Joanna Tracewicz / 19.12.2017

DOCEŃ TO: Złombol, czyli rajd PRL-owskich samochodów, w którym wygranymi są dzieci z domów dziecka

348 interakcji Przejdź do dyskusji

10 lat temu po raz pierwszy ruszyli w świat PRL-owskimi samochodami, a w tym roku po raz jedenasty wręczą prezenty potrzebującym z domów dziecka, na które do tej pory zebrali blisko 5 mln zł. Złombol to akcja charytatywna, która wciąż rośnie w siłę. Planów na przyszłość mają całe mnóstwo.

Na swoim koncie mają Monte Carlo, Koło Podbiegunowe, Stambuł, Loch Ness, Loret de mar i Nordkapp, a przez ostatnie 10 lat dzieciaki z domów dziecka obdarowali prezentami wartymi łącznie prawie 5 mln zł. Licznik wciąż bije. – Pamiętam jak z okazji pierwszego rajdu zebraliśmy około 15 tys. zł – wspomina z uśmiechem Martyna Kinderman, jedna z inicjatorek Złombolu, która razem z Marcinem Tetzlaffem i Janem Badurą odpowiadają za rajd. – To były dla nas niewyobrażalne pieniądze. Tyle wtedy kupiliśmy, a teraz to tylko kropla w morzu. Kiedy w ubiegłym roku przekroczyliśmy milion złotych, to naprawdę było coś – dodaje. A wszystko to zaczęło się z pasji do starych aut grupy znajomych, która całe wieczory potrafiła dłubać w silnikach i zaglądać pod podwozie.

Mieliśmy taką myśl, że zespawamy ze sobą kilka maluchów i zrobimy limuzynę – śmieje się Martyna.

– Nic z tego w końcu nie wyszło, ale kiedy tak siedzieliśmy wśród tych aut komunistycznej produkcji, czuliśmy, że można zrobić coś więcej. Wtedy padł pomysł, żeby ruszyć nimi do Monte Carlo. To jednak wciąż było za mało. Pewnego dnia wpadło nam do głowy, żeby oprócz samego rajdu zrobić coś dobrego. W końcu taka wyprawa starymi samochodami jest na tyle nietuzinkowa, że może wzbudzić zainteresowanie wielu osób – opowiada Jan Badura. Jak pomyśleli, tak zrobili i od dekady zbierają pieniądze na domy dziecka.

Zasady Złombolu są proste – jeśli chcesz wziąć udział w rajdzie, musisz być gotów jechać około 2,5 tys. km PRL-owskim autem, np. żukiem, maluchem czy polonezem, znaleźć darczyńcę lub sam nim zostać i wpłacić minimum 1500 zł na dzieciaki.

Niektórym udaje się zebrać więcej. Czasem są to kwoty rzędu kilkunastu tysięcy złotych od jednej ekipy. Zresztą nie jadąc na wyprawę też można pomóc – Złombol ma swoje konto na Allegro Charytatywnie, można także na jego rzecz odprowadzić 1 proc. od podatku.

Zdarzają się też różne darowizny na konto fundacji. Te są inicjatywą różnych firm lub prywatnych osób, którym zależy na tym, by wesprzeć charytatywną zbiórkę i pomóc dzieciom z domów dziecka.

Akcja działa pod Fundacją Nasz Śląsk im. gen. Jerzego Ziętka. Ta wspomaga całe wydarzenie od strony finansowej, prowadzi księgowość.

To ważne, że 100 proc. uzbieranej kwoty idzie na domy dziecka. Istotne jest też, że nie szukamy sponsorów, a darczyńców, bo za wyprawę każdy z uczestników płaci sam. Każdy z uczestników jest też odpowiedzialny sam za siebie podczas rajdu, przed wyjazdem ekipy podpisują regulamin, który umożliwia im udział w wyprawie pod szyldem Złombolu – mówi Martyna.

Nazwa Złombol wzięła się od słynnego rajdu Gumball 3000, w którym udział biorą najdroższe samochody świata.

W imprezie, która swój start ma zawsze w Katowicach – bo jej organizatorzy właśnie ze Śląskiem są związani, samochody nie są najdroższe – ale robią równie niemałe wrażenie. – Wyobraź sobie ponad kilkaset aut, wszystkie oklejone różnymi reklamami, oznaczone podpisami, które jadą w jednej grupie we wspólnym celu. Zauważają nas nie tylko w Polsce, ale nawet znajomi z Paryża czy Barcelony donosili mi, że zaczynamy być rozpoznawalni poza granicami kraju – wspomina organizatorka imprezy.

