Łukasz Kotkowski / 14.02.2018

Pokonywałem górskie serpentyny małym crossoverem i podobało mi się. Test Volkswagena T-Roc

12 interakcji Przejdź do dyskusji

Od niemieckich autobahnów poprzez ośnieżone serpentyny austriackich Alp aż po skuty lodem park narodowy, w którym kręcono ujęcia do filmu Spectre. Trzy dni, kilkaset kilometrów i wiele przemyśleń – tak testowaliśmy nowego Volskwagena T-Roc.

Lubię SUV-y. Mówię to już na wstępie, bo zdaję sobie sprawę, że pewnie wielu czytelników, podobnie jak moich kolegów z redakcji, SUV-ów nie lubi. Zarówno tych dużych, „prawdziwych”, jak i małych crossoverów, które ostatnimi czasy masowo zalewają rynek i ani myślą przestać.

Wielu producentów już nawet nie próbuje tworzyć aut o klasycznej bryle nadwozia; sedanów, kombi. Ba, niektórzy pomału wycofują się także z typowych hatchbacków. Odpowiadają podażą na popyt – klienci chcą crossoverów, więc dają im crossovery. I ja to doskonale rozumiem.

Volkswagen T-Roc to tylko początek większej ofensywy. Jak dowiedzieliśmy się na prezentacji prasowej, do 2020 roku po drogach całego świata ma jeździć aż 19 różnych odmian SUV-a ze znaczkiem VW. W tym małe crossovery, takie jak T-Roc, a nawet – już wkrótce – modele jeszcze od niego mniejsze.

Gdzie kończy się moda a zaczynają realne korzyści.

Oczywiście nie ma co się oszukiwać – boom na crossovery to w głównej mierze kwestia wykreowanej mody. Dziś każdy chce żyć ciekawiej, a myśląc o samochodzie nie chce myśleć o bryle stali, stworzonej do poruszania się z punktu A do punktu B, lecz o ekscytującym wehikule, który pozwoli nam dojechać dalej. Nawet jeśli „dalej” często oznacza po prostu bezpieczne wjechanie na zbyt wysoki krawężnik.

Volkswagen T-Roc po części jest dzieckiem swoich czasów. Gdy się mu przyjrzeć, to po prostu Polo na koturnach; auto siedzące w gamie producenta poniżej Golfa, a jednak kosztujące zbliżone do niego pieniądze. A jednak to T-Roc rodzi większe emocje od Golfa i patrząc na to, w którą stronę zmierza motoryzacyjny świat, ciekawe, czy T-Roc i jemu podobni prędko nie dogonią wyników sprzedaży najpopularniejszego auta niemieckiej marki.

Co jednak miałem okazję sprawdzić w austriackich Alpach, Volskwagen T-Roc to nie tylko modna bryła, ale i funkcjonalność.

T-Roc faktycznie spełnia obietnice, które przyciągają tak wielu ludzi do crossoverów.

Przez 3 dni spędzone w Austrii zabrałem małego Volkswagena tam, gdzie za nic w świecie nie ośmieliłbym się wjechać Golfem. Poznałem jego mocne i nieco słabsze strony. I teraz chcę wam o nich opowiedzieć.

Volkswagen T-roc – 5 razy TAK

Pierwsze „tak” – silnik i napęd 4Motion.

Testowy T-Roc wyposażony był w najmocniejszą jednostkę napędową – dwulitrowy silnik benzynowy o mocy 190 KM, napędzający wszystkie cztery koła dzięki systemowi 4Motion, dynamicznie przekazującemu moment obrotowy na koła mające najwięcej przyczepności.

Nie jest to typowy napęd „dołączany”, gdzie przez 99 proc. czasu w użyciu jest tylko przednia oś, a moment obrotowy wysyłany jest na tył dopiero wtedy, gdy zajdzie potrzeba. T-Roc w każdej chwili potrafi dysponować momentem obrotowym tak, aby utrzymać trakcję niezależnie od warunków. Gdy zajdzie potrzeba, może też zablokować dyferencjał, przekazać po 50 proc. momentu na każdą z osi i ruszyć z miejsca w bardzo trudnym terenie.

Ten napęd na cztery koła okazał się bezcenny w trakcie pokonywania górskich serpentyn. Szczególnie jednego, trudnego podjazdu na szczyt lodowca, gdzie droga była oblodzona i częściowo przysypana śniegiem. A mimo tego bardzo rzadko widziałem błyskającą kontrolkę systemu kontroli trakcji – napęd 4Motion wyśmienicie dawał sobie radę sam.

Spisywał się też świetnie trzymając mnie pewnie w zakrętach na tych serpentynach, gdzie śniegu nie było, a gdzie zakręty po prostu prosiły się o dynamiczną jazdę.

4Motion tylko raz nie dał sobie rady – zakopałem T-Roca na szczycie góry, ale nie wynikało to ze słabości napędu, lecz głupoty kierującego. Śnieg okazał się głębszy, niż wyglądał i gdy w niego wpadłem jednym kołem, a potem drugim, po prostu zawisłem na podwoziu w zdradziecko głębokim śniegu. Tam, gdzie śnieg był bardziej ubity lub płytszy, T-Roc bez problemu pokonywał ośnieżone drogi.

A gdy przyszło zjechać z gór i poruszać się normalnymi drogami, silnik 2.0 TSI naprawdę mnie zaskoczył. 190 KM w tak niewielkim aucie robi swoje, więc pod nogą mamy moc wystarczającą do rozpędzenia T-Roca od 0-100 w 7,2s i dość zapasu, by bezpiecznie wyprzedzać na autobahnie.

W połączeniu z siedmiobiegową skrzynią DSG otrzymujemy zwinne, szybkie, płynnie prowadzące się auto, które spisze się w praktycznie każdej sytuacji – od rundki po mieście, poprzez drogi szybkiego ruchu, aż po trudniejszy teren, w który strach byłoby wjechać autem przednionapędowym.

Drugie „tak” – systemy bezpieczeństwa.

Volkswagen T-Roc już w standardzie oferuje naprawdę sporo. Każdy, nawet bazowy model oferuje system Front Assist, czyli ostrzeganie o przeszkodzie z przodu, połączony z aktywnym hamulcem. Gdy system wykryje obiekt lub pieszego przed maską, wyda sygnał dźwiękowy, a jeśli kierowca nadal nie zareaguje, automatycznie wyhamuje auto.

W czasie moich testów ten system był nieco nadpobudliwy, jak to zwykle bywa w przypadku takich wspomagaczy, ale dwukrotnie uchronił mnie od stłuczki na wąskiej, górskiej drodze, gdy jadąca przede mną starsza pani nagle postanowiła wcisnąć hamulec w podłogę przed zakrętem.

Testowana przeze mnie wersja T-Roca miała zresztą na pokładzie nie tylko system Front Assist, lecz także system monitorowania martwego pola i system utrzymania pasa ruchu. W wersji produkcyjnej T-Roc Premium może być wyposażony także w aktywny tempomat, asystent jazdy w korku oraz autorski system Volskwagena – Emergency Assist, który w razie gdyby kierowca zasłabł lub z innego powodu stracił świadomość, może automatycznie pokierować samochodem, włączyć mu światła awaryjne, zatrzymać go i wezwać pomoc. W tej klasie to raczej niespotykane bogactwo wyposażenia związanego z bezpieczeństwem.

A oprócz systemów bezpieczeństwa aktywnego mamy też pasywne „wspomagacze”: nieco zbyt czułe, ale bardzo mocne hamulce i kapitalnie świecące LED-y z automatyczną zmianą świateł mijania na drogowe i vice versa.

Trzecie „tak” – system infotainment i nawigacja.

Innymi słowy: technologia! T-Roc jest nią naszpikowany nie tylko w zakresie bezpieczeństwa, ale i rozrywki oraz użyteczności.

Po pierwsze, T-Roc jest jedynym małym crossoverem, w którym możemy mieć cyfrowy wyświetlacz Active Info Display. I co by nie mówić – Volkswagen naprawdę przemyślał ten system, zamiast po prostu wstawić LCD w miejsce analogowych zegarów.

Cyfrowe zegary wyświetlają dokładnie te informacje, które chcemy. Możemy też wyświetlić pełnoekranową nawigację, z prędkościomierzem umieszczonym w rogu wyświetlacza. To naprawdę użyteczne rozwiązanie.

Po drugie, sam system infotainment jest zdecydowanie najlepszy w tej klasie. Od lat grupa VAG odskakuje pod tym względem konkurencji, szczególnie tej japońskiej, których interfejsy istotnie skłaniają do popełnienia rytualnego seppuku.

W T-Rocu mamy ten sam elegancki, piękny, dotykowy wyświetlacz z dwoma pokrętłami, który znajdziemy w Golfie. I tak jak w Golfie, nie sposób mu czegokolwiek zarzucić. Wszystkie elementy interfejsu są we właściwym miejscu, ekran jest responsywny, ustawienia w pełni zrozumiałe. Ba, nawet nawigacja daje radę, czego nie mogę powiedzieć o większości aut marek popularnych.

Pełnię potencjału T-Roc ujawnia jednak dopiero po podłączeniu LTE i skorzystaniu z opcji Car-Net Connect. To dodatkowe aplikacje, takie jak pogoda, wiadomości, etc., oraz źródło aktualnych informacji o sytuacji na drodze.

Dzięki niej dowiedzieliśmy się na przykład, że jedna z tras testowych jest zablokowana z powodu lawiny. Ów system zgrabnie ostrzega też przed korkami i innymi utrudnieniami na drodze, jak roboty drogowe, czy… biegające po drodze zwierzęta.

Przy okazji drobiazgów technologicznych warto też wspomnieć o dedykowanym schowku na smartfona z wbudowaną ładowarką bezprzewodową. To drobiazg, ale niejednokrotnie zdarzyło się tak, że tacka z ładowaniem Qi okazywała się za mała na mojego smartfona. W T-Rocu spokojnie zmieścicie każdy telefon wyposażony w Qi. Skoro wszedł tam LG V30 w grubym etui Spigena, to każdy smartfon się zmieści.

Czwarte „tak” – kamera cofania.

To taka drobnostka, a tak przemyślana, że zasługuje na osobny akapit. Widzicie, w większości aut z podobnej półki cenowej kamery cofania bywają nieco… bezużyteczne. Albo mają niską rozdzielczość, albo kąt widzenia tak wypacza obraz, że nie da się ocenić odległości, albo w czasie deszczu szybko są tak zachlapane, że nic w nich nie widać. Albo wszystko na raz.

W T-Rocu, choć to tylko mały crossover, kamera cofania ma wysoką rozdzielczość, niewypaczony kąt widzenia i jest schowana w znaczku VW na klapie bagażnika – niegroźny jej więc deszcz, śnieg i inne zabrudzenia. Mała rzecz, a duży plus.

Piąte „tak” – ilość miejsca w środku.

T-Rocowi, wzorem nowego Polo, znacznie bliżej do Golfa, niż do auta segmentu B.

Wewnątrz jest tyle miejsca, co w przeciętnym hatchbacku, choć nie wskazują na to wymiary zewnętrzne. Z przodu zarówno kierowca jak i pasażer mają mnóstwo miejsca; mogą się wygodnie usadowić i nie dotykać łokciami. Do tego widoczność jest znakomita, dzięki podniesionej konstrukcji nadwozia, a gdy dodać jeszcze do tego dach panoramiczny, mamy przestronną kabinę, sprawiającą wrażenie jeszcze większej, niż jest.

Z tyłu jest nieco gorzej, ale nadal wystarczająco, by dwie wysokie osoby mogły za sobą usiąść. Oczywiście miejsce pośrodku tylnej kanapy przeznaczone jest raczej na krótkodystansowe trasy, ale w razie potrzeby dziecko lub drobny dorosły spokojnie się zmieści.

