Polacy zrobili telefon za 1500 zł, który nic nie potrafi. Teraz Mudita pracuje nad sprzętem wspomagającym oddychanie

Artykuł/Technologie 18.05.2020
Polacy zrobili telefon za 1500 zł, który nic nie potrafi. Teraz Mudita pracuje nad sprzętem wspomagającym oddychanie

Polacy zrobili telefon za 1500 zł, który nic nie potrafi. Teraz Mudita pracuje nad sprzętem wspomagającym oddychanie

Mudita Pure, czyli telefon za 1500 zł, który nawet nie jest smartfonem, okazała się hitem na Kickstarterze i Indiegogo. Nie trafi jednak do wspierających na czas, a firma, która ją stworzyła, nagle zajęła się produkcją urządzenia wspomagającego oddychanie.

Wielki szum, jaki powstał dookoła „telefonu, który nic nie potrafi”, Mudita Pure zawdzięcza głównie osobie Michała Kicińskiego, założyciela firmy. Współzałożyciel CD Projektu najpierw dał światu Wiedźmina, a potem został wielkim piewcą równowagi między światem cyfrowym, a rzeczywistym.

Mudita Pure ma być urządzeniem właśnie dla ludzi, którzy szukają takiej równowagi. Wyposażonym w ekran e-ink feature phone’em, który nie będzie sterował użytkownikiem. Dla przypomnienia, Mudita Pure – obok odbierania połączeń i SMS-ów – ma tylko kilka dodatkowych funkcji:

• Kalendarz i kontakty z możliwością synchronizacji z kontem Google.
• Funkcję tetheringu Internetu do komputera osobistego
• Budzik
• Notatnik
• Prosty odtwarzacz muzyki
• Prostą aplikację do medytacji

Dodatkowo Mudita Pure ma być także telefonem „niskoemisyjnym”, generującym najniższy współczynnik SAR na rynku.

Mudita Pure

Pomimo definitywnie niszowego przeznaczenia, Mudita Pure okazała się wielkim sukcesem. Łącznie na Kickstarterze i IndieGoGo projekt wsparło blisko 1200 osób, wpłacając łącznie ponad 1,3 mln zł.

Zbiórka zakończyła się pod koniec października 2019 r., a Mudita Pure miała trafić w ręce wspierających najpóźniej w maju 2020 r. Już na początku marca wiadomo było jednak, że tak się nie stanie. Firma wydała komunikat, w którym obwieściła, że projekt ulegnie opóźnieniu, a nowy termin wysyłki to wrzesień/październik 2020 r.

Ostatni komunikat o produkcji Mudity Pure pojawił się 3 marca. Dwa tygodnie później koronawirus dotarł do Polski i rozpoczął się lockdown. Firma nie ogłosiła jednak żadnych aktualizacji w związku z tą sytuacją. Dopiero 15 kwietnia Mudita odniosła się do sytuacji COVID-owej, jednocześnie informując wspierających, że rozpoczyna inicjatywę Breath, mającą na celu stworzenie niedrogiego, przenośnego urządzenia wspomagającego oddychanie, które miałoby trafić do lekarzy i ratowników działających na pierwszej linii frontu walki z wirusem.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Mudita Pure została właśnie zepchnięta na dalszy plan, a firma próbuje przykryć obsuwę, czy nawet potencjalne anulowanie projektu, inicjatywą bardziej „adekwatną” do globalnej sytuacji.

Mudita Pure jest obecnie na etapie prototypu. Firma 15 maja poinformowała, że trwają pracę nad testem finalnej wersji systemu operacyjnego MuditaOS. Jednocześnie do etapu gotowego prototypu doszła także inicjatywa Breath i wszystko wskazuje na to, że trafi ona na rynek znacznie wcześniej niż telefon.

O tym, dlaczego Mudita zdecydowała się na stworzenie takiego urządzenia oraz o przyszłości telefonu Mudita Pure porozmawiałem z Adrianem Krupowiczem, szefem projektu Breath, oraz Tomaszem Nosalem, co-CEO firmy Mudita.

Łukasz Kotkowski: Jako kompletny laik w temacie muszę zapytać – czym w zasadzie Breath różni się od respiratora? Bo to nie jest respirator, prawda?