To zostaje z człowiekiem. Niezapomniane wspomnienia na całe życie – mówi Katarzyna Baryła.

Pierwszy rajd odbył się w 2007 roku. Celem było Monte Carlo. Wzięły w nim udział tylko dwie ekipy. Z roku na rok popularność rajdu rosła. Rok później, również do Monte Carlo, pojechało już 13 załóg. Przełomowy był rok 2010, kiedy liczba samochodów biorących udział w rajdzie przekroczyła setkę. Tegoroczna złombolowa wyprawa, której celem była Noja w Kantabrii, zgromadziła ponad 500 samochodów. – Nowy cel jest ogłaszany w styczniu. Tak naprawdę teraz nie wiem, gdzie jedziemy. Ale już wiem, że pojadę – dodaje Katarzyna Baryła, która pierwszy raz na Złombol pojechała w tym roku.

To zew przygody i zamiłowanie do podróżowania przyciąga na Złombol tak wielu uczestników.

Oczywiście cel też jest ważny, bo przecież chodzi o to, że jedzie się w dobrej sprawie, by pomóc dzieciakom. – Staram się wybierać takie imprezy, które oprócz dobrej zabawy, pozwalają mi komuś pomóc, a Złombol jest właśnie takim wydarzeniem – wyjaśnia Łukasz Lewandowski, który kilkakrotnie wziął udział w rajdzie PRL-owskimi samochodami.

Wielu uczestników, jak chociażby Kasia i Łukasz, zainteresowało się rajdem z racji pasji do zabytkowych i starych samochodów. – Mam dwa maluchy i dwa polonezy. Ostatniego poloneza kupiłam właśnie na tegoroczny rajd. Do jego zakupu przekonało mnie to, że… już brał udział w Złombolu – śmieje się Kasia. Kupiła go od pana, który w 2016 roku całą trasę przejechał bez awarii. Zresztą ten uczestnik na rajdzie był także w tym roku i obiecał, że gdyby coś się działo, to pomoże jej z naprawą, bo zna to auto od podszewki.

Złombol to raczej męska impreza, bo około 80 proc. uczestników stanowią panowie. Różnie jest jednak, zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet, z umiejętnością naprawy samochodów. Niektórzy wiedzą tylko jak wymienić oponę czy dolać płyn do chłodnicy. Istotne jest jednak to, że na rajdzie nikt nie jest sam i w kupie siła.

Cały czas kogoś mijasz, niektórzy dobrze się już znają, bo jeżdżą z nami od wielu lat i rodzą się przyjaźnie. Każdy sobie pomaga. Pakując się na Złombol, do bagażnika wkładasz części nie tylko od swojego samochodu. Wszystko może się przydać, podczas rajdu trwa handel wymienny – opowiada ze śmiechem Martyna.

Przejazd starym autem tak długich dystansów nie zawsze należy do najprzyjemnieszych i przytrafiają się awarie.

Podczas złombolowych wypraw ze swoją ekipą to Łukasz jest mechanikiem i kierowcą. – Czasem wydaje się, że to wcale nie są wakacje, ale energia, która towarzyszy tym wypadom, wynagradza wszystko – opowiada. Bywa męcząco, atmosfera po kilkunastu godzinach jazdy w samochodzie bywa nie do zniesienia, ale – jak opowiadają uczestnicy rajdów – kryzysy mijają. Takie wyprawy to zbiór śmiesznych anegdot. – Pamiętam, że w trakcie jednego rajdu jakiejś ekipie zepsuł się samochód i ostatecznie opchnęli go za paczkę czipsów. Innym razem z kolei któremuś z teamów w Norwegii zepsuło się auto i wymienili się nim na inny samochód z Polakiem od wielu lat mieszkającym w tym kraju – wspomina Jan.

Złombol to stan umysłu – mówi Martyna.

Na koniec trasy, którą każdy pokonuje w swoim tempie, po kilku dniach, już na mecie, złombolowców czeka świętowanie z okazji osiągnięcia celu. A po nim niektórzy albo wracają prosto do domu, albo zostają na miejscu czy ruszają w drogę i kontynuują wakacje. Ważne jest, że większość z nich spotka się za rok. – Przez te 10 lat poznałam mnóstwo ludzi, z których wielu pomogło Złombolowi. Tworzy się taka ogromna siatka, każdy ma inny talent, pracuje w innym miejscu, ma jakieś znajomości. W tych ludziach jest siła, sami, w trójkę, byśmy tego nie zrobili – komentuje Martyna.

