego ponad to nie stworzy.

    Moi faworyci na płycie,to obecnie “Paranoid and Aroused”,”Victimized” i “It’s All Wrong” (w tym ostatnim sami z siebie zerżnęli kompozycję z “Somebody someone” :D).

    Daję tej płytce 6,5/10,bo stoi ona na pewno za “Korn”,”Follow the leader” i “Issues”.

  3. Na pierwszy ‘rzut uchem’ mogę stwierdzić, że mam dość mieszane uczucia… Może dlatego, że raczej nie śledziłem nowszych dokonań Korn’a, ale to co było wcześniej, mimo że jestem wielkim anty-fanem mallcore, rapcore i pozostałych -core, moim zdaniem zawsze powalało ciężarem, który uderzał od pierwszych brzmień sporej części ich utworów, a tutaj… Tutaj dopiero po głosie wokalisty orientuję się, że to Korn. Trochę dziwne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...