Adrian Krupowicz: Najprościej mówiąc, respirator ma dużo trybów, które wspomagają oddychanie lub wręcz bezpośrednio przejmują funkcje oddechowe pacjenta. Możemy mieć pacjenta, który ma problem z oddychaniem i wtedy respirator podejmuje konkretną akcję, np. w trybie pomocniczym wykrywa, że osoba próbuje wziąć oddech i w tym momencie urządzenie pomaga zainicjować oddech.

Tryb, w którym działa nasze urządzenie, jest najbardziej podstawowy, wymuszający oddech i obieg powietrza u pacjenta. Jest on używany przy reanimacji, gdzie operator bezpośrednio steruje pracą urządzenia. Nie posiadamy rozbudowanej automatyki, która wykrywa funkcje życiowe pacjenta, oraz jest w stanie np. wykryć próbę oddechu. U nas nie ma trybów nastawionych na diagnostykę pacjenta i podejmowanie reakcji. W naszym przypadku ta diagnostyka jest przeniesiona na operatora urządzenia, czyli ratownika bądź pielęgniarkę, która jest w stanie stwierdzić jak ustawić urządzenie.

Respirator ma tak zaawansowaną automatykę, że może niejako „myśleć” za pacjenta i reagować na jego reakcje.

A wasze urządzenie?

A.K. Nasze urządzenie ma być przede wszystkim proste w użyciu. Respirator, choć posiada zaawansowaną automatykę, wymaga specjalistycznej wiedzy. Najczęściej musi je obsługiwać anestezjolog lub wykwalifikowany lekarz. Natomiast nasze urządzenie, jest przeznaczone dla osób takich jak ratownicy czy pielęgniarki. Są tam cztery guziki i włącznik, a na potencjometrach jest dodatkowo zaznaczone, jak ustawić urządzenie w podstawowy tryb aby podjęło pracę. Jeżeli z urządzenia zacznie korzystać tzw. „zwykły Kowalski”, to sprzęt sam mu pokaże „ustaw tak i włącz”. Osoba, która ma więcej wiedzy, może wykonać bardziej precyzyjne nastawy.

Rozumiem. A z praktycznego punktu widzenia – jakie jest spektrum zastosowań tego sprzętu? Urządzenie trafia do szpitala, do ratowników i co dalej? Kiedy wasze urządzenie może, a kiedy nie może zastąpić respirator?

A.K. Podstawowe zastosowanie Breath to tak naprawdę wyparcie worka ambu, czyli takiego jakby ręcznego respiratora. Rozwiązanie jest dobre, bo tanie. Dużym problemem takiego rozwiązania, podobnie jak z reanimacją człowieka, jest to, że działa tak długo, jak ratownik ma siłę. Nasze urządzenie nie tylko odciąża ratownika, ale też uwalnia mu ręce, co w sytuacji zagrożenia jest bardzo znaczące. Weźmy sytuację, gdy ratownik używa worka ambu, a obok trzy osoby z rodziny krzyczą mu do ucha. W sytuacji, gdy ratownik ma wolne ręce, może zająć się też uspokojeniem rodziny albo innymi czynnościami na miejscu zdarzenia. To bardzo, bardzo znaczące.

Założenie jest takie, że naszego urządzenia można użyć w nagłych sytuacjach – w karetce, na oddziale ratunkowym, etc. Warto wiedzieć, że często na SOR-ach stoi respirator. Tylko, że zwykle jest on zablokowany, nieużywany, ale musi być w pogotowiu, na wypadek gdyby ktoś stracił oddech. I to jest druga bardzo ważna funkcja naszego urządzenia – może zwolnić wspomniane respiratory, które są na „stand-by”. Gdy zaszłaby nagła sytuacja szybkiego użycia respiratora, można w pierwszej kolejności użyć naszego urządzenia.

Tomasz Nosal: Wiesz co, bardzo często robimy sobie różnego typu analogie. Dla przykładu: wzięliśmy sobie worek ambu, który jest taką analogową łódeczką z wiosłami. Dorobiliśmy do wspomnianej łódki silnik, a dla porównania zaawansowany respirator jest wypasionym jachtem z milionem funkcji.

Dobra analogia. A jak to wypada kosztowo? O ile wasz produkt jest droższy od worka ambu, a o ile tańszy od respiratora?