Nieco zabrakło mi większej pojemności bagażnika. W T-Rocu bagażnik ma „tylko” 425 litrów (nadal o 45 l więcej, niż w Golfie), więc gdybym rozpatrywał go pod kątem prywatnych potrzeb, pewnie trochę przestrzeni by mi brakowało.

Dla większości ludzi będzie on jednak z powodzeniem wystarczający. Bez trudu mieszczą się tam dwie średnie walizki i dwie mniejsze na nich, a bagażnik ma też regularne kształty, więc łatwo jest w nim zaplanować wykorzystanie przestrzeni.

Volkswagen T-Roc – co się nie udało?

Po krótkim czasie spędzonym z nowym crossoverem Volkswagena mam do niego trzy zarzuty. Pierwszy to nieco dyskusyjny komfort podróżowania, przynajmniej w niższych wersjach wyposażenia.

Do klientów, którzy teraz zamówią T-Roca, będą mogły trafić egzemplarze z pełną, elektryczną regulacją foteli, także na wysokości lędźwi. My, recenzenci, nie mieliśmy tyle szczęścia i dostaliśmy egzemplarze bez podparcia lędźwiowego, z manualną regulacją. Przejechałem w tych fotelach kilkaset kilometrów i nie mogę powiedzieć, żeby były to najwygodniejsze fotele świata. Zdecydowanie wolałbym zobaczyć tu fotele ergoactive znane chociażby z Golfa.

W pozostałych aspektach komfort T-Roca jest jak najbardziej w porządku. Auto jest relatywnie dobrze wyciszone do prędkości autostradowych, zawieszenie zestrojono w sam raz, by było wygodne a jednocześnie nie bujało w zakrętach. Tylko te fotele, którym zabrakło regulacji odcinka lędźwiowego i nieco dłuższego podparcia bioder, trochę mnie rozczarowały.

Co prowadzi mnie do trzeciego minusa, czyli ceny T-Roca. Jakby na to nie spojrzeć, T-Roc nie jest tanim autem.

Testowany przeze mnie egzemplarz T-Roc Premium z silnikiem 2.0 190 KM 4×4 i wszystkimi bajerami kosztował blisko 150 tys. zł. To ogromna suma pieniędzy jak na małego crossovera.

Volskwagen podchodzi jednak do sprawy realistycznie i zakłada, że nie będzie to najpopularniejszy wariant T-Roca. Będzie nim wersja Advanced, z napędem na przód i silnikiem 1.5 150 KM. Taki wariant ma kosztować ok. 110 tys. zł. A to już cena w zupełności do przełknięcia i choć nie dostaniemy za nią tak bogato wyposażonego samochodu, jak opisywany tu egzemplarz testowy, to będzie w nim wszystko, czego tak naprawdę potrzeba do komfortowej i bezpiecznej jazdy.

Nie ma wątpliwości: T-Roc znajdzie swoich fanów.

Według słów przedstawiciela firmy, samochody znikają z placów gdy tylko się na nich pojawią. T-Roc już teraz, na początku swojego cyklu produkcyjnego, przyciąga zainteresowanych i znajduje chętnych do jeżdżenia małym crossoverem.

I ja to rozumiem. T-Roc to świetne auto, które ma wiele atutów. Jest dobrze wyposażony, pewnie się prowadzi, a z napędem 4Motion pozwala wjechać tam, gdzie zwykły Golf by nie dojechał. Oferuje też od Golfa więcej przestrzeni bagażowej i – w mojej opinii – znacznie lepiej od Golfa wygląda.

Nie będzie to auto dla każdego, bo nadal są wśród nas pasjonaci, dla których samochód=kombi w dieslu, a SUV to abominacja, którą należy czym prędzej zdusić w zarodku.

Tyle że sądząc po statystykach, ci pasjonaci to ledwie garstka bardzo głośno krzyczących malkontentów. Rynek jest po stronie T-Roca i nic nie wskazuje na to, by miało się to prędko zmienić.

Jeśli więc mały crossover jest tym, czego szukasz – zdecydowanie warto przejść się do salonu Volkswagena, odbyć jazdę próbną i poznać to auto. Zwłaszcza w wersji z napędem na cztery koła.





Advertisement