Już wiem, co to blokada dyferencjału. Nigdy bym nie przypuszczał, że SnowRunner jest tak dobry – recenzja

Recenzja/Gry 05.05.2020
Już wiem, co to blokada dyferencjału. Nigdy bym nie przypuszczał, że SnowRunner jest tak dobry – recenzja

Już wiem, co to blokada dyferencjału. Nigdy bym nie przypuszczał, że SnowRunner jest tak dobry – recenzja

Fleetstar F2070A od dwóch minut buksuje w zupie ze śniegu i błota. Dziesięć wielkich kół mieli bezradnie mokrą powierzchnię, stojąc w miejscu. No, niemal stojąc w miejscu. Wprawny obserwator zauważy, że centymetr po centymetrze przesuwam się do przodu. Mam przy tym ściągnięte brwi, napięte ciało i napompowane policzki, jak gdyby ta groteskowa postawa miała pomóc ciężarówce. SnowRunner pochłonął mnie na całego.

Nie będę ukrywał – mój kontakt z tą grą to dzieło przypadku. Wrzuciłem konsolę z kilkoma losowymi płytami do bagażnika, pospiesznie pakując się z myślą o wymuszonym wyjeździe na Mazury. Siła wyższa. Na miejscu okazało się, że całą sieć internetową szlag trafił. Redakcyjny SnowRunner, wysłany nam do recenzji przez dystrybutora, był jedną z niewielu gier offline, jakie ze sobą wziąłem. Fan motoryzacji ze mnie żaden. Do tego w życiu jechałem wyłącznie jednym samochodem 4×4. Żeby było śmieszniej, była to Dacia Duster. Mimo tego, od niechcenia i z oporami, płyta wylądowała w napędzie PS4.

Mija 30 godzin gry, a ja nie mogę się oderwać. SnowRunner jest jak błoto. Zapadasz się całkowicie.

Produkcja polegająca na powolnym, mozolnym i strategicznym pokonywaniu trudnego terenu jest niczym powiew świeżego powietrza. Jasne, twórcy wcześniej wyprodukowali MudRunnera, więc z tej perspektywy kontynuacja nie jest dla wielu niczym oryginalnym. Do tego już wcześniej istniały gry o podobnej tematyce. Świadomie je jednak omijałem, wrzucając takie tytuły do tego samego worka co operator wózka widłowego, symulator farmera czy symulator kierowcy tira. Byłem świadom popularności tego typu produkcji, zwłaszcza w Polsce, ale jednocześnie żywiłem przekonanie, że nie są dla mnie.

No bo gdzie – ja, wielki miłośnik wspaniałych historii w grach wideo – a tutaj jakaś produkcja o ciężarówce w błocie. Wystarczył jednak jeden przejazd… Zaledwie jeden przejazd, a już wiedziałem, że bardzo się polubimy. Zobaczyłem, jak pracuje zawieszenie. Jak błotnisty teren zmienia się w czasie rzeczywistym, pod wpływem mojej jazdy. Jak do ziemistych lejów wlewa się przydrożna woda, po tym jak poszerzyłem je oponami. Te drobne detale, te niespotykane nigdzie indziej elementy sprawiają, że SnowRunner chwyta i nie puszcza przez wiele, wiele godzin.

To nie jest wyścig. To partia szachów.

SnowRunner opiera się na bardzo prostym schemacie. Zdobądź materiały w miejscu A, następnie dostarcz je do miejsca B. Od nas jednak zależy, jaki dobierzemy pojazd do zadania, czy zamontujemy przyczepę, z jakiej przyczepy skorzystamy, a także którą wybierzemy drogę. Gra oferuje pełną dowolność w realizowaniu zleceń, otwierając przed nami trzy wielkie mapy. Pierwsza to zabita dechami dziura w USA. Druga to śnieżna Alaska. Trzeci jest syberyjski Tajmir, który będzie mi się śnił po nocach. Wielkie rowy przy drogach, masa bagien i wszechobecna woda. A woda jest najgorsza.

Podobnie jak szachy, SnowRunner to gra, w której nie zaleca się pośpiechu. Wyzwań czasowych jest bardzo mało, a pomimo zmiennego systemu dobowego klient zapłaci tyle samo za towar dostarczony po dniu, co po miesiącu. Dlatego od czasu do czasu warto wcisnąć pedał hamulca. Spojrzeć na mapę. Przeanalizować kurs, a czasem wybrać dłuższą, ale bezpieczniejszą drogę. Jasne, na początku będziecie probować sił przez te trudniejsze, krótsze odcinki. No bo co ty wy nie jesteście. Skończycie wtedy tak jak ja, z ciężarówką zassaną przez wodę, błoto i śnieg, której sam Pan Bóg boi się wyciągnąć.

Najpierw mózg. Potem gaz. To jedna z fundamentalnych zasad. Druga jest jeszcze trudniejsza do przyswojenia: nie podejmuj się zleceń, których nie jesteś w stanie zrealizować. Gdy nie masz ciężarówki z napędem na wszystkie koła, a klient prosi o wyciągnięcie cysterny z zamokłego pola uprawnego, po prostu odpuść. Wrócisz do zadania jutro. Za tydzień. Za miesiąc. SnowRunner to produkcja nielinearna, w której zyskujesz jednoczesny dostęp do dziesiątek zleceń. Twoja w tym głowa, aby wybierać odpowiednie. Mierzenie siły na zamiary wcale nie jest proste, gdy do głosu dochodzi ambicja. Na szczęście gra uczy pokory i rozsądku. To jest w niej kapitalne. Kilka przymusowych holowań sprawi, że zmienisz podejście.

Uwielbiam patrzeć na to, jak podłoże zmienia się pod wpływem masy pojazdu.

Ziemia na naszych oczach rozsuwa się na boki, tworząc bruzdy i leje. Wystarczy kilka manewrów w przód i tył, aby dziury stały się na tyle wielkie, by zalać je wodą z pobliskiej kałuży. Ziemia jest żywa, podatna na zmiany, szczegółowa i wygląda bardzo realistycznie. Jadąc przez leśne ścieżki i wiejskie dróżki ma się wrażenie, jak gdyby producenci gry wspomagali się fotogrametrią – aż tak szczegółowe i autentyczne wyglądające jest podłoże w SnowRunnerze. Nawet na konsoli.

Na tę zmieniającą się w oczach nawierzchnię reaguje prowadzona maszyna. Każde koło żyje własnym życiem. Pięknie widać to właśnie podczas buksowania, gdy co opona, to obraca się z nieco inną prędkością i rytmem. Włączam wtedy blokadę mechanizmu różnicującego, próbując wymusić jednolity obrót wszystkich kół w tej samej prędkości. Przy odrobinie szczęścia uda się ruszyć dalej. Jeśli nie, zawsze jest jeszcze wyciągarka. Początkowo wydaje się zbyt wielkim ułatwieniem, ale na najtrudniejszych szlakach niemal nie ma o co jej zaczepiać.

No właśnie, są trasy i są TRASY. Gdy pierwszy raz zdobyłem śnieżny szczyt na Alasce, czułem się jak król świata. Gdybym utknął w miejscu, konieczne byłoby holowanie do garażu znajdującego się baaardzo daleko. Jak nic 15 – 20 minut jazdy zostałoby zaprzepaszczonych, o przyczepie z materiałami nie wspominając. Dlatego, chociaż w SnowRunnerze nie chodzi o prędkość, chociaż nie ma tutaj startu i mety, tak rozgrywka potrafi być bardzo emocjonująca. Lepsza połówka patrzyła na mnie jak na idiotę, gdy płaczliwym głosem krzyczałem – Nie, nie, nie! – widząc ciężarówkę staczającą się po górskim zboczu. Powód? Za ciężka noga, za mało oleju w głowie.

Gdy popełnisz błąd – a będziesz popełniał ich wiele – zawsze wiesz co poprawić.

Gra bywa surowa, ale zawsze jest sprawiedliwa. Twórcy traktują gracza fair, już na (niemal) samym starcie oddając w jego ręce solidną ciężarówkę do wielu zadań. Dlatego, jeśli ugrzęźniesz w śniegu, wodzie lub błocie, zawsze masz nauczkę na następny raz. Spróbujesz inaczej wejść w zakręt, wybierzesz inny bieg albo inaczej zapakujesz towary, zmieniając środek ciężkości. Producenci SnowRunnera nie mają gracza za idiotę, co jest przyjemną odmianą od wielu innych gier. Zamiast tego dają mu grabki, dają łopatkę i mówią: – Baw się. Jak się nie pomylisz, to się nie nauczysz.

W SnowRunnerze nigdy nie ma sytuacji, w której dobijesz do ściany. Jeśli nie możesz poradzić sobie z jednym zleceniem, bierzesz inne. Jak nie na jednej mapie, to na drugiej. Podróżowanie między lokacjami nic nie kosztuje, tak samo, jak paliwo tankowane na stacji (!). Możesz jeździć, eksplorować, poznawać i testować ile tylko dusza zapragnie. Co świetne, eksploracja jest odpowiednio nagradzana. Dociekliwy gracz odnajdzie porzucone modele pojazdów, które może dodać do kolekcji, a także nowe rodzaje przyczep i naczep. Są nawet modyfikacje do odblokowania. Słowem: jest po co jeździć.

Szkoda tylko, że świat SnowRunnera jest taki pusty. Ależ niewykorzystany potencjał.

Rozumiem, dlaczego twórcy nie chcą wypełniać parkingów, miasteczek i wsi przechodniami. To nie Carmageddon. Gra wiele by jednak zyskała, gdyby na tych bardziej cywilizowanych, wyłożonych asfaltem odcinkach pojawił się lekki ruch drogowy. Konieczność przepuszczenia innego pojazdu bądź zatrzymania się na czerwonym świetle nadawałaby grze dodatkowej głębi. Do tego obecność innych uczestników ruchu drogowego mogłaby być punktem wyjścia dla nowego rodzaju zadań. Np. takich polegających na przejeździe z punktu A do punktu B bez żadnej kolizji.

Inną bolączką jest brak wyraźnego głównego wątku fabularnego. Mamy setki podobnych do siebie zleceń, które w żaden sposób nie angażują emocjonalnie. Robimy je jedno za drugim, ale brakuje jakiejś wyjątkowej marchewki na kiju. Nadrzędnego celu tłumaczącego, dlaczego nasz awatar nie chce wyjść z kabiny pojazdu. Chociażby na siusiu. Z tego powodu SnowRunner najlepiej smakuje w małych porcjach, tak po 30 – 60 minut. Dwa transporty i gotowe. Wtedy gra się absolutnie świetnie, a tytuł nie nuży ani nie męczy monotonią. Z kolei dzięki mnogości map i zleceń nawet grając po 2 godziny dziennie, dostajemy tytuł na tygodnie, jeśli nie miesiące.

Bardzo pozytywne zaskoczenie. Polecam, ale muszę wracać do pracy.

Odbudowujemy most, a odpowiednie materiały nie dostarczą się same. Dlatego dopijam kakao, zamykam edytor tekstowy, otwieram mapę i… już widzę, że łatwo nie będzie. Najpierw spore wniesienie. Potem ostry spad. Byłby przyjemny, gdyby nie trasa przypominająca slalom. Na deser mamy bagno i dopiero za nim odrobinę asfaltu. Na moje oko przydałyby się dwa – trzy kursy ciężarówki. Z drugiej strony, gdyby tak podpiąć większą przyczepę… Cóż, niektórzy bardzo wolno uczą się na błędach. Na szczęście walka z przeciwnościami to także część frajdy wynikającej z rozgrywki.

Największe zalety:

  • Nie wyścigi, a szachy. Ciekawa odmiana.
  • Niesamowite zachowanie podłoża, bardzo realistyczny efekt
  • Walka z naturą, z przeciwnościami, z siłami fizyki.
  • Tytuł na tygodnie, o ile nie miesiące
  • Uzależnia, w tym pozytywnym sensie

Największe wady:

  • Monotonne zlecenia, brak motywu przewodniego
  • Multiplayer to więcej chaosu niż współpracy
  • Puste ulice, brak ruchu
  • Brak ekstremalnego poziomu trudności, takiego do bólu rzeczywistego

PS. SnowRunner oferuje dodatkowy tryb sieciowej kooperacji do czterech graczy jednocześnie. Niestety, postępy są zachowywane wyłącznie w świecie gospodarza. Multiplayer to dobre narzędzie do niesienia pomocy znajomym, ale na ten moment rozgrywka z nieznajomymi jest bardziej problematyczna niż ciekawa. SnowRunner wymaga odpowiedniej koordynacji i planowania w zakresie towarów. Dlatego jeśli nie masz pod ręką paczki kumpli z mikrofonami, lepszym rozwiązaniem wydaje się rozgrywka offline.

Dołącz do dyskusji

Advertisement