#HomeOffice: Jak zadbać o jakość powierza w biurze i w domu? Ja już znalazłem rozwiązanie

#HomeOffice: Jak zadbać o jakość powierza w biurze i w domu? Ja już znalazłem rozwiązanie

#HomeOffice: Jak zadbać o jakość powierza w biurze i w domu? Ja już znalazłem rozwiązanie

W obliczu pandemii koronawirusa zaczęliśmy bardziej dbać o higienę. Częściej myjemy ręce, nosimy maseczki, staramy się unikać dotykania twarzy. Ale wokół nas – nawet pomijając nowego wirusa – wciąż znajduje się ogrom niewidocznych gołym okiem zagrożeń, które nieustannie negatywnie wpływają na nasze zdrowie. Na szczęście można sobie z nimi poradzić dzięki technologiom, które są w stanie zwalczyć również wirusy.

Permanentny ból głowy, katar, kaszel, zmęczenie, kiepski sen, chrapanie, zatkany nos – jeszcze niedawno mogłem się pochwalić właśnie taką listą dolegliwości, występującą z różnym natężeniem w różnych porach roku. Powody były proste. Po pierwsze – jestem alergikiem. Po drugie – pracuję z domu, więc nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że ok. 90 proc. czasu w ciągu doby spędzam w zamkniętych pomieszczeniach. Po trzecie – mam w domu małą ferajnę zwierzaków.

Kombinacja tych wszystkich czynników nie była może zabójcza – a przynajmniej nie na krótką metę – ale z pewnością obniżała komfort życia i pracy. Tutaj kurz, tutaj pyłki z drzew (mam dość spory, gęsto obsadzony ogród), tutaj kocia i psia sierść. Do tego dodajmy jeszcze skrajnie niską wilgotność (nawet poniżej 25 proc.!) w sezonie grzewczym i problem z nadmiarem CO2 w tym samym okresie. Teoretycznie wystarczyło raz na jakiś czas otworzyć okno i przewietrzyć dom. Tyle tylko, że podczas wietrzenia do wnętrza dostawał się nie tylko niemożliwy do zniesienia zapach spalenizny z okolicznych kominów, ale też wszystkie związane z tym szkodliwe substancje. W rezultacie pozbywałem się CO2, a zyskiwałem pewnie pół tablicy Mendelejewa. Kiepski interes.

W lecie z kolei sytuacja odwracała się – każde wietrzenie skutkowało dostawaniem się do domu pyłków roślinnych, co również odbijało się na komforcie życia i pracy.

Wiedząc, że planuję jeszcze wiele lat pracować zdalnie z domu, postanowiłem zainwestować.

Jakiś czas temu zdecydowałem się kupić do biura i sypialni (są na jednym poziomie) oczyszczacz powietrza.

Nie szukałem długo – większość moich znajomych miała i polecała sprzęty Sharpa, które zresztą wygrywały w większości zestawień. Wybór konkretnego modelu też nie był trudny – wiedziałem, a przynajmniej domyślałem się, że oprócz funkcji oczyszczania powietrza chcę mieć jeszcze przynajmniej nawilżanie. Po przeczytaniu kilku opinii doszła też potrzeba posiadania trybu jonizacji i systemu automatycznego doboru intensywności pracy. Oczyszczacz miał w końcu stać przez cały dzień włączony, a ja chciałem się po prostu cieszyć czystym powietrzem.

W związku z tym, że sprzęt miał stać zaledwie kilka metrów od mojego miejsca pracy, krytyczne było również to, żeby był on możliwie jak najcichszy. Ciągłe buczenie za plecami zdecydowanie negatywnie wpłynęłoby na moją pracę.

Ostatni warunek – chciałem, żeby urządzenie było nie tylko wyposażone w odpowiednią liczbę i typy filtrów, ale też żeby nie trzeba było ich wymieniać co pół roku, co jest nie tylko uciążliwe, ale i kosztowne. Padło na produkt Sharpa serii UA (w Polsce urządzenia tej serii są dystrybuowane przez spółkę należącą do grupy Sharp – UMC Poland) i teraz mogę odpowiedzieć na pytanie, czy to działa i czy było warto.

Dla spragnionych krótkiej odpowiedzi: tak, to działa. I tak – warto.

Ale jeśli ktoś potrzebuje dłuższej wersji, to proszę bardzo. Przy czym rozbiję ją na kilka głównych elementów, zaczynając od tych najmniej oczywistych.

Nawilżanie

Ten aspekt umieszczam na pierwszy miejscu, bo często jest przy doborze oczyszczacza lekceważony. Sam przez długi czas byłem przekonany, że powietrze w moim domy ma odpowiednią wilgotność. Dopiero zainstalowanie kilku czujników uświadomiło mi, że byłem w okropnym błędzie. Podczas gdy optymalna wilgotność powietrza powinna zawierać się w przedziale 40-60 proc., u mnie w większości pomieszczeń – w tym w sypialni i w biurze – często nie przekraczała ona 30 proc. I to nawet pomimo tego, że wydawało mi się, że wszystko jest w porządku.

