Piotr Barycki / 22.09.2017

Jeżeli każdy samochód opowiada jakąś historię, to ten opowiada je wszystkie

24 interakcje Przejdź do dyskusji

Ktoś kiedyś stwierdził, że nie da się stworzyć samochodu dobrego we wszystkim. Inżynierowie Porsche usłyszawszy to, uśmiechnęli się pod nosem i zabrali się do pracy.

Zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie każdy samochód jaki mieliście, jakim jeździliście, i jaki chcielibyście mieć. Z każdym z nich wiąże się jakaś historia. Każdy z nich ma swoje przeznaczenie. Swoją dziedzinę, w której sprawdza się najlepiej. Swój powód, by istnieć. Swój powód, by nas kusić.

A teraz otwórzcie oczy. I wyobraźcie sobie, że te wszystkie samochody mogą być… jednym samochodem. Którym miałem okazję właśnie przejechać kilkaset kilometrów.

Tak, to Porsche. Tak, rozum podpowiada wam dobrze – samochód, który jest tymi wszystkimi samochodami marzeń (w tym i marzeń rozsądnych), kosztuje… tyle co wszystkie te samochody razem wzięte. Ale odłóżmy na razie na bok takie przyziemne sprawy jak pieniądze.

Bo Panamera Sport Turismo jest autem naprawdę wyjątkowym i opowiada wyjątkowe historie. Jakie?

O tym, że brzydkie kaczątko może zamienić się w łabędzia. A potem jeszcze wypięknieć.

Pierwsza Panamera była samochodem odważnym i… paskudnym. Druga generacja zmieniła to całkowicie, a jej odmiana Sport Turismo pokazała, że można posunąć się o krok dalej. Że można zrobić coś jeszcze atrakcyjniejszego.

Z przodu nie znajdziecie jednak żadnych różnic. Posuwając się wzdłuż samochodu, aż do słupka B, żaden detal nie odróżnia Sport Turismo od standardowej wersji limuzyny Porsche. Dopiero w dalszej części zobaczyć można to, co sprawia, że to jeden z najładniejszych modeli tej marki w historii.

Zamiast bowiem szybko opadać, na wzór coupe, dach Sport Turismo ciągnie się jeszcze długo w kierunku tyłu pojazdu na niezmienionym poziomie. Dopiero na sam koniec załamuje się pod ostrym kątem, zamykając niesamowicie atrakcyjną bryłę o trzech niepodważalnych zaletach.

Po pierwsze, daje ona pasażerom tylnej kanapy więcej miejsca nad głową. Po drugie, sprawia to, że przestrzeni ładunkowej jest odrobinę więcej, ale przede wszystkim jest ona łatwiej dostępna.

Po trzecie natomiast, przechodzimy do drugiej historii.

O tym, jak można zrobić kombi, którego nikt nie zrobił.

Ile jest na rynku seryjnie produkowanych, luksusowych kombi (choć Porsche zapewni, że Panamera to nie kombi, a Sport Turismo)? Ale takich naprawdę, naprawdę luksusowych, do przesady.

Mercedes klasy E? Volvo V90? BMW serii 5? Audi A6? Tak, to wszystko fantastyczne samochody, ale i przeważnie pozycjonowane poniżej o oczko niżej od flagowych samochodów tych marek. I Mercedes klasy S czy BMW serii 7 swoich odmian w kombi nie mają.

A Panamera właśnie ją dostała. I jest luksusowa aż do przesady.

Bo trudno inaczej nazwać samochód, który w standardzie ma pneumatyczne zawieszenie, a w opcji możemy wyposażyć każdy z foteli (w tym i tylne!) w funkcję elektrycznej, wielokierunkowej regulacji, wentylację, podgrzewanie i nawet masaż? Samochód, do którego można zamówić Spersonalizowane dywaniki z włókna węglowego ze skórzanym obramowaniem?

Owszem, niektórzy producenci mają w swojej ofercie niemal równie praktyczne jak kombi i również dobrze wyposażone SUV-y – tak jak Land Rover ma swojego Range Rovera, a Volvo XC90 wersję Excellence.