T.N. Worek ambu to koszt około kilkudziesięciu-kilkuset złotych, zależnie od stopnia zaawansowania. Ten, którego my używamy w urządzeniu, należy do najbardziej zaawansowanych, więc jest to wydatek rzędu kilkuset złotych. Taki jacht, czyli respirator, to koszt od 80 do nawet 200 tys. zł, w zależności od zaawansowania funkcji urządzenia, bo tam też są różne półki cenowe.

Nasze urządzenie ma docelowo kosztować poniżej 10 tys. zł, żeby móc zaadresować nagłą potrzebę, gdy zabrakło sprzętu lub personelu do obsługi sprzętu. Należy też pamiętać, że zależnie od szerokości geograficznej są różne potrzeby. We Włoszech np. na początku brakowało i respiratorów, i ludzi do ich obsługi. Z Nowego Jorku z kolei płyną do nas sygnały, że respiratorów jest dość dużo, natomiast totalnie brakuje personelu wykwalifikowanego do obsługi tego sprzętu. Więc to wszystko zależy.

I to mnie prowadzi do podstawowego pytania: dlaczego? Co was skłoniło do pracy nad czymś takim?

T.N.. A to jest ciekawa historia, mogę opowiedzieć Adrian? (śmiech). Cała akcja była dość spontaniczna. Wiesz, że na co dzień zajmujemy się troszeczkę inną tematyką i mamy na stanie takie mini-laboratorium, gdzie stoi kilka drukarek 3D. Wychodząc z biura zobaczyłem, że wspomniane drukarki stoją nieużywane. To były zaledwie początki, gdy w Polsce pojawiły się pierwsze zachorowania. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że sytuacja jest rozwojowa, ale mieliśmy jeszcze “chwilę czasu” na zastanowienie. W każdym razie zadzwoniłem do Adriana, czy może nie powinniśmy rozpocząć produkcji przyłbic, bo wtedy jeszcze mało kto w Polsce o tym myślał, i może to był dobry moment na przygotowanie zapasów. I oczywiście, znając Adriana (śmiech) mogłem się spodziewać tylko jednej odpowiedzi – Adrian stwierdził, że jak mamy coś robić, to róbmy coś dużego i na poważnie, a takie mniej zaawansowane projekty zostawmy osobom, które nie mają takich kwalifikacji wewnątrz firm jak my. Powiedział, dokładnie to pamiętam, że jeśli mamy coś zrobić, to zróbmy może prosty respirator.

Ok (śmiech), ciekawa reakcja na taką propozycję.

A.K. (śmiech) tak naprawdę pomysł zawdzięczam mojej żonie, która od razu – słysząc Tomka – powiedziała, że „ile my tych przyłbic wyprodukujemy”, że jest to zbyt prosty i oczywisty pomysł. Wspomniała, że ktoś, gdzieś już myśli nad stworzeniem takiego urządzenia. To była dla mnie jak iskra zapalna. Pomysł idealny.

T.N. Widzisz, temat zrodził się bardzo spontanicznie. Od razu chwyciliśmy za telefon do naszych zaprzyjaźnionych lekarzy z Fundacji Badań i Nauki, którzy jak się okazało już pracowali nad kilkoma projektami związanymi z koronawirusem, i bardzo szybko utworzyliśmy grupę roboczą do tego projektu. Grupa składa się z lekarzy, jest tam też anestezjolog, który na co dzień działa na froncie walki z COVID-19. Od początku znaliśmy potrzeby pacjentów i lekarzy z pierwszej ręki.

A.K. Jednocześnie, tak nieintencjonalnie wyszło, że mamy ludzi z różnych , jak to się mówi, “parafii”. W Polsce nie produkuje się zbyt wielu telefonów (śmiech), więc w trakcie rekrutacji przyszły do nas osoby, w tym ja, które zajmowały się urządzeniami medycznymi, certyfikowały te rzeczy. Bo tutaj leży też duża trudność tematu – jest sporo firm, które budują urządzenia i mają dobry pomysł inżynierski, ale niestety nie znają przepisów i trudnej drogi do certyfikacji. Przepisy te są bardzo rozbudowane i to jest nasz atut: od samego początku wiedzieliśmy, co nas czeka przy certyfikacji i byliśmy tego świadomi. Dlatego np. intencjonalnie nie zainstalowaliśmy czujników badających układ oddechowy, bo to nie jest może kosmiczne zagadnienie, badać przepływ powietrza w rurce, natomiast mieliśmy świadomość, że gdybyśmy chcieli to urządzenie certyfikować z taką funkcjonalnością, byłoby to zadanie, którego nie jesteśmy w stanie spełnić w szybkim czasie. Podobnie wiele innych rozwiązań wykonaliśmy w sposób bardziej zaawansowany z poziomu elektroniki. Mimo to, wiemy, że certyfikacja będzie szybsza.

Wszystko po to, żeby przyspieszyć proces wdrożenia tego produktu na rynek?

T.N. Tak, to od początku była walka z czasem tak naprawdę. Bo tu wyzwaniem nie była sama technologia, dodanie sensorów i tak dalej, tylko my wiedzieliśmy, jak wygląda proces certyfikacji i wiedzieliśmy, że musimy się zmieścić w pewnych ramach czasowych, których nie możemy przekroczyć, bo wtedy cały projekt nie będzie miał sensu.

No właśnie, a nie boicie się tego, że pomimo przyspieszenia wszystkich procesów i tak nie zdążycie? Jakby nie patrzeć, jesteście niewielką firmą, nie jesteście chociażby Dysonem, który przestawił linie produkcyjne na respiratory. Nie boicie się, że gdy już będą te certyfikaty i ruszy produkcja, to się okaże, że nie będzie już potrzeby, żeby taki produkt istniał?

A.K. Wbrew pozorom, najbardziej kluczowa przy tym projekcie jest wiedza. Kluczowe jest to, jak zbudować urządzenie. Inżynier ma to do siebie, że w chwili gdy wymyśla konstrukcję, myślami wybiega 2 miesiące do przodu. Gdy myśli o jakichś rurkach albo rozmawia z działem designu, on już myśli, o formie wtryskowej, technologii cięcia blachy i zamówieniach komponentów. I my właśnie, projektując to urządzenie, skorzystaliśmy z wielu podzespołów gotowych, „z półki”. Braliśmy też komponenty, które mają już certyfikacje. Powinienem nadmienić, że certyfikując całe urządzenie patrzy się również na jego części składowe, np. czy zasilacz był badany, czy nie. Jeżeli nie był, to trzeba go zbadać. Jeżeli był, wystarczy zrobić tylko kilka dodatkowych testów. Druga rzecz to łatwość konstrukcji i uwzględnienie technologii, w której np. stosujemy cięcie laserowe i gięcie blachy, które jest procesem tak prostym, że firm zajmujących się tym w Polsce jest pewnie kilkaset. Trzecia rzecz – my nie będziemy tego skręcać u siebie, tylko rozmawialiśmy co najmniej z 15 firmami. Mówiłeś o Dysonie – niektóre z tych firm są równie wielkie, albo i większe od Dysona. Mamy firmy, które mają linie produkcyjne i jesteśmy już na etapie, w którym z 15 wybraliśmy 3 i te firmy budują dla nas prototyp, po którym ocenimy, czy spełniają nasze kryteria jeśli chodzi o wykonanie.

Firmy z Polski, z zagranicy?

A.K. Mieliśmy kilka firm z zagranicy, ale ostatecznie podjęliśmy dalsze rozmowy z firmami z Polski. Chcieliśmy utrzymać hasło „Polak Potrafi” (śmiech).

T.N. Tzn. wiesz, żeby też nie było, że wszystko musi być z Polski – te firmy są bazowane w Polsce, niektóre z kapitałem zagranicznym.

A.K. Tak czy inaczej tu też miała znaczenie szybkość. Jeśli jesteśmy w granicy 3-4 godzin dojazdu, to zawsze wszystko działa sprawniej. Mieliśmy sytuację, gdy o 5:00 ktoś wysyłał obudowy i o 8:00 one były u nas. Gdyby firma leżała dalej, robią się nam problemy spedycyjne.

T.N. Dokładnie tak, gdy jest presja czasowa, taka praca między Polakami bardzo pomaga. Mieliśmy nawet sytuacje, gdy firmy same się do nas zgłaszały z chęcią pomocy, gdzie właściciele firmy sami do nas jechali z częściami i powoływali zespoły, które pracowałyby nad tą inicjatywą.

Właśnie, bo wy nie nazywacie Breath „urządzeniem” tylko „inicjatywą”. Kto zatem dołączył już do tej inicjatywy i dlaczego w ten sposób na to patrzycie?

T.N. „Inicjatywa” z tego względu, że podeszliśmy do tematu nieco misyjnie. Wiedzieliśmy, że jako Mudita mamy praktycznie wszystkie kompetencje w firmie (mamy tu prawie 100 osób), żeby w szybkim tempie wypuścić taki produkt na rynek. A mając network z sieciami fabryk w Polsce czy za granicą, wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie to zrobić na dużą skalę. Z tego względu nazwaliśmy to też „inicjatywą”, bo to nie jest nasz core biznesowy. To nie jest coś, nad czym codziennie pracujemy, ale coś, co pojawiło się z chęci pomocy i dawania czegoś od siebie. To taki nasz mały projekt na czas kryzysu.

A.K. Z góry też zakładaliśmy, że będziemy chcieli mieć partnerów i liczyliśmy na to i to było dla nas ważne. Zupełnie inaczej jest, jeśli my się do kogoś zwracamy, a zupełnie inaczej, gdy ktoś sam przychodzi. Bo wtedy wiemy, że ten ktoś ma już właściwy mindset. Zwykle jest tak, że gdy z kimś mamy współpracować, to np. przez tydzień podpisujemy umowy NDA, potem oni nam wysyłają oferty, wyceniają prototypy i w ten sposób dwa tygodnie zlatują na same formalności, a potem kolejne, zanim zaczniemy pracę. A tutaj? Można wręcz powiedzieć, że złamaliśmy etykietę biznesową między inżynierami a strefą produkcyjną, bo wiedzieliśmy, że chcemy działać jak najszybciej.

Skoro już poruszyliśmy temat – jak ta inicjatywa wpisuje się w wasz model biznesowy? Wybaczcie, ale jakoś nie wierzę, żeby wam się to spięło finansowo, ale projekt musi też wyjść przynajmniej na zero, żeby biznes nie był stratny. Więc w zasadzie znów wracamy do pytania: dlaczego?

T.N. Z punktu widzenia biznesu ponosimy ryzyko jak z każdym innym projektem. Jest ryzyko, jak wspomniałeś, że być może nie zdążymy na czas. Być może wirus szybciej przejdzie niż wszyscy się spodziewają. A może będzie druga fala i powrócą te same problemy, nie wiadomo. Biznesowo naszym wewnętrznym celem jest wyjście na zero, żeby zwróciły się koszty R&D i żebyśmy mogli wypłacić pieniądze firmom, które z nami współpracują. Oczywiście największym polem do radości będzie to, gdy Breath zacznie ratować życie pacjentów. A gdybyśmy oprócz tego wyszli na zero, to będziemy jeszcze bardziej zadowoleni. A już w ogóle spełnieniem marzeń byłoby, gdybyśmy coś na tym zarobili i mogli te środki reinwestować w inne produkty.

A.K. Są takie produkty, które robi się stricte pod kątem biznesowym, a są takie, które są tworzone dla czystej satysfakcji. To jest też przewaga, jaką Mudita ma nad większymi graczami, bo w wielkiej firmie proces decyzyjny ciągnąłby się tygodniami. U nas decyzja zapadła w ciągu kilku godzin.

Na jakim etapie jesteście z projektem? Trzymacie się ustalonego timeline’u, czy pojawiły się już jakieś obsuwy?

T.N. Jesteśmy na etapie, gdy wysłaliśmy jeden z prototypów do wstępnej certyfikacji do jednej z większych firm certyfikujących na świecie. Kończą się właśnie pierwsze testy.

A.K. Współpracujemy tutaj z firmą, która wydaje najwięcej certyfikatów w sprzęcie medycznym. Cykl certyfikacji, gdzie jest dużo różnych testów, to przynajmniej dwa tygodnie. Na szczęście współpracujemy z instytucją robiącą certyfikaty międzynarodowe i to też jest piękno Unii Europejskiej, że dzięki honorowaniu tych samych dokumentów można w prosty sposób wypuścić jedno urządzenie na wiele rynków. Dodam jeszcze, że według współpracującej z nami Fundacji, istnieje zapotrzebowanie na urządzenie zastępujące worek ambu.

Poza całą sytuacją pandemiczną, tak?

A.K. Tak. Więc teraz spieszymy się z certyfikatami, ale gdy pandemia się skończy, będziemy chcieli doposażyć nasze urządzenie w kolejne funkcje, których teraz nie zdążylibyśmy certyfikować. Idea jest taka, że nie chcielibyśmy zmarnować pracy popełnionej w tych „motywujących czasach”. Chcemy więc zrobić urządzenie, które będzie przydatne nie tylko teraz, ale też w przyszłości zastąpi worek ambu.

Jasne. W jaki sposób planujecie pozyskać zainteresowanie placówek medycznych? Celujecie bardziej w prywatną służbę zdrowia, czy placówki publiczne?

T.N. Teraz jest idealny moment, by zacząć takie rozmowy, bo dużo łatwiej się rozmawia mając prototyp w ręku. Rozmawiamy na kilku frontach, zarówno z organami i agencjami rządowymi, wyposażającymi szpitale, jak i bezpośrednio ze szpitalami, bo one też mają możliwość doposażenia się, jeśli tylko mają środki lub sponsorów. Trzecia ścieżka to ta prywatna, gdzie będziemy szukać prywatnych i komercyjnych sponsorów, którzy zresztą już się do nas zgłaszają. Są to chociażby fundacje, które zbierają środki na tego typu cele. Takie działania prowadzimy nie tylko w Polsce, ale też za granicą.

Bardziej celujecie w rynek Polski, czy raczej nastawiacie się na sprzedać poza granicami kraju?

T.N. Oczywiście mamy ambicje raczej globalne. Naturalnie najpierw chcemy sprostać zapotrzebowaniu z własnego, polskiego podwórka, więc priorytetem będzie dla nas, żeby pierwsze partie były wykorzystane w polskich szpitalach. W następnej kolejności będziemy pomagać tym, którzy zgłoszą się do nas z zagranicy, bez względu na konkretną lokalizację. Tutaj ograniczeniem może być tylko certyfikacja, o której mówiliśmy, bo nawet robiąc produkt wg globalnych wytycznych nie znaczy to, że w każdym kraju można dane urządzenie dopuścić do użycia.

Zakładając, że będziecie sprzedawać urządzenie po 10 tys. zł, ile egzemplarzy musi się sprzedać, żebyście wyszli na zero? Tak mniej więcej.

T.N. Są to ilości rzędu kilkaset sztuk.

No dobrze, to teraz czas na mniej wygodne pytania.

T.N. (śmiech) spodziewaliśmy się, że na łatwych nie skończymy.

Nie da się ukryć, że patrząc z boku to wszystko wygląda trochę tak, jakbyście inicjatywą Breath próbowali przykryć obsuwę w produkcji Mudity Pure. Jak to jest?

T.N. To są dwa niezależne tematy tak naprawdę. Pierwszy komunikat o opóźnieniu w Purze wysłaliśmy zanim jeszcze ruszyliśmy z inicjatywą Breath, zanim w ogóle koronawirus dotarł do Polski. Byliśmy o tyle w komfortowej sytuacji, jeśli chodzi o proces Pure’a, że najważniejsze elementy zdążyliśmy wysłać do produkcji. Podpisaliśmy kontrakty, zlecenia, etc. Po naszej stronie najważniejsze rzeczy zostały zrobione, co oznaczało, że mogliśmy się zająć kolejnymi produktami.

Czyli nie jest tak, że nagle wyszliście z inicjatywą Breath, a wszystko inne musiało zejść na dalszy plan?

T.N. Nie, nie – to było jedno z podstawowych założeń, że jeżeli zaczniemy tę inicjatywę, to nie odbędzie się ona kosztem Pure’a.

Praca nad urządzeniem nie wpłynie w znaczący sposób na produkcję Pure’a?

T.N. Nie, nie wpłynie.

Możemy się zatem spodziewać, że ukaże się w nowym terminie, czy może czekają nas kolejne obsuwy?

T.N. Na pewno nie będzie opóźnień spowodowanych inicjatywą Breath. Natomiast jeśli chodzi o inne powody – trudno powiedzieć. Sytuacja na świecie teoretycznie się polepsza, ale nie mamy pewności, że to wszystko będzie tak ładnie przebiegać. Na dziś nie widzimy żadnych zagrożeń wrześniowego terminu.

