Piotr Barycki / 21.12.2017

Prawie zasnąłem za kierownicą auta wartego miliony. I dokładnie o to chodziło

147 interakcji Przejdź do dyskusji

Z pozoru to kolejny zwykły dzień na jednej zwykłych autostrad na północy Francji. Szarawy asfalt, niezbyt piękna, grudniowa aura i masa zwykłych samochodów. Tylko ten, za którego kierownicą zostałem posadzony, nie jest zwyczajny. Jest jedyny na świecie, jest wart miliony, a ja, zamiast skupić się na prowadzeniu… oglądam niesamowitą prezentację w goglach VR. Tak, siedząc na fotelu kierowcy.

Odchylam ukradkiem fragment gogli i zerkam na cyfrowe zegary. 120 km/h. Uspokojony tym, że wszystko przebiega tak, jak trzeba, rozkładam się ponownie w fotelu ustawionym w specjalnej, relaksacyjnej pozycji, i wracam do podniebnego lotu, który serwują mi okulary VR.

Obracam się jeszcze na chwilę za siebie, żeby sprawdzić, co kryje się w wirtualnym świecie za moimi plecami. Widzę w oddali bajkowe wręcz góry i lasy, ale przez dźwięk płynący ze słuchawek przebija się gromki śmiech pozostałych pasażerów.

Pasażerów, których wiozę ruchliwą autostradą, z prędkością ponad 100 km/h. W założonych goglach VR i w fotelu ustawionym tak, że nie mam żadnych szans zareagować, jeśli coś pójdzie nie tak.

Witajcie w przyszłości jazdy samochodem. W przyszłości, w której przez krótką chwilę miałem okazję przebywać już teraz.

Witajcie w Renault Symbioz.

Tak, przyznaję – zupełnie zmyśliłem fragment o wielomilionowej wartości tego samochodu. W rzeczywistości bowiem Symbioza nie da się dokładnie wycenić. Każdy z jego elementów stworzony jest bowiem wyłącznie z myślą o nim. Każda część, każdy smaczek, każdy detal – wszystko przygotowano tylko dla niego. I powstał w zawrotnej liczbie sztuk – 1. Egzemplarz, którym jeździłem, nie ma swojego odpowiednika czy kopii zapasowej.

Nie ma na świecie drugiego takiego samochodu. I nigdy nie będzie.

Renault od razu przyznaje, że nie jest to w żadnym wypadku wzór samochodu, który trafi do produkcji. I nie chodzi o to, że nie trafi w ciągu najbliższych lat – nie trafi do niej nigdy. Na pewno nie w takiej formie, jaką aktualnie przybrał Symbioz.

Niezwykły pojazd francuskiej firmy ma jedno podstawowe zadanie – jest narzędziem testowym dla inżynierów Renault, próbujących rozwiązać najważniejszą zagadkę motoryzacyjną – jaki powinien być samochód przyszłości? O tym, że powinien być autonomiczny i elektryczny, wiedzą już wszyscy.

Tylko co dalej? Jak to właściwie powinno wyglądać?

Zrzucam kapcie i wsiadam do samochodu.

Te kapcie nie są przy tym koniecznie metaforą. Dla Renault domem dla Symbioza jest po prostu… dom. Ten sam, w którym mieszkałby jego właściciel.

Leniwie podnoszę się więc z wygodnej kanapy, narzucam na siebie kurtkę i przechodzę bezpośrednio z salonu do garażu. Garażu, który nie jest od salonu niczym oddzielony – jest jego częścią. W końcu to samochód elektryczny, do tego jeżdżące dzieło sztuki, więc dlaczego miałoby być inaczej? Sprzątanie błota z kół? Od czego są roboty sprzątające…

Nie przejmując się więc bałaganem (dywan raczej nie wchodzi w grę) wsiadam do jedynego na świecie egzemplarza Symbioza i czekając, aż specjalna platforma obróci front auta w kierunku wyjazdu, dochodzę do wniosku, że samochód w domu był metaforą i jednocześnie nią nie był.