Ale to SUV-y. I tym bardziej chwała Porsche, że zdecydowało się stworzyć takie absurdalne kombi. Dobra, Sport Turismo.

A, i jeszcze jedna sprawa – tak, Sport Turismo też ma aktywny spoiler. Niestety nie tak efektowny jak zwykła odmiana.

Tyle tylko, że to historie opowiadane dla Porsche.

A o czym Sport Turismo może opowiedzieć nam? Och, jest tego sporo.

O tym, jak pojechaliśmy na drugi koniec Europy i nawet tego nie zauważyliśmy.

Bo Sport Turismo to fenomenalne… Gran Turismo. Niezależnie od tego, jak długa ma być podróż i po jakich drogach ma przebiegać, nie musimy się jej obawiać.

Wszystkie wersje Panamery Sport Turismo (z wyjątkiem podstawowej 4) wyposażono w standardzie w pneumatyczne zawieszenie. I jeśli nie zdecydujemy się na jego maksymalne usztywnienie, możemy liczyć na świetną izolację od nierówności, nawet przy 21-calowych felgach. Nie jest to może Mercedes klasy S, ale… jest blisko.

Podobnie dobrze zadbano o pozostałe kwestie dotyczące komfortu w trakcie dłuższych jazd. Szum wiatru czy szerokich opon założonych na wielkie koła – minimalny. Fotele – szczególnie jeśli wyposażymy je w wentylację, podgrzewanie i masaż, rewelacyjnie spełniają swoje zadanie i dają się dostosować do potrzeb niemal każdego. Mimo sportowego nastawienia, w środku jest przestronnie i – dzięki panoramicznemu dachowi w standardzie – jasno i przyjemnie.

Do tego dochodzi jeszcze łatwość, z jaką Panamera właściwie w każdej wersji nabiera prędkości. Wyprzedzanie czy utrzymanie prędkości autostradowej (nawet tej niemieckiej) to dla tego samochodu żadne wyzwanie. A przy tym – w odpowiednim trybie – cały czas pozostaje zaskakująco cywilizowany.

O tym, jak zawieźliśmy tam rodzinę albo… prezesa.

Bo Panamerę Sport Turismo zamówić możemy w dwóch wersjach siedzeniowych z tyłu (o ile nie wdawać się w szczegóły, bo wyjdzie nam jeszcze więcej wersji).

Pierwsza to tzw. 4+1, czyli dwa fotele z przodu, dwa wyprofilowane miejsca na tylnej kanapie (dzielonej 40:20:40) i… jedno ulokowane pomiędzy nimi. I tak – da się na nim siedzieć. I nie – nie jest to wybitnie przyjemne doświadczenie, szczególnie biorąc pod uwagę monstrualnych rozmiarów tunel, jaki ciągnie się od kokpitu. Miejsce na stopy wprawdzie znajdziemy, ale raczej nikt nie będzie chciał tam siedzieć zbyt długo. Tym bardziej, że każda osoba chcąca zmienić ustawienia klimatyzacji z tyłu będzie musiała… gmerać mu między nogami.

Jeśli jednak czasem wozimy 5 osób – jest to jakaś opcja. Jeśli jednak nie…

… możemy wybrać opcję z elektrycznie regulowanymi (opcjonalnie wyposażonymi też w masaż, wentylację i podgrzewanie) fotelami, rozdzielonymi przedłużonym tunelem. I co ciekawe, nadal da się im złożyć oparcia, zachowując praktyczność kombi.

Nie dam jednak głowy za to, czy jakiś prezes wybierze Sport Turismo jako samochód, w którym będzie wożony. Panamera w tej wersji nie jest dostępna w wariancie przedłużonym, a miejsca na nogi jest tu… cóż, sporo, ale bardzo daleko tu do tego, co oferują sztandarowe limuzyny. O wszelkich wysuwanych podnóżkach czy dodatkowych poduszkach pod uda możemy zapomnieć.

Ale – co sprawdzone zostało podczas tego wyjazdu – ucięcie sobie drzemki na tylnej kanapie, jest jak najbardziej możliwe.

