Nie da się oderwać od Nioh 2. Jedynka była bardzo dobra, dwójka jest lepsza dzięki nowym pomysłom – recenzja

Recenzja/Gry 17.03.2020
Nie da się oderwać od Nioh 2. Jedynka była bardzo dobra, dwójka jest lepsza dzięki nowym pomysłom – recenzja

Nie da się oderwać od Nioh 2. Jedynka była bardzo dobra, dwójka jest lepsza dzięki nowym pomysłom – recenzja

Nioh 2 to aktualnie najlepsze Dark Souls niepochodzące od From Software. Gra jest odczuwalnie lepsza od pierwszej odsłony, która przecież stała na bardzo wysokim poziomie. Wyższa jakość została osiągnięta dzięki nowym pomysłom na rozgrywkę.

Gdybym miał wybierać między Nioh 2 oraz Sekiro, wybrałbym Nioh 2. Zdaję sobie sprawę, jak obrazoburcza może być moja decyzja w oczach części fanów From Software. Rozumiem, skąd te widły i pochodnie. Wszakże Sekiro: Shadow Die Twice to przejaw kreatywnego i artystycznego kunsztu, podczas gdy Nioh 2 to zaledwie solidne rzemiosło. Takie bez dodatkowej głębi czy unikalnej duszy. Co jednak z tego, skoro…

W Nioh 2 gra mi się po prostu lepiej. Może dlatego, że nie czuję rozpaczy i bezsilności.

Jednym z powodów, przez które uzależniłem się od recenzowanego tytułu, jest brak poczucia desperacji oraