Piotr Barycki / 16.09.2017

2 dni, 7 samochodów, 1700 koni mechanicznych i tylko jedno pytanie

20 interakcji Przejdź do dyskusji

Mogę jeszcze raz?

Kamionki, niewielka wieś w województwie dolnośląskim. Wieś, jakich wiele w tej okolicy – wąskie, dziurawe drogi, zabytkowy kościół, odremontowane domy przeplatające się z całkowitymi ruinami, piękna okolica i błoga cisza.

Cisza, którą na moment rozrywa ryk podwójnie doładowanego, widlastego, sześciocylindrowego silnika. Ryk, który znużeni sielskim klimatem mieszkańcy słyszą na długo przed tym, jak ich oczom ukazuje się pierwszy samochód z gwiazdą na masce.

A za nim kolejny. I kolejny. I jeszcze kolejny. Kolumna lśniących w słońcu Mercedesów zdaje się nie mieć końca, fascynująco przy tym kontrastując z otaczającą rzeczywistością. I zanim cały ten niesamowity konwój przejedzie przez miasto, zniknie w leśnej gęstwinie i równie niespodziewanie pojawi się w kolejnej wsi, mieszkańcy Kamionek zapewne zdążą w każdej możliwiej formie zapytać się nawzajem o to, co tu się właściwie stało.

Istnieje przy tym spora szansa, że nigdy nie poznają odpowiedzi na swoje pytania. A korowód wyglądający tak, jakby składał się z samochodów marzeń, na zawsze pozostanie dla nich zagadką.

Ja miałem szczęście o tyle, że wiedziałem, co się dzieje. W końcu siedziałem za kierownicą jednego z tych aut.

Choć i to nie jest całą prawdą. Nie spędziłem tych dwóch wyjątkowych dni w jednym samochodzie. Wręcz przeciwnie – swój czas z przyjemnością rozdzieliłem pomiędzy siedem różnych aut, z których w zasadzie każde można byłoby określić mianem samochodu marzeń. Bo i taki jest cel Garcarek Dream Cars – imprezy, na którą nie można kupić biletu wstępu.

Aczkolwiek gdyby ktoś kazał mi wybrać spośród tych aut jedno, które chciałbym za wszelką cenę postawić u siebie na podjeździe, miałbym z tym spory problem.

Bo i jak tu wybrać? Kiedy każdy, najmniejszy nawet fragment zaplanowanej trasy podpowiada sercu, że to akurat to auto, w którym aktualnie siedzimy, jest tym, z którym chciałoby się zostać na zawsze?

Na krętych podmiejskich drogach niesamowicie zwinne, gokartowe i wręcz… radosne A45 AMG nie pozwala uśmiechowi zejść z twarzy. Szczególnie w momentach, kiedy kierowca pierwszego w kolumnie samochodu, oznaczonego jako Pilot, daje przez walkie-talkie znać, że droga wolna i można wyprzedzać.

Na odcinkach autostradowych w okolicach Wrocławia trudno natomiast o lepsze miejsce, niż to w odświeżonej klasie S. Tym bardziej, że nawet na fotelu kierowcy nie trzeba się przejmować prowadzeniem i możemy skupić się na zajadaniu przygotowanych podróżnych przekąsek i przyjemnościach płynących z masażu gorącymi kamieniami.

Ta sama klasa S nie daje jednak aż tyle frajdy na wąskich, ostrych zakrętach w Górach Sowich – tam o wiele lepiej spisuje się inny sedan – C43 AMG, każdą chwilę uświetniając fenomenalnie brzmiącym wydechem, sprawiającym, że ma się nadzieję, że te drogi, te serpentyny właściwie, nigdy się nie skończą.

Ale kiedy zdejmiemy nieco nogę z gazu, przestaniemy traktować odcinki specjalne (tak, część z dróg na naszej trasie była fragmentami rajdowymi – do organizacji trasy zaangażowany był pilot rajdowy) jak odcinki specjalne i wyjrzymy za okno, szybko zobaczymy, jak wiele tracimy. I uświadomimy sobie, że sowiogórskie przepiękne przełęcze najlepiej pokonywać w C300 w wersji kabrio. C300 potrafi wprawdzie jeździć szybko i dynamicznie, ale wybieram opcję spokojną – wrażenia z jazdy bez dachu późnym popołudniem, przy zachodzącym słońcu i zapachu lasu, są absolutnie niezapomniane.

A spieszyć się nie ma też potrzeby. Choć pokonujemy setki kilometrów, od atrakcji do atrakcji, na nic nie musimy czekać. Wszystko działa idealnie jak w zegarku. Albo w Mercedesie.

Zza kierownicy C300 kabrio nieustannie jednak z zazdrością zerkałem na jadące tuż przede mną… C300, ale w wersji coupe, w miedziano-czerwonym kolorze. Do którego zresztą udało mi się wsiąść w idealnym momencie – tuż po ponad godzinnym zwiedzaniu Kompleksu Włodarz, stanowiącego największą część podziemnego projektu Riese.

Cóż, nawet w przypadku rajdu samochodami marzeń dobrze jest na chwilę wysiąść z auta, rozprostować nogi, oczyścić głowę i na nowo odkrywać każdy pojazd.

I w tej oczyszczonej głowie cały czas pojawiała się – kiełkująca już podczas zerkania na C300 coupe z zewnątrz – niedająca się przegonić myśl: ach, jak to auto świetnie wyglądałoby na moim podjeździe pod domem.

Choć z drugiej strony nie jestem absolutnie pewien, czy nie wolałbym tam zobaczyć chyba najpiękniejszego samochodu całego rajdu – klasy E w wersji coupe. Samochodu komfortowego aż do przesady, kiedy tego od niego oczekujemy, i jednocześnie zadziornego, kiedy mamy na to ochotę. Może i nie tak zwinnego jak C coupe, ale dużo bardziej… dojrzałego?

W tej grupie tylko jeden samochód mógł budzić pewne wątpliwości – klasa… V. Ale nie będę ukrywał – taki samochód, choć w wersji Marco Polo – znajduje się wysoko na mojej liście marzeń. Tym bardziej po tym, jak w trakcie jazdy okazało się, że prowadzi się go – pomimo ogromnych wymiarów – niemal jak zwykły samochód osobowy. No, bardzo wysoki, zwykły samochód osobowy.

Nic więc dziwnego, że podczas wieczornych, hotelowych dyskusji na temat tego, które auto z całej testowanej gamy jest najlepsze, zdań było tyle, ile uczestników rajdu. Jedni stawiali na doznania z jazdy C43 czy A45, drudzy chwalili niesamowity komfort klasy S, natomiast jeszcze inni wybierali rozwiązania po środku, czyli efektowne coupe w postaci klasy C lub E. I nawet znajdujące się przy hotelu muzeum motoryzacji nie było w stanie odwrócić ich uwagi od samochodów, którymi tu przyjechali.

Nie będę zresztą ukrywał – wieczorem, po kolacji, poszedłem jeszcze na parking, poprzechadzać się pomiędzy tymi autami. I kolejny dzień rozpocząłem od tego samego, zauważając tylko jedną różnicę – wieczorem odstawiliśmy samochody z mniej więcej połową baku. Rano – choć nie widziałem, żeby ktokolwiek z załogi salonu Garcarek znikał gdzieś na długo – wszystkie samochody zatankowane były do pełna i przygotowane do drogi.

Takie magiczne zagranie całkiem pasowało do takiego wyjazdu marzeń.

Bo tu akurat nie ma żadnych wątpliwości – każdy z tych samochodów był samochodem marzeń. Do tego testowanym na trasie marzeń i to w taki sposób, że każdy uczestnik miał okazję przetestować niemal całą gamę modelową Mercedesa – od klasy A po klasę S i nawet V.

Tak dokładnego porównania nie można sobie wyrobić nawet na wyjazdach prasowych…

Czyli to nie był wyjazd prasowy? To gdzie można się w takim razie zapisać?