Dopiero wstawienie tam oczyszczacza z funkcją nawilżania uświadomiło mi, jak dużą różnicę można odczuć w prawidłowo nawilżonym pomieszczeniu. Stopniowo zaczęło znikać drapanie w gardle, a także uczucie suchości w ustach i w nosie. Dużo bardziej relaksujący okazał się też sen – nie tylko dlatego, że łatwiej i przyjemniej było zasnąć, ale też dlatego że… żona przestała w końcu chrapać. Żona została zresztą fanką oczyszczacza Sharpa z funkcją nawilżania też z innego powodu. Szczególnie teraz, kiedy pracuje od kilku tygodni zdalnie, zamiast przesiadywać godzinami w biurze, w którym nie ma takiego sprzętu, dużo rzadziej narzeka na wysuszoną skórę. Podejrzewam, że po powrocie do pracy biurowej zasugeruje, żeby i taki sprzęt pojawił się u nich w open space – tym bardziej, że Sharp ma w ofercie urządzenia, które bez trudu obsłużą taką powierzchnię.

Ja z kolei doceniłem w przypadku tej funkcji jeszcze dwie inne rzeczy. Po pierwsze prosty i oczywisty fakt, że nawilżacz jest zintegrowany z oczyszczaczem. W rezultacie mam jedno urządzenie zamiast dwóch, zajmuję tylko jedno gniazdko i nie muszę przesadnie planować rozmieszczenia oczyszczacza w pokoju. Szczególnie w mniejszych pomieszczeniach może to być sporym ułatwieniem.

Po drugie – cały proces sterowania nawilżaniem jest całkowicie zautomatyzowany. Włączam odpowiedni tryb i niczym się nie martwię. Jest to o tyle istotne, że odpowiednie nawilżenie pomieszczenia nie polega wyłącznie na utrzymywaniu wilgotności w zadanym przedziale. Inne są zalecenia dotyczące wartości wilgotności przy niższych temperaturach, a jeszcze inne przy wyższych. Sharp na szczęście zamontował w swoich oczyszczaczach odpowiedni zestaw czujników, które dostarczają danych właściwym algorytmom. My musimy co najwyżej raz na jakiś czas uzupełnić zbiornik z wodą.

Automatyzacja

Obecnie najwyższe modele z oferty Sharpa wyposażone są m.in. w czujnik PM2.5, czujnik zapachu, czujnik wilgotności, czujnik temperatury, a nawet czujnik ruchu i czujnik natężenia światła. Dzięki temu nasza aktywność dookoła oczyszczacza ogranicza się właściwie wyłącznie do podłączenia go do prądu i uruchomienia. Cała reszta odbywa się w pełni automatycznie.

Oczyszczacz sam zbiera dane niezbędne do pracy. Nieprzyjemny zapach? Włączany jest tryb, który ma za zadanie jak najszybciej go usunąć. Pył, kurz albo inne zanieczyszczenia? Włączany jest tryb intensywniejszej pracy, który przywróci powietrze w pomieszczeniu do normy. Spada wilgotność? Włączany jest tryb nawilżania.

Mało tego – jeśli zgasimy światło, a do tego oczyszczacz nie wykryje ruchu, przełączy się w tryb oszczędzania energii. A kiedy ręcznie wyłączymy urządzenie, oczyszczacz automatycznie zamknie roletę wywiewową, żeby zachować czystość wnętrza.

Oczywiście każdą z funkcji możemy aktywować manualnie. Możemy też wybrać jeden z kilku trybów pracy, skupiając się na zanieczyszczeniach, które mają dla nas największe znaczenie – np. tryb przeciwpyłkowy, który wykorzystuje strumień jonów o wysokiej gęstości i przyda się szczególnie alergikom.

Sam jednak przeważnie korzystam z trybu całkowicie automatycznego – nauczyłem się już, że jest on wystarczająco smart.

Cisza

Kolejny kluczowy element, o którym często się zapomina. W moim domu oczyszczacz stoi pomiędzy biurem a sypialnią, a czasem nawet w samej sypialni. I nie jest wyłączany nawet na minutę w ciągu dnia i nocy. Nie może być więc głośny, bo inaczej nie byłbym w stanie ani pracować, ani spać.

Na szczęście Sharp spełnił pokładane w nim nadzieje, jeśli chodzi o cichą pracę. Zresztą trudno się dziwić – przykładowo model UA-HG50E-L generuje według specyfikacji zaledwie 24 dB(A) w najcichszym trybie. Pracowałem kiedyś miesiącami przy komputerze, który hałasował bardziej.

