CD-Action było wielką marką polskiego rynku prasowego, czyli epitafium dla smugglera

Felieton/Gry 27.04.2020
CD-Action było wielką marką polskiego rynku prasowego, czyli epitafium dla smugglera

CD-Action było wielką marką polskiego rynku prasowego, czyli epitafium dla smugglera

W tej całej tzw. „śmierci CD-Action”*, magazynu w ogóle mi nie szkoda, bo to i tak trwał o kilka lat za długo. Żal mi smugglera. 

Nastrój towarzyszący magazynowi CD-Action już od jakiegoś czasu był tak depresyjny, że – przysięgam – pierwsze litery niektórych wersów tekstów w czasopiśmie potrafiły się układać w słowa „Pomóż mi” albo „Dobij mnie”.

Trochę to rozumiem, ponieważ zdarzyło mi się kupić w ostatnich miesiącach ze 2-3 numery i to po prostu nie był już dobry magazyn, to był po prostu magazyn. Lekturze towarzyszył dyskomfort, całość wyglądała jak te pozbawione pasji pisma, gdy chce się sprzedać już każdą powierzchnię reklamową, treści schodzą na drugi plan, a wydawca pragnie mieć medium sportowe i deleguje do pisania tekstów o piłce redakcję miesięcznika „Twój ogród”. Brak entuzjazmu, brak nieodłącznej w CD-Action buty. Powolne oczekiwanie na nieunikniony wyrok.

CD-Action jest wielką marką polskiego rynku prasowego

W mojej ocenie jej złote lata przypadają na okres przed rokiem 2002, a więc przed wydawnictwem Bauer, które zmieniło pasjonatów w projekt stricte komercyjny. To trochę, jak z tymi scenariuszami seriali pisanymi na poczekaniu, krótko po sprawdzeniu sondaży od widzów. Z badań wychodziło, że trzy płyty zamiast 50 stron sprzedadzą 5 proc. więcej numerów? Idziemy w to. Plakaty i pierdząca poduszka jako gadżet na urodziny? Lecimy z tym.

Nie sposób mówić o agonii i jednocześnie się nie wygłupić, jeśli agonia ta trwała ponad 18 lat, ale… tak właśnie to widzę. Nie to, że chciałem upadku CD-Action, ale pomimo wielkiej miłości w dzieciństwie połączonej z maratonami po całym Płocku w poszukiwaniu nowego numeru, miałem wobec niego stosunek zupełnie obojętny. Pisma było mi szkoda tylko z powodu jednego nazwiska, a w zasadzie pseudonimu – smugglera. Bo CD-Action to jest jego historia.

Epitafium smugglerowi

Nigdy nie spotkaliśmy się osobiście. Kiedyś na spotkaniu prasowym Wiedźmina 2 widziałem z daleka jak jadł zupę. Nie tak sobie wyobrażacie idola z dzieciństwa, ale i tak patrzyłem jak wybiera resztki makaronu z talerza z prawdziwymi wypiekami na twarzy. Poznałem za to wtedy Dawida Kosińskiego, którego rok później przyprowadziłem do Spider’s Web. Raz jeszcze przepraszam.

Tożsamość smugglera jest mi oczywiście znana. I nawet nie chodzi o to, że jest ona rozczarowująca – wręcz przeciwnie. Natomiast niewiedza to błogosławieństwo. Daft Punk, Banksy, Red John, smuggler. Czasem po prostu lepiej nie wiedzieć lub intensywnie udawać, że się nie wie.

CD-Action to oczywiście pasjonująca historia czasopisma o grach, które było prekursorem pewnych rozwiązań, wykosiło całą konkurencję, wychowało ze dwa pokolenia graczy. Dla mnie w obliczu kilku ostatnich dość solidnie już wyblakłych emocjonalnie lat, jest to przede wszystkim historia człowieka, który stał za sukcesem magazynu od samego jego początku.

Niewykluczone zresztą, że to aura tajemniczości, bezczelne i bezkompromisowe odpowiedzi na listy czytelników, stały za sukcesem czasopisma w stopniu nie mniejszym, niż dołączane płyty z pełnymi wersjami. Nie wiem jak wy, ja większości tych płyt nawet nie wkładałem do napędu. Smuggler przenikał do mainstreamu, jego poglądy kształtowały literackie gusta pokolenia, a fobie sprawiały, że to samo pokolenie do dziś trzy razy zastanawia się czy Gazetę Wyborczą wypada aby nazwać „gazetą”.

CD-Action się zmieniał: z amatorskiego projektu pasjonatów w członka globalnej sieci Future Network. Z największego magazynu komputerowego w kraju w równie silne dziecię potężnego wydawnictwa Bauer, które dało nowe możliwości, ale przyniosło też doświadczenia wielkiego wydawnictwa i jakąś taką mniej lub bardziej podświadomą potrzebę znalezienia dla siebie rynkowego miejsca między TeleTygodniem, a Bravo.

Na każdym z tych etapów był Smuggler. Potem pojawił się masowy internet, a owiana aurą tajemnicy postać uległa pokusie, by wyjść bliżej ludzi. To oczywiście bardzo szybko legendarną na naszym rynku medialnym postać upowszechniło i odarło nieco z tej magicznej otoczki.

Lata mijały, CD-Action już nie czarował tak, jak dawniej, będąc nadal istotną pozycją w świecie mediów o grach komputerowych. Smuggler lojalnie trwał na swoim stanowisku, choć moim zdaniem szczególnie ostatnia dekada – przynajmniej z zewnątrz – wyglądała na dekadę roszad, kompromisów, a może nawet upokorzeń. Zabierano mu strony w Action Redaction i nie tylko. Bardzo spodobało mi się jednak – tak wnioskowałem z epizodycznie publikowanych w sieci zdjęć – że mimo to nigdy nie zabrano mu ewidentnie najważniejszego w siedzibie biurka.

Na końcu swojej drogi, CD-Action jest historią jednego człowieka. Tak jak Weszło.com jest Krzysztofem Stanowskim, a Spider’s Web Przemkiem Pająkiem, tak CD-Action było, jest i będzie Smugglerem, który dał temu magazynowi coś więcej, niż tylko teksty. On mu dał swoją – wyciągamy chusteczki – duszę.

*Z tą śmiercią też nie wiadomo jak to do końca będzie, bo choć w pierwszych rozpaczliwych komunikatach redaktorzy żegnali się z magazynem, Bauer na razie zapowiada wolę podtrzymywania CD-Action i PC Format przy życiu, nie sposób jednak prognozować na jakich zasadach miałoby się to odbywać i czy z tymi samymi ludźmi. Jak dobrze pamiętamy, lata temu Click! został wydarty jego redakcji i przeniesiony do Wrocławia, wrzucony na siłę właśnie ludziom z CDA. Nikt jednak nie wyobrażał sobie, byśmy mogli podobne scenariusze rozpatrywać w przyszłości właśnie w odniesieniu do Actiona.

Dołącz do dyskusji