Z jednej strony można to traktować wprost. Budynek stworzony przez Renault wydaje się idealnym miejscem dla Symbioza i jego właściciela. Nie zmokniemy, przechodząc z podjazdu do domu. Cały czas możemy podziwiać nasz zakup. Wychłodzone wnętrze auta zimą przechodzi do historii. Noszenie zakupów nagle staje się dużo łatwiejsze. Powrót po zostawione w aucie dokumenty trwa 30 sekund. Jeśli natomiast przesadzimy z imprezą, autonomiczny pojazd dowiezie nas do salonu. Dosłownie do salonu.

Ba, w studyjnym modelu domu Renault Symbioz potrafi nawet wjechać na piętro (?!), czyli podwiezie nas aż pod drzwi sypialni. A potem dumnie wyjedzie na dach, żeby wszyscy z daleka widzieli, jakim autem jeździmy.

Z drugiej strony, cały pomysł jest na tyle abstrakcyjny, że bliżej mu do próby pokazania, że samochód może być – a w przyszłości na pewno będzie – elementem naszego domu. Niezależnie od tego, jak daleko od tego domu się znajdujemy.

I scenariusz, który w takim ujęciu prezentuje Symbioz, jest dużo bardziej realny i sensowny od obrotowej platformy w garażo-salonie. Jedno kliknięcie na ekranie w samochodzie pozwala mi zmienić temperaturę w domu – w sam raz przed przyjazdem. Jedno kliknięcie zapala światło. Jedno kliknięcie włącza odpowiednio przygotowane sceny. Jeśli znajdziemy gdzieś *połączony* ekspres do kawy to tak, jak najbardziej jednym kliknięciem przygotujemy sobie kawę od razu na powrót do domu. A jeszcze wyobraźmy sobie, że to wszystko działa na bazie naszego kalendarza, lokalizacji i nawyków. Wtedy kliknięć mamy zero.

Faktyczna przydatność takiego rozwiązania będzie oczywiście zależeć od tego, z jakimi systemami i urządzeniami będzie ono współpracować. Bo w to, że za kilka czy kilkanaście lat wszystko będzie podłączone do sieci, nie wątpi chyba nikt. Tak, samochody też będą i lepiej, żeby ich producenci byli na to gotowi.

Przychodzi jednak czas, żeby z domu wyjechać.

Ale przed uruchomieniem dwóch elektrycznych silników napędzających tylne koła, warto przyjrzeć się temu, jaki jest Symbioz od środka. Bo jest po prostu niesamowity. I jeśli tak mają wyglądać samochody przyszłości, to ja jestem gotów na tę przyszłość już teraz.

Jestem przy tym absolutnie pewien, że nie wychwyciłem wszystkich detali, jakimi może się pochwalić studyjny model Renault. Ale spróbujmy:

Przede wszystkim Symbioz nie ma ani jednego klasycznego lusterka. Zastępują je kamery i ekrany umieszczone we wnętrzu. Zaskakująco łatwo i szybko można się do nich przyzwyczaić.

Klamki drzwi? Z zewnątrz są wtopione w aluminiową karoserię i ujawniają się dopiero po naciśnięciu przycisku.

Pyk, oto i klamka. Wystarczy pociągnąć.

Te z tyłu są jeszcze lepiej ukryte – to malutkie przyciski wewnątrz fantazyjnie ukształtowanego nadwozia.

A w środku? Z wnętrza również wydostaniemy się, po prostu naciskając guzik i popychając drzwi. I tak, chwilę zajęło mi znalezienie go.

Nawet przyciski regulacji okien nie mogą być zwyczajne. I brawo! W końcu to jakoś wygląda…

To natomiast wygląda pięknie, ale – przyznaję się – nie mam pojęcia, czy jest. Detalem.

Detalem trudno natomiast nazwać tylną część kabiny pasażerskiej, wykończoną w całości drewnem. Funkcja? Estetyczna. Choć nie do końca.

Wprawne oko dostrzeże pod drewnem kulisty moduł dźwiękowy, stworzony przez francuską firmę Devialet. Lepiej nie sprawdzajcie cen.

W sumie we wnętrzu ukryto cztery moduły. Dwa w bocznych słupkach, jeden z tyłu i jeden w podszybiu.

Co wyróżnia te moduły dźwiękowe? Są mniejsze od tradycyjnych głośników i przy większych głośnościach nie generują żadnych wibracji.

Dźwięk jest bowiem rozprowadzany po wnętrzu samochodu specjalnymi kanalikami, umieszczonymi w słupkach B, a także z tyłu i na froncie.