Tak, wiem, to brzmi aż za dobrze jak na wydarzenie nie dla prasy, czyli nie na pokaz. Szeroki wybór samochodów, malownicze trasy, pomysłowe atrakcje-niespodzianki, nocleg w dobrym hotelu i możliwość wypytania o wszystko, co tylko dotyczy Mercedesa. Do tego cała dwudniowa impreza była… całkowicie bezpłatna. Jak? Jak to w ogóle możliwe?

Zanim odpowiem na to pytanie, przypomnijcie sobie może, co miał dla was dealer, od którego kupiliście samochód, po tym, jak już zostawiliście pieniądze i wyjechaliście z salonu. Wysłał wam kartę na święta? Po roku od zakupu przesłał symbolicznego szampana?

Cóż, i tutaj właśnie kryje się cała tajemnica tego rajdu, organizowanego już po raz czwarty z rzędu. To impreza w całości zorganizowana przez załogę salonu Garcarek dla jego klientów. Tego samego salonu, który odwiedziliśmy kilka miesięcy temu, i który zmienił moje zdanie na temat tego, czy salony samochodowe powinny w ogóle w przyszłości istnieć.

Tym razem natomiast miałem okazję przekonać się, że obsługa klienta może wykraczać daleko poza próg salonu. A łącząc jedno z drugim absolutnie nie dziwiły mnie pytania, które padały niedługo po oficjalnej kolacji – o to, czy można liczyć na jakieś specjalne rabaty, jeśli kupi się w salonie kolejnego już z rzędu Mercedesa. Na przykład… piątego.

Zaintrygowany tym pytaniem postanowiłem dowiedzieć się, jak takie wyjazdy dla klientów wpływają na wyniki sprzedażowe. Znajomy z załogi salonu Garcarek odpowiedział jednak krótko:

Nie myślimy o tym, to nie jest cel tego wyjazdu. Macie się po prostu dobrze bawić.

Patrząc na to, jak podczas rajdu zabiegani i zapracowani na co dzień ludzie wyciszają telefony, chowają je głęboko do plecaków lub torebek, z radością oddając się frajdzie, jaką daje jazda pięknymi coupe czy usportowionymi sedanami albo hatchbackami, czułem, że faktycznie taki był plan na całą imprezę.

Siedząc przy ostatniej na tym wyjeździe kawie, już w drodze powrotnej, uświadomiłem sobie jeszcze jedno. Przez te dwa dni poznałem dobrze nie tylko 7 różnych samochodów, ale i trasy, które przemierzam regularnie. Gościniec z malowniczym stawem, otoczony gęstym lasem, mijałem już wielokrotnie, nie mając nawet pojęcia, że tuż za szpalerem drzew kryje się tak wspaniałe miejsce.

W samych Górach Sowich, gdzie bywam natomiast kilka razy w miesiącu, tych zaskoczeń było jeszcze więcej. Jeździłem już wcześniej tymi drogami, ale nie miałem pojęcia, że stanowią one część rajdowych odcinków specjalnych. Zatrzymywałem się też w podobnych miejscach, co te na rajdzie, nie wiedząc, że kawałek dalej, za kolejnym zakrętem, można zjeść świetny obiad, ciesząc się takim właśnie, niesamowitym widokiem:

Niby chodziło tu wyłącznie o samochody. Niby mieliśmy zobaczyć, jak dobrze połyka się zakręty w A45 i jak wygodnie jest w klasie S. Wystarczyło nam dać kluczyki i puścić przed siebie dowolną trasą – w końcu do poznania aut to wystarczy. Temu, kto organizował ten wyjazd udało się jednak znaleźć miejsca zupełnie niezwiązane z samochodami, które wcale takie łatwe do odnalezienia nie były. Miejsca, które przypominały, że jednak czasem warto się zatrzymać, wysiąść z auta i na chwilę odsapnąć.

I wiem jedno. Na pewno wrócę w okolice Gór Sowich, żeby jeszcze raz przejechać się tymi samymi trasami. Na razie jeszcze nie Mercedesem.

Na razie.

Modele biorące udział w rajdzie (i nie tylko) znajdziesz na: http://ofertyspecjalne.garcarek.pl.

 

*Materiał powstał we współpracy z salonem Garcarek.

Advertisement