I rzeczywiście, wśród uczestników Złombolu trafiają się dobre dusze, które angażują się bardziej i mocniej, z własnej inicjatywy. Jedną z takich osób jest Przemek Danysz, który na co dzień pracuje w banku, a z wykształcenia jest programistą. Przemek postanowił, że stworzy aplikację, która umożliwi kontakt uczestnikom rajdu. Nazwał ją ZłomekGo.

Podczas Złomblu brakowało mi czegoś, co pozwoli szybko skomunikować się z innymi ekipami, zobaczyć, gdzie są, oznaczyć awarię, podać dalej informację, jakie części do naprawy auta mają ze sobą – mówi autor ZłomkaGo.

Pierwszą wersję aplikacji napisał rok temu w niecały miesiąc, teraz pracuje nad nową wersją programu, która będzie bardziej przystępna dla wszystkich. Słucha uwag i rad innych uczestników Złombolu. – To spadło nam jak z nieba, myśleliśmy o tym od dawna, ale przygotowanie takiej aplikacji to spore koszty, a dopiero niedawno udało nam się po raz pierwszy pozyskać jakieś fundusze na nagłośnienie akcji w ramach promocji miasta Katowice – mówi Martyna.

Złombol nie kończy się wraz z metą rajdu.

To długie planowanie i organizacja (już od kilku miesięcy przygotowywana jest 12. edycja wyprawy), którą wieńczy wręczanie prezentów dzieciom z domów dziecka. Początkowo Złombol obdarowywał tylko dzieciaki z katowickich domów dziecka i mieszkań usamodzielniających. A potem udało się pomóc wszystkim placówkom, które mieszczą się na terenie województwa śląskiego. Teraz działają na Opolszczyźnie.

To, co robi Złombol dla dzieciaków jest niesamowite, to jest ekstra bonus, coś czego nie są w stanie zapewnić instytucje publiczne. Każdą złotówkę, którą wydaję z funduszy domu dziecka, muszę obejrzeć dwa razy – opowiada Julian Jasiński, dyrektor Domu Dziecka TĘCZA w Katowicach. – Pamiętam, jak w jakieś Święta przywieźli całą masę paczek, PlayStation, zabawki, położyli to wszystko na środku i powiedzieli: to teraz wybierajcie prezenty – wspomina.

Dzieciaki z katowickiego domu dziecka znają organizatorów Złombolu.

Kontakt ze wszystkimi wychowankami z różnych placówek jest osobisty. Martyna, Marcin i Jan słuchają potrzeb dzieci i młodzieży, rozmawiają z wychowawcami i dyrektorami instytucji. Ważne jest, że prezenty, które kupują, mają służyć dzieciakom, bo nie chodzi o to, by wydawać pieniądze na coś, co mogą zapewnić władze miasta czy gminy.

Wyjątkiem jest wyposażenie pokojów i zakup nowych mebli – szafek czy łóżek, ale – jak przyznaje Jasiński – jeśli szafa jeszcze całkowicie się nie rozpadła, zwykle uznaje się, że nie ma potrzeby jej wymieniać.

Dzięki tym prezentom, które Złombol robi dzieciom, one mogą poczuć się normalnie, na chwilę przestać czuć się wykluczone. Mogą w szkole powiedzieć, że też grały w coś na konsoli, mimo że u nas nie każde dziecko ma swój komputer. A dzieciaki bywają teraz trudne, oceniają, potrafią śmiać się z biedniejszych od siebie – dodaje dyrektor katowickiej TĘCZY.

Najlepsze według Jasińskiego jednak jest to, co Złombol robi w trakcie roku.

Organizatorzy akcji prezentują dzieciakom różne wycieczki. Dzięki nim wychowankowie mają szansę pojechać na wakacje, zobaczyć różne miasta, odwiedzić polskie góry. – Dla większości z nas wyjazd nad morze, to nic wielkiego, ale niektóre z tych dzieci mają kilkanaście lat i nigdy nie widziały na żywo Bałtyku – mówi Martyna. To same wyjazdy i wspomnienia z nich dają dzieciakom energię, wywołują uśmiech na ich twarzach, który – jak przyznaje – jest największą nagrodą.

Od pewnego czasu ekipa Złombolu myśli też o młodzieży, która lada moment opuści domy dziecka. Prezentują im różnego rodzaju kursy, którymi młodzież jest zainteresowana i które mają za zadanie pomóc im wystartować w dorosłym życiu. To może być kurs na prawo jazdy, kurs wizażu, czy taki uprawniający do pracy na wózku widłowym. Chodzi o to, aby ułatwić znalezienie pracy i usamodzielnienie się po wyjściu z placówki.

Tylko w ubiegłym roku obdarowali dziewięć instytucji na terenie województwa opolskiego, a oprócz tego zapewnili wyjazdy wakacyjne dzieciakom z kilku innych. Na przestrzeni dekady Złombol pomógł kilkudziesięciu domom dziecka i placówkom opiekuńczo-wychowawczym. A to – jak zapewniają organizatorzy – dopiero początek. Bo oni się rozkręcają i z każdym rokiem mają coraz więcej energii, by nieść dobro z pomocą wielu tysięcy osób zaangażowanych w akcję charytatywną.

Ale charytatywność ma nie tylko dobre strony. Zdarzają się również nieprzyjemne sytuacje.

“Udowodniliśmy, że absolutnie nikt nie musi zarabiać na akcji”

Kilka razy musieli zdyskwalifikować ekipy, które miały wziąć udział w rajdzie. Okazało się, że dana drużyna zbierała pieniądze na swój wyjazd albo korzystała z różnych serwisów umożliwiających zorganizowanie zbiórek, aby wesprzeć Złombol. – Musieliśmy zdyskwalifikować oszustów, którzy pod płaszczem akcji charytatywnej chcieli ugrać coś dla siebie. A jeśli chodzi o portale, na których organizuje się zbiórki, to po prostu nie jest narzędzie dla nas. Przez lata udowodniliśmy, że absolutnie nikt nie musi zarabiać na akcji. Tego typu strony pobierają prowizję, a my działamy w myśl prostej zasady: 100 proc. pieniędzy trafia do dzieciaków. Ludzie nam ufają, musimy działać zgodnie z regułami, które im przedstawiamy – mówi Martyna.

Organizatorzy Złombolu ciągle monitorują internet i starają się być krok przed oszustami. To nie jest łatwe, bo wciąż słyszy się o historiach, kiedy ktoś ogłasza zbiórkę na dziecko, które nie istnieje. – Kiedy chce się pomagać innym na dużą skalę trzeba mieć siłę charakteru – twierdzi Martyna. Poza tym trzeba być charyzmatycznym, wytrwałym, umieć przekonać do siebie ludzi, ale też potrafić im odmówić i być przygotowanym na odmowę.

Wszystkim nie da się pomóc, ale można spróbować sprawić, aby innym żyło się łatwiej.

Martyna wciąż będzie dokładać wraz z Marcinem i Janem cegiełkę do tego, aby świat był lepszym miejscem – wiadomo już, że w przyszłym roku rajd Złombol wyruszy z Katowic 1 września. Chociaż rok temu ogłosili koniec Złombolu z powodów prywatnych, z czego potem się wycofali, teraz wiedzą, że dopóki to będzie miało sens, będą pomagać. Kiedy zrobią prezenty wszystkim dzieciakom z domów dziecka z województwa opolskiego, ruszą dalej. I nic ich nie zatrzyma. Martyna mówi, że choć pewnie trudno w to uwierzyć, stare auta, którymi jeżdżą na rajdy, mają dużo pary. Patrząc na działania Złombolu, można spokojnie wziąć za pewnik, że nawet gdyby stanęły na środku drogi, oni pociągnęliby je za sobą.

DOCEŃ TO!

Powyższy wpis jest pierwszym tekstem z nowej serii DOCEŃ TO. W publikacjach tych przedstawimy inicjatywy oraz sylwetki osób, które wykorzystują m.in. nowe technologie, internet, media społecznościowe i aplikacje mobilne, aby nieść pomoc innych ludziom. Doceń to i jeśli możesz, wesprzyj projekty, o których piszemy oraz udostępnij nasz materiał, aby więcej osób dowiedziało się o tych wspaniałych inicjatywach.

*Zdjęcia do tekstu zostały przekazane przez organizatorów Rajdu Złombol.

Advertisement