Za dużo technologicznych gadżetów? W studyjnym Symbiozie awaryjne otwieranie drzwi realizowane jest przez pociągnięcie tego kawałka skóry.

Ale cóż, siedzimy w końcu w eksperymentalnym samochodzie, mobilnym laboratorium. Wróćmy do gadżetów.

Nie ma to może wielkiego znaczenia, ale Symbioz ma chyba najpiękniejsze podświetlenie ambientowe, jakie kiedykolwiek widziałem.

Panoramiczny dach zmieniający poziom przyciemnienia po naciśnięciu przycisku? Jasne.

Dodatkowa kamera monitorująca zachowanie kierowcy? Oczywiście.

Fotele z zaszytymi plakietkami NFC, po przyłożeniu do których możemy np. zmienić ustawienia dla danego fotela czy strefy? Oczywiście są.

Przy czym, jeśli siedzimy z tyłu, klepiemy telefonem w plecy osobę przed nami.

Po czym możemy np. przesunąć swój fotel. Ewentualnie przerzucić muzykę na samochodowy zestaw audio. Albo film na ekrany z przodu.

Tak, ekrany. W liczbie mnogiej. Symbioz oferuje aż trzy duże wyświetlacze (nie licząc lusterek), stworzone przez LG. Jeden za kierownicą i dwa umieszczone w specyficzny sposób w centrum.

Ten za kierownicą wyświetli oczywiście podstawowe parametry jazdy – zmieni też kolor z niebieskiego na czerwony, kiedy włączymy tryb sportowy.

Gdzie włącza się tryb sportowy? Wciskając logo Renault na kierownicy.

Środkowy panel OLED jest niestety nie tylko wygięty (co wygląda niesamowicie), ale też podzielony – górny ekran od dolnego dzieli niewielki pasek.

Oprogramowanie jest jednak stworzone tak, że całość traktowana jest jak jeden panel.

Możemy więc liczyć na to, że kiedyś całą tę część kokpitu wypełni jeden wielki wyświetlacz OLED.

Na powrót przycisków natomiast raczej nie ma co liczyć. Symbioz ma tylko kilka – trochę skrótów pod ekranem i przyciski do obsługi skrzyni biegów. 

Nie zabrakło też tych najważniejszych dla wielu osób, czyli umieszczonych na kierownicy. Szczególnie istotne są jednak dwa identyczne, ulokowane nad ramionami.

Ale żeby o nich opowiedzieć, trzeba w końcu ruszyć w trasę.

 

Początki są raczej zwyczajne, przynajmniej dla kogoś, kto jeździł wcześniej samochodem elektrycznym. I kto jest przyzwyczajony do prowadzenia prawie 5-metrowej (4,92 m) na długość i prawie 2-metrowej (1,92 m) na szerokość bestii, która w szczycie jest w stanie wygenerować około 680 KM (około 480 KM w trybie ciągłym).

Na pytanie „czy to auto jest szybkie” odpowiedź otrzymałem natychmiast po tym, jak wjechaliśmy na autostradę. Tak, napęd złożony z dwóch silników elektrycznych jest w stanie pchnąć Symbioza do setki w 6 sekund, z typową dla elektryków natychmiastową reakcją na gaz. I to wszystko jedynie przy dobiegającym z oddali szumie powietrza i delikatnym hałasie od kół.

Symbioz, zaskakująco dojrzały pod względem konstrukcji jak na tego typu samochód, byłby – gdyby trafił na rynek – wyborem raczej dla tych, którzy lubią lub muszą pokonywać regularnie spore dystanse. System czterech kół skrętnych i tryb Dynamic raczej nie zamienią go w samochód sportowy. Za to na praktyczny samochód dla wymagających nadawałby się wyśmienicie – chociażby przez wzgląd na ogrom wygospodarowanego w środku miejsca. Nie powinien narzekać na nie żaden z pasażerów, a idealnie płaska podłoga, pozbawiona wybrzuszeń na tunel środkowy, i ciągnąca się w takiej formie aż pod sam koniec deski rozdzielczej, tylko potęguje wrażenie przestrzeni. Tylko nie mówcie pasażerom z tyłu, że siedzą na akumulatorach (72 kWh – płyta podłogowa przyjmie 100 kWh). Albo powiedzcie, że inaczej siedzieliby na zbiorniku paliwa.

Poza tym Symbioz, postawiony na zupełnie nowej, prototypowej płycie podłogowej, daje się prowadzić tak samo, jak każdy inny samochód. W rękach trzymamy kierownicę, która skręcona w prawo kieruje samochód w prawo, a skręcona w lewo – kieruje go w lewo. Pod stopami mamy dwa pedały, gdzie naciśnięcie jednego sprawia, że jedziemy wolniej, a drugiego – że szybciej. Zresztą ocena Symbioza jako samochodu byłaby niesprawiedliwa – to nie jest samochód jako taki.

Wciskam jednak dwa magiczne przyciski i nagle nie jest standardowo.

Komunikat na ekranie za kierownicą potwierdza, że włączony został tryb autonomicznej jazdy. I to nie byle jaki, bo poziomu 4., czyli tego, który pozwala nam całkowicie zapomnieć o prowadzeniu. Nie musimy uważać na to, co dzieje się na drodze, nie musimy być gotowi na błyskawiczne przejęcie kontroli. Auto nie poradzi sobie jeszcze samo wszędzie, ale tam, gdzie będzie to możliwe, będziemy w stanie zająć się wyłącznie swoimi sprawami.

Skoro tak obiecują, to tak musi być. Zawierzam swoje życie komputerowi (i kierowcy awaryjnemu, siedzącemu po mojej prawej), biorę do ręki telefon i przykładam na ułamek sekundy do fotela. Aktywuje to aplikację z opcją ustawienia siedziska w trybie Sam w domu (jest jeszcze opcja dla towarzyskim – obracająca fotele przednie do siebie), którą oczywiście wybieram. Elektrycznie sterowany fotel odsuwa się daleko od kierownicy i pedałów. Gdyby coś się działo – nie mam nawet szans zareagować.

Nic jednak nie wskazuje na to, że coś może się potoczyć nie tak. Samochód spokojnie utrzymuje się na właściwym pasie, nie błądzi, nie myszkuje, nie odbija się od linii do linii.

Wciąż czegoś brakuje. Wybieram więc z menu kolejną opcję – relaks. Fotel odchyla się dodatkowo do tyłu, zmieniając się w miękką i wygodną kołyskę, idealną do spania. I z takiej mniej więcej pozycji oglądam, jak Symbioz gwałtownie hamuje przed jadącą bardzo powoli ciężarówką. A potem zmienia pas i wyprzedza ją. Gdybym mógł mieć jakieś sugestie, to poprosiłbym, żeby kolejne autonomiczne samochody hamowały trochę wcześniej i trochę delikatniej. Ludzie przecież próbują tutaj spać!

Niestety czasu na spanie nie ma. Po tym, jak widzę, jak samochód samodzielnie wybiera optymalną bramkę przy wjeździe na autostradę i przejeżdża przez nią bez niczyjej pomocy (mimo braku wyznaczonych pasów!), jestem delikatnie szturchany przez osobę z tyłu, która wręcza mi… gogle VR.

Tak, losowej osobie prowadzącej pojazd warto fortunę, wręcza gogle, które całkowicie odetną ją od świata zewnętrznego.

Przyjmuję bez wahania, zakładam i zatapiam się w świat wirtualnej rzeczywistości, stworzony przez Ubisoft. Początkowo widzę mniej więcej to samo, co widziałbym bez gogli – autostradę i samochody, ale w zupełnie innej, dużo przyjemniejszej scenerii. Co najciekawsze – wszystko w cyfrowym świecie dzieje się przy zachowaniu faktycznej prędkości Symbioza, a także prędkości i odległości od innych pojazdów.

Z minuty na minutę symulacja staje się coraz bardziej abstrakcyjna. Najpierw znany mi świat zastępują fantazje na temat tego, jak może on wyglądać w przyszłości. Gigantyczne wieżowce pnące się pod samo niebo otaczają zawieszone w przestworzach drogi, po których się poruszam. Potem drogi znikają. Znika samochód. Z minuty na minutę zapominam, że w ogóle jadę samochodem. Na koniec unoszę się w powietrzu, podziwiając lasy, łąki i góry, mijany nie przez samochody, a przez klucze ptaków. Rozglądam się zafascynowany dookoła, ale wiem, że gdyby potrwało to dłużej, prawdopodobnie po pewnym czasie po prostu bym usnął.

Niestety mimo pracowitego dnia, zmuszony jestem zdjąć gogle i przewalczyć ogarniającą mnie senność. Czas jeszcze chwilę pojeździć Symbiozem, ale już w trybie manualnym.

Czy trudno było zaufać maszynie?

Banalnie prosto. Wprawdzie na fotelu obok mnie siedział kierowca awaryjny, ale próbowałem ignorować jego istnienie i poczuć się, jak potencjalny kierowco-pasażer takiego samochodu.

I… nie miałem z tym najmniejszych problemów. Nawet oszukanie zmysłów goglami VR nie sprawiło, że poczułem się nie swojo. A próbując przebić się kilka godzin później na paryskie lotnisko w podparyskich korkach, marzyłem o tym, żeby z tego Symbioza coś wykluło się tak szybko, jak to tylko możliwe.

Dlaczego nie miałem problemów z autonomiczną jazdą Symbiozem? Bo istnieje spora szansa, że kiedy trafi on na drogi, będzie lepszym kierowcą ode mnie. Ja mam tylko parę oczu i uszu, Symbioz ma… 36 (!) różnych czujników – 5 radarów (jeden z przodu, cztery na rogach), 3 Lidary (dwa z przodu, jeden z tyłu), kamerę stereo, kamery boczne i całą masę czujników ultradźwiękowych. Jest uzbrojony w czujniki po zęby i w każdej sekundzie widzi więcej i jest w stanie przewidzieć więcej niż ja.

Wie też rzeczy, których ja nie mam najmniejszych szans wiedzieć. Z wykorzystaniem WiFi G5 łączy się z przydrożnymi punktami (Renault współpracuje w tym zakresie z firmą Sanef, zarządcą autostrad), uzyskując szczegółowe informacje np. na temat bramek autostradowych. Symbioz wie więc dużo wcześniej, do której bramki powinien podjechać, a także jak do niej podjechać. Wie też np. o wypadku, remoncie czy utrudnionych warunkach.

Symbioz korzysta też z map, o dokładności, która… zwykłemu człowiekowi nie jest potrzeba. Dostarczane przez TomToma mapy oferują – według zapewnień producenta – „centymetrowy poziom precyzji”.

Renault zresztą nie ukrywa, że tworzenie autonomicznych samochodów nie jest wyzwaniem dla jednej firmy. Na pytania o czujniki zainstalowane w samochodzie jednym tchem wymieniane są takie firmy jak Continental, Valeo, Mobileye czy Autoliv. Podczas prezentacji Symbioza swoje spore punkty miał też TomTom, LG, Devialet, Ubisoft, IAV i Sanef. To wszystko gigantyczny wysiłek i składanie idealnego produktu z niewielkich elementów, a później szlifowanie tego tak, aby za kilka lat każdy mógł – tak jak ja teraz – rozsiąść się w fotelu kierowcy i odprężyć.

To kiedy, kiedy, kiedy?

Niestety nie tak prędko. Pierwszy studyjny Symbioz był prognozą tego, co czeka nas w 2030 roku. Ten, którym miałem okazję jeździć, był zwiastunem nieco mniej odległych czasów – roku 2023.

Za 5 lat możemy się więc spodziewać, że na drogi wyjedzie z fabryk Renault coś, co zamysłem przypomina Symbioza. Nie formą, nie kształtem, ale możliwościami i technologiami.

Wcześniej jednak w samochodach tej marki pojawiać się będą wybrane elementy, które teraz widzieliśmy. W 2019 – systemy autonomicznej jazdy, pozwalające oderwać wzrok od drogi podczas jazdy autostradami czy drogami podmiejskimi. W 2022 – o ile pozwolą na to przepisy prawne, doczekamy się poziomu autonomicznej jazdy z Symbioza. Do 2022 w ofercie Renault powinno się też pojawić 8 samochodów elektrycznych i 12 zelektryfikowanych.

I po krótkiej jeździe Symbiozem mogę napisać tylko jedno: nie mogę się doczekać.

PS. Jako że Symbioz to temat na zdecydowanie więcej niż jeden artykuł, spodziewajcie się… że będzie ich więcej.

Advertisement