O tym, jak zabraliśmy ze sobą psa. Albo meble. Albo cokolwiek w dużych ilościach.

Jest jeden powód, dla którego być może Porsche nie chce nazywać Sport Turismo kombi. A jest nim fakt, że… bagażnik tego samochodu nie jest przesadnie wielki i nie może równać się chociażby z Mercedesem klasy E.

520 litrów (albo zaledwie 425 w przypadku hybrydy) nie są może wynikami, którymi można się chwalić, ale trudno odmówić Sport Turismo praktyczności.

Przestrzeń bagażnika ma bowiem nie tylko foremny kształt, ale też obniżony w stosunku do zwykłej Panamery próg załadunku (dodatkowo auto może wyraźnie obniżyć się przy pakowaniu) i – co naturalne – szerszy otwór.

Efekt? Jeśli nie planujemy Panamerą Sport Turismo zastąpić naszego dostawczaka, albo nie wozimy jednocześnie trzech dziecięcych wózków, kombi od Porsche powinno nam całkowicie wystarczyć.

Serio.

O tym, jak przejechaliśmy przez miasto niemal bezszelestnie.

Bo Panamera Sport Turismo dostępna jest również w wersji hybrydowej (oprócz tego: 4, 4S i Turbo) i to właśnie nią – 4 E-Hybrid – miałem okazję przejechać ponad 200 km.

Pod stopą cały czas miałem więc 330 KM z 6-cylindrowego silnika benzynowego o pojemności 2,9 l, a także 136 KM z silnika elektrycznego. W zasięgu ręki zaś – spore, metalowe manetki do samodzielnej zmiany biegów, gdybym uznał, że znam się na tym lepiej od 8-biegowego, fantastycznego PDK.

Jak spisuje się takie połączenie? Zjawiskowo. I nie jest to tylko moje zdanie.

Fakt, po przesiadce do 4 E-Hybrid z Turbo S E-Hybrid (V8 z silnikiem elektrycznym) można było odnieść wrażenie, że hybryda z sześciocylindrowcem nie jedzie. Ale wystarczyła chwila przyzwyczajenia, żeby docenić ten i tak absurdalnie szybki tandem (4,6 sekundy do setki). Duet, który być może jest nawet lepszy niż osiem cylindrów w parze z elektrykiem.

Za co można pokochać benzynowe V6 od Porsche? Przede wszystkim za dźwięk. Dużo bardziej agresywny, dużo głośniejszy (kiedy tego chcemy) i dużo bardziej mięsisty od tego, który wydaje z siebie dojrzalsze, subtelniejsze V8. V6-tkę w trybie Sport i Sport+ cały czas słychać, cały czas mamy świadomość, że coś tam pod maską bulgoce i chce się wyrwać na wolność. Nawet wtedy, kiedy… jedziemy powoli.

Za co natomiast można pokochać silnik elektryczny? Za to, że przez około 50 km można poruszać się Panamerą niemal bezgłośnie i to do prędkości sporo ponad 100 km/h. Warczenie szóstki zastępuje absolutna cisza. Możemy w ten sposób odpocząć i przygotować się na kolejny popis silnika spalinowego.

Za co można polubić ten duet? Za to, jak sprawnie współpracują ze sobą. Przełączanie pomiędzy różnymi trybami napędu jest niewyczuwalne – chyba że po ciszy, jaka nastaje w kabinie po włączeniu się wyłącznie silnika elektrycznego. Żadnych szarpnięć, żadnych zaskakujących reakcji – pełna harmonia.

Za co natomiast można nie lubić napędu hybrydowego od Porsche? Za dwie rzeczy – po pierwsze, dokłada do samochodu sporo kilogramów. Po drugie, o prawie 100 litrów zmniejsza pojemność bagażnika.

Nie ma też co wierzyć w średnie spalanie podawane przez producenta. 2,6 litra na 100 km podawane w tabeli może i jest do osiągnięcia, ale tylko w bardzo sprzyjających warunkach. Nam przy względnie spokojnej jeździe na dystansie około 200 km udało się uzyskać nieco poniżej 13 l. Co jednak ciekawe, pierwsze 30 km – bardzo spokojne, trzeba przyznać – komputer pokładowy podsumował wyświetleniem spalania na poziomie… poniżej 6 litrów na 100 km. Czyli coś tam się da ugrać.

O tym, jak po ciężkim dniu zapragnęliśmy trochę emocji.

Zacznijmy może od ustalenia jednej rzeczy. Panamera Sport Turismo jest autem monstrualnie wielkim i ciężkim. Nieco ponad 5 m długości i prawie 2200 kg masy w wersji hybrydowej sprawiają, że to niemieckie kombi raczej nie będzie absolutnie pierwszym wyborem na kręte, górskie drogi.

Ale jeśli już nim tam wjedziemy – och, ileż jest z tym autem frajdy. Tak, to auto jest duże. Tak, jest ciężkie. Ale raczej trudno na rynku o limuzynę, która dawałaby tyle radości z pokonywania każdego zakrętu, z tak precyzyjnej i szybkiej reakcji na nasze polecenia. To auto aż prosi się o to, żeby w kolejny zakręt wjechać jeszcze szybciej. A gdy już to zrobimy, zadajemy sobie pytanie – dlaczego zrobiliśmy to tak wolno? Przecież ten samochód poradziłby sobie i z większą prędkością…

Ale czegóż innego spodziewaliśmy się po Panamerze?

O tym, jak próbowaliśmy ogarnąć całą tę technologię w środku. W pięknym środku.

Kiedy na chwilę odpoczniemy od emocji, jakie daje Panamera, zwrócimy uwagę na to, jak zaprojektowano wnętrze. A zaprojektowano je – wybaczcie kolejną pochwałę – przepięknie. I nowocześnie.

Znikły dziesiątki fizycznych przycisków rozmieszczonych po całej konsoli (jak w poprzedniej generacji) – zastąpiły je dotykowe przyciski, wygaszane do momentu uruchomienia silnika. W efekcie może się wydawać, że na konsoli środkowej nie ma ich wcale. I nagle, po przekręceniu kluczyka, wszystko wskakuje na swoje miejsce. Trzeba przy tym dodać, że dotykowe przyciski dają bardzo przyjemną, haptyczną informację zwrotną o wciśnięciu, więc problemu z ich obsługą nie powinniśmy mieć.

Rozczarowani nie powinni być też fani Porsche – Niemcy zdecydowali się zostawić prawdziwy obrotomierz, choć otoczyli go z niemal każdej strony wyświetlaczami. I takie rozwiązanie spisuje się świetnie, o ile nie jeździmy hybrydą w trybie w pełni elektrycznym. Wtedy okazuje się, że obrotomierz wskazujący stale „0” jest mało przydatny.

Pewne zastrzeżenia można mieć też do systemu informacyjno-rozrywkowego. Jest on wyświetlany wprawdzie na świetnym jakościowo, wielkim, dotykowym ekranie centralnym, ale… wymaga co najmniej ponownego przejrzenia i przeprojektowania w niektórych miejscach.

Nie chodzi tu nawet o fakt, że zmiana kierunku centralnego nawiewu odbywa się z poziomu ekranu. Ale na przykład o to, że funkcje masażu zakopane są w menu, do którego udało nam się trafić wyłącznie przypadkiem. To wszystko da się jednak naprawić kilkoma drobnymi aktualizacjami. Możemy więc wybaczyć.

To co, teraz o cenie?

Może lepiej nie? Ale jeśli bardzo chcecie…

Bazowa Panamera 4 Sport Turismo startuje od około 450 tys. zł, 4S to już 560 tys. zł, natomiast nasza hybryda to około 513 tys. Sztandarowa wersja Turbo to wydatek rzędu 775 tys. zł. A pamiętajmy, że to tylko ceny startowe, do których zawsze warto coś dołożyć. Chociażby zestaw audio za kilkadziesiąt tysięcy złotych…

Ostrzegałem. Ale cóż, warto marzyć. Na przykład o tym, że Panamera Sport Turismo trafi do nas kiedyś na dłuższe testy.

Advertisement