A.K. Zamknęliśmy temat produktowy, tzw. „design freeze”. Czyli od tego momentu, jeśli designer przyjdzie, że ma genialny pomysł, to już za późno, nie ma opcji na jego wdrożenie. Mudita Pure przeszła już do realizacji, więc cała nasza terminowość leży tak naprawdę w rękach podwykonawców. Tyle, że cała obecna sytuacja niczego nam w tej materii nie ułatwia, bo przecież trzeba fizycznie wykonać produkt, muszą przyjść ludzie i tutaj rodzą się niewiadome. Część zakładów nie pracuje, może się też zdarzyć, że jedna osoba trafi na kwarantannę i trzeba będzie wstrzymać linię produkcyjną. Nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Wszystko w rękach losu. Natomiast po stronie firm, z którymi współpracujemy, jest pełne zaangażowanie. Liczymy na to, że wywiążą się z terminów. Słusznie natomiast zauważasz, że coś musi się odbyć kosztem czegoś. Breath nie odbył się więc kosztem Mudity Pure, ale wstrzymaliśmy wszystkie inne projekty, a jest ich 8 czy 9.

T.N. „Wstrzymaliśmy” to może złe słowo, bo najbardziej zaangażowany jest zespół Adriana, czyli zespół produkcyjno-mechaniczny. Pozostałe działy nadal pracują nad projektami i koncepcjami innych produktów, nawet większość designu zrobił sam Adrian, żeby nie angażować nadmiernie innych zespołów.

Rozumiem. Jakie sygnały płyną do was od wspierających, którzy kupili Muditę Pure? Są skłonni poczekać, czy może są rozczarowani całą tą sytuacją?

T.N. Oczywiście, dostajemy dużo wiadomości, w zasadzie każdego dnia. Niektórzy pytają wprost, czy zamierzamy „dowieźć” produkt, bo wiele osób oczekiwało, że dostanie go przed wakacjami – wyjadą na długi urlop i wezmą Pure’a ze sobą. Natomiast muszę powiedzieć, że nasza komunikacja spotkała się z pozytywnym odbiorem. Większość naszych odbiorców pisała, że rozumie sytuację.

Dobrze to słyszeć. Przyznam szczerze, że sam przez moment miałem obawę, że skończycie jak większość polskich zbiórek z Kickstartera, które albo nie dowożą, albo dowożą inny produkt niż obiecany.

T.N. Tak, mamy świadomość, że większość firm w zbiórkach społecznościowych zawodzi, a zbiórki kończą się na jakichś oszustwach. Mamy tego świadomość, dlatego wysyłamy regularne komunikaty. Staramy się też wchodzić „w buty” backersów i nie pozostawiać żadnych złudzeń, bo zdecydowanie zamierzamy dowieźć ten produkt.

No dobrze, trzymam was za słowo. Zostało mi ostatnie pytanie, już niezwiązane z Breath, a bardziej futurologiczne. Jak myślicie – czy po tym, jak skończy się pandemia, ludzie będą jeszcze bardziej nadużywali telefonów niż dotąd, czy może będą tak zmęczeni ciągłym gapieniem się w ekrany, że paradoksalnie wzrośnie wam liczba chętnych na zakup Mudity Pure?

T.N. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że już przed koronawirusem byliśmy jako społeczeństwo przebodźcowani informacjami. Media społecznościowe, telewizja, informacje bombardują nas z każdej strony. Wydaje mi się, że w wyniku koronawirusa jeszcze więcej firm będzie korzystało z tych nowych fajnych rozwiązań, jak praca zdalna czy wideokonferencje zamiast spotkań. Naturalne jest, że ten czas spędzany przed monitorem się wydłuży. Tym samym jednak chęć spędzania czasu offline będzie jeszcze większa i będzie on jeszcze bardziej wartościowy i pożądany. Więc o ile pewnie będziemy dłużej przebywać przed ekranami, o tyle potrzeba spaceru w lesie stanie się silniejsza niż dotąd.

Mam bardzo podobne obserwacje. Odkąd uderzyła pandemia sam spędzam przed komputerem więcej czasu i mam coraz większą ochotę odpocząć od ekranów. Może, jakkolwiek to brzmi, ta pandemia wyjdzie wam na dobre, bo więcej osób będzie skłonnych sięgnąć po sprzęt, który umożliwia częściowe „odcięcie się”?

T.N. Ja bym powiedział, że mam nadzieję, że więcej osób doceni takie urządzenie, które nie przeszkadza. Urządzenie, po które sięgasz intencjonalnie, a nie takie, które będzie tobą sterować.

Dołącz do dyskusji

Advertisement