Jay-Z sprzedał się Samsungowi i… największe rozczarowanie 2013 roku

Muzyka 18.07.2013
Jay-Z sprzedał się Samsungowi i… największe rozczarowanie 2013 roku

Jay-Z sprzedał się Samsungowi i… największe rozczarowanie 2013 roku

Jay-Z się sprzedał…  Samsungowi za 5 mln dolarów. Równo jeden milion posiadaczy telefonów Galaxy S3 i S4 oraz Note 2 mógł już 4 lipca cieszyć się nowym albumem Jaya, natomiast pozostała część świata dopiero 8 lipca. Czy to oznacza, że właściciele tych telefonów skakali z radości? Śmiem wątpić.

Z Jayem to naprawdę róznie bywa, już na samym początku swojej kariery (w 1996 roku) zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. Reasonable Doubt był/jest świetnym albumem, ale od tego momentu poziom tego, co prezentował Jay-Z wahał się jak poziom cukru u diabetyków. Blueprint 3 z 2009 roku był typowym średniakiem, a Watch The Throne (nagrany z Kanye Westem) był z kolei świetnym krążkiem i pozostaje najlepszym wydawnictwem od czasu Black Album z 2007 roku. W ten zawoalowany sposób staram się powiedzieć, że Magna Carta… Holy Grail jest co najwyżej średnim albumem.

W zasadzie Magna Carta dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich, ta dobra, obejmuje wszystko poczynając od Holy Grail, a kończąc na Somewhereinamerica, co daje łącznie siedem utworów. Pozostała część nadaje się, co najwyżej, do wrzucenia w archiwa wytwórni. Matematycznie rzecz biorąc, nowy album Jaya jest dobry tylko w 44 %. Mamy więc do czynienia z kolejnym średniakiem, w związku z czym nasuwa mi się pytanie, czy marketingowcy z Samsunga w ogóle słuchali tej płyty?

Być może panowie spojrzeli tylko na listę występujących artystów i czym prędzej popędzili po pióro i papier. Nie tak ciężko to sobie wyobrazić, skoro na nagraniach pojawia się Rick Ross, Justin Timberlake, Frank Ocean i Beyoncé, a w składzie producenckim widnieją takie nazwiska jak Mike Will Made It, Pharrell Williams, Timbaland i Hit-Boy. I faktycznie, od strony producenckiej nie jest tak źle.

De Facto najsłabszym elementem całej tej układanki jest Jay-Z, który – w porównaniu do chociażby Watch The Throne –  tutaj brzmi jak staruszek, starający się przekrzyczeć wszystkich dookoła. W Crown rapuje tak, że wydaje się jakby walczył sam ze sobą, podkład całkowicie zjada wokal i zostawia go gdzieś daleko z tyłu. Mało dziarski Dziadunio-Z coś tam dopowiada, ale mało kto go rozumie i się nim interesuje. I tak sprawa wygląda już do końca płyty, niestety.

Mimo, że beaty brzmią całkiem nieźle, to brakuje w tym wszystkim pewnej iskry. Dajmy na to taki BBC. Nie ulega wszelkim wątpliwościom, że Pharrell Williams starał się jak mógł, słychać tu jego charakterystyczny, trochę latynoski styl z porywającym groovem. O ile hook i pierwszy wers (wykonany przez Nasa) brzmią jeszcze jako tako, to już w drugiej połowie, gdy wchodzi Jay-Z wszystko siada. Trochę to wszystko śmiesznie wygląda, jeśli dodamy do tego wpis Jaya-Z na twitterze, że BBC był utworem, który sprawiał mu najwięcej radości podczas nagrywania. Jakoś ciężko mi w to uwierzyć…

Ale to wszystko i tak nic w porównaniu do najbardziej anemicznego na płycie Jay-Z Blue. Już pomijam fakt, że tekst który miał być odą do własnej córki (Blue Ivy) zamienia się w opowieść o samym sobie, ale sposób w jaki raper żali się i wspomina swoje życie, nie skłania mnie do przystopowania na chwilę i pokiwania głową, wręcz przeciwnie. Strasznie znudzony, czekałem już tylko na zakończenie tego dramatu, który nastąpił dopiero dwa utwory później.

Mimo wszystko są momenty, w których płyta brzmi niesamowicie, czyli w pierwszych siedmiu utworach. Najlepszą rzeczą jaką usłyszałem jest Somewhereinamerica, utwór wyprodukowany przez Hit-Boya. Chylę czoła temu panu, bo ten beat jest wprost niesamowity, nie żebym się jakoś specjalnie dziwił, bo Hit-Boy ma za sobą zarówno genialne własne kawałki (Brake Lights, Fan) jak i świetne produkcje dla innych (Niggas In Paris – Jay-Z, Kanye; Goldie – A$AP Rocky), ale tutaj wywarł na mnie szczególne wrażenie. Jest to chyba jedyna pozycja na krążku, w której Jay-Z brzmi tak jak za starych dobrych lat. Mimo, że tekst przybiera delikatnie bufoniasty ton (zapewne wina Kanye), to ostatnie rzucone wersy trafnie podsumowują obraz współczesnego rynku muzycznego w Stanach Zjednoczonych:

„Twerk, Miley, Miley, Miley

Only in America”

Nie wiem tylko, dlaczego tak ciężko się uwolnić amerykańskim raperom od swojej przeszłości. Może jestem strasznym ignorantem, ale Oceans brzmi dla mnie pretensjonalnie i śmiesznie. Zarówno Frank Ocean jak i Jay-Z popijając szampana wspominają historię niewolnictwa i to, jak straszny Krzysztof Kolumb wyciął w pień Indian. Panowie, poważnie?

Magna Carta… Holy Grail nie jest niczym wybitnym, nie jest nawet czymś, co wyróżniałoby się czymkolwiek spośród całej dyskografii Jaya-Z. W porównaniu do Yeezus płyta wypada dosyć słabo. Zabrakło tu elementu zaskoczenia i żywiołowości. Może po prostu pan Carter się starzeje, a nagrywa dobry materiał tylko wtedy, gdy dookoła niego jest Kanye West. Być może nadszedł czas na młodsze pokolenie, z głowami pełnych pomysłów. Jeżeli tak, to rzućcie w kąt Magna Carta, a poszukajcie lepiej Hit-Boya.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

3 odpowiedzi na “Jay-Z sprzedał się Samsungowi i… największe rozczarowanie 2013 roku”

  1. “Welcome to the magnum opus, The Magna Carta”. Album jest świetny, nie musi się każdemu podobać, ale na pewno nie jest przeciętny.

  2. Jako fanboy Jaya nie jestem w ogóle w obiektywny. Moim zdaniem płyta naprawdę. Nie jest to jego najlepszy album ale jako przeciętny również bym go nie zakwalifikował. Podobnie jak Tobie ciężko mi się słucha właśnie BBC zazwyczaj je przeklikuje, może powinienem dać szansę, a Somewhereinamerica jest zajebiste i szkoda, że tak krótkie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...