Dodatkowy plus – obecne modele Sharpa wyglądają po prostu dobrze i nie ma żadnego problemu, żeby stały w widocznej części biura, sypialni czy salonu. Nie jesteśmy też zdani wyłącznie na jeden kolor obudowy – przykładowo modele z serii UA i KC oferują identyczne parametry, różniąc się jedynie kolorem obudowy.

Jonizacja powietrza

Na początek trzeba zaznaczyć jedno – jeśli ktoś miał kiedyś urządzenie z funkcją jonizacji i twierdził, że nic ono nie dawało, to prawdopodobnie miał sprzęt wykorzystujący inną technologię niż Sharp. Japońska marka od ponad 20 lat wykorzystuje bowiem opatentowaną technologią Plasmacluster, która – co kluczowe – różni się od tego, co oferują inni producenci i większość tańszych produktów. Jak dokładnie działa rozwiazanie Plasmacluster? W urządzenie wbudowany jest generator jonów (z elektrodą anodą i katodą), którego zadaniem jest rozdzielanie cząsteczek wody zawartej w powietrzu na ujemne jony tlenu i dodatnie jony wodoru. Jony te łączą się następnie z cząsteczkami wody, które umożliwiają transport na większe odległości. Później, niosąc ładunek elektryczny i będąc tym samym przyciągane m.in. przez cząsteczki alergenów, jony Plasmacluster skupiają się dookoła niepożądanych cząsteczek, rozpoczynając reakcję ich unieszkodliwiania.

Tak przygotowane jony Plasmacluster są przykładowo w stanie rozciąć błonę komórkową pleśni, usuwając białka, blokując ich negatywny wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. To samo robią m.in. z alergenami z martwych ciał roztoczy.

Co jednak najważniejsze, naukowo udało się potwierdzić, że technologia Plasmacluster działa. Badania dowodzą, że jej stosowanie pozytywnie wpływa m.in. na osoby z astmą, zmniejszając częstotliwość występowania stanów zapalnych. Udowodnione jest także bakteriobójcze działanie tego rozwiązania. Japońscy naukowcy w 2004 r. potwierdzili z kolei, że jony Plasmacluster skutecznie zwalczają wirusy, w tym m.in. SARS, należący do rodziny koronawirusów. Zgodnie z badaniami, w ciągu zaledwie 40 minut jony Plasmacluster były w stanie usunąć 99,7 proc. znajdujących się w badanej przestrzeni wirusów.

A dlaczego ta jonizacja jest taka ważna?

Bo to ona w dużej mierze odpowiada za oczyszczanie powietrza, wspomagając filtr HEPA, który wyłapuje m.in. wirusy i bakterie z naszego otoczenia. W rezultacie oczyszczane jest nie tylko powietrze, które trafi bezpośrednio do oczyszczacza, ale też wszystkie, nawet najdrobniejsze zakątki pomieszczeń czy mebli, których inaczej nie dałoby się oczyścić.

Nie potrafię przy tym samodzielnie zmierzyć, czy faktycznie dzięki jonom Plasmacluster pozbyłem się dokładnie 99,9 proc. alergenów, jak twierdzi producent. Mogę za to potwierdzić, że różnica w jakości powietrza z włączonym i wyłączonym trybem jonizacji jest natychmiast wyczuwalna. Podobnie jak zmiana w komforcie życia i pracy. Zresztą o skuteczności oczyszczaczy Sharp w walce z alergenami niech świadczy fakt, że urządzenia tej marki otrzymały oficjalny certyfikat British Allergy Foundation.

Tryb Ion Shower

Jedyny tryb, który włączam ręcznie – do tego chyba mój ulubiony tryb, aktywowany przeze mnie niemal każdego dnia przed pójściem spać.

Cały proces polega na tym, że oczyszczacz przez pierwszych kilka minut intensywnie jonizuje powietrze, a następnie oczyszcza pomieszczenie, pracując na najwyższych obrotach.

Efekt? Na ulotkach reklamowych można przeczytać, że powietrze pachnie wtedy jak świeżo po deszczu i… tak jest w rzeczywistości. Zasypianie w takich warunkach jest niesamowicie przyjemne. Tryb Ion Shower włączam też od czasu do czasu w biurze, przenosząc tam oczyszczacz, żeby przyjemniej i wydajniem mi się później pracowało.

Czy warto kupić?

Odpowiem trochę inaczej – czy kupiłbym oczyszczacz Sharpa jeszcze raz?

Tak, zresztą właśnie planuję to zrobić – w końcu biuro i sypialnia to tylko jeden poziom domu. Przydałoby się jeszcze jakoś zadbać o parter. Tym bardziej, że planujemy przenieść tam biuro żony, a ta jakoś nie chce rozstać się z oczyszczaczem…

* Materiał powstał we współpracy z marką Sharp. 

* Zdjęcia: Sharp

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji