Dirty Bomb – każdy może być w napisach końcowych świetnej strzelanki!

Gry 10.05.2013
Dirty Bomb – każdy może być w napisach końcowych świetnej strzelanki!

Dirty Bomb – każdy może być w napisach końcowych świetnej strzelanki!

Kto nie chciałby się pochwalić, że przyłożył rękę do wykreowania Counter Strike’a? Gry, które przez lata są ikoną e-sportu są długowieczne, więc i na długo utrwalają pamięć o swoich twórcach. Nowy, nadchodzący FPS online da graczom możliwość znalezienia się w creditsach.

Czym w ogóle jest Dirty Bomb, strzelanina znajdująca się jeszcze w fazie alfa? To swego rodzaju mutacja Enemy Territory pochodząca od tego samego developera, Splash Damage. Już to samo w sobie stanowi powód do zachwytu. Wolfenstein: ET przez dobrych parę lat było niesamowicie popularną platformą do ogólnoświatowych rozgrywek. Tysiące fragmovie, niezliczona ilość klanów, masa fanowskich map i profesjonalne turnieje – to świadczy o potędze produkcji.

Przy okazji Dirty Bomb zastosowano te same sztuczki, które przyczyniły się do sukcesu Enemy Territory. Mamy więc liczne małe misje na każdej mapie, takie jak podłożenie bomby, pokonanie barykady czy transport ważnego ładunku. Bohaterowie są natomiast podzieleni na klasy, które wzajemnie się uzupełniają. Dzięki temu gra staje się idealna dla rozgrywek klanowych, gdzie podstawę stanowi taktyka i zgranie.


Dodatkowo, Splash Damage wykorzystał autorski system Echo, który analizuje wszystkie rozegrane mecze, jeszcze we wczesnych fazach projektu. Dzięki temu zabiegowi można prześledzić dokładnie każdy pojedynek rozrysowany na konturowej mapie poziomu. Dodatkowo, zbierane są graficzne statystyki – np. dotyczące częstotliwości fragów na danym fragmencie poziomu, czy tych zakamarków każdej lokacji, które gracze odwiedzają najczęściej. To pozwala twórcom w znaczny sposób udoskonalać stworzone scenerie tak, by były wręcz idealne. Już bez tego na pewno byłyby co najmniej rewelacyjne, bowiem jeden z twórców to ten sam gość, który stoi za de_dust z Counter Strike’a.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pomysł autorów na zapewnienie sobie dodatkowych funduszy. Widzieliśmy już w grach przeróżne systemu opłat. MMORPG często działają na zasadzie abonamentu, aplikacje mobilne opierają się przede wszystkim na reklamach, zaś cała masa innych produkcji zarabia dzięki mikropłatnościom. Natomiast oficjalna strona Dirty Bomb to w tak naprawdę “Klub Fundatora”. Jego podstawowa funkcja, poza linkami do kilku filmów promocyjnych w YouTube, to sklepik z grą, której jeszcze nie ma. Bardzo drogi sklepik.

Aby zagrać w Dirty Bomb już teraz, należy wnieść opłatę 120 dolarów, bo tyle kosztuje pakiet Legendary. Tak, 120 zielonych, czyli jakieś 400 zł za to, żeby spróbować sił w grze, która dopiero powstaje i która wcale nie musi być murowanym hitem. W porządku, do pakietu dochodzi też koszulka, artbook, płyta z soundtrackiem i drobne dodatki wizualne w samej produkcji. To brzmi jak zawartość standardowej edycji kolekcjonerskiej, która zazwyczaj nie kosztuje więcej, niż 200 zł. Można też kupić tańsze pakiety, po 60 i 30 dolarów, jednak po zamówieniu tych, na jakikolwiek dostęp do serwerów trzeba jeszcze poczekać. Nie wiadomo ile, więc szczęśliwi nabywcy kupują kota w worku.

dirty_bomb_founder

Dojdźmy teraz do sedna sprawy – jak sprawić, żeby nasze nazwisko pojawiło się w grze, wśród jej twórców? Zapłacić jeszcze więcej! Za 240 dolarów można uzyskać wszystkie bonusy z 2 razy tańszego pakietu, a poza tym dostać się do creditsów, mieć dostęp do forum dla VIPów i kanału IRC developera oraz w paczce z grą otrzymać jeszcze czapkę z jej logo i plakat z autografami. Wyjdź tu człowieku w takiej czapce na dwór bez obawy, że ten cenny artefakt zbezcześci jakiś gołąb-snajper.

240 dolarów to dla Was dużo? To jeszcze nic! Można również oddać Splash Damage swoje 320 baksów! Dzięki temu dołożymy do już obfitej paczki bluzę z kapturem i notes z zapiskami z powstawania gry wraz z podpisami twórców. No i nasze nazwisko znajdzie się na innej, bardziej ekskluzywnej liście. Za szpan trzeba płacić!

Jedni, żeby być w creditsach jakiejkolwiek produkcji uczą się np. programowania. Inni natomiast płacą za ten “zaszczyt” ponad pół tysiąca złotych. Dlaczego nie przyklasnąć temu pomysłowi i nie skwitować: “kto chce, to da, kto nie ma, poczeka na wersję sklepową”? Dlatego, że po raz kolejny mam wrażenie tworzenia okrojonej wersji gry dla pospólstwa i bogatego wydania (z pięcioma najemnikami i unikatowymi tagami broni, cokolwiek by to miało znaczyć) dla tych, którzy są w stanie wydać na produkcję wielokrotność jej wartości. Wciąż rozważam, czy Splash Damage posunęło się za daleko, czy może jednak był to genialny krok, który w prosty sposób pomoże zgromadzić dodatkowe finanse.

Teksty, które musisz przeczytać:

Najbardziej znienawidzony sportowiec świata opowiada swoją historię. Dokument „Lance” od Canal+ to wywrócony moralnie „Ostatni taniec”

Ostatnie miesiące upłynęły fanom sportu na oczekiwaniu na wznowienie rozmaitych rozgrywek, ale też oglądaniu serialu dokumentalnego „Ostatni taniec”. Produkcja poświęcona Chicago Bulls cieszyła się olbrzymią oglądalnością i rozpoczęła modę na śledzenie tego typu produkcji. Debiutujący dziś w polskiej telewizji dokument „Lance” poświęcony zdyskredytowanemu kolarzowi na pewno jest tego wart.

Recenzja/Film 11.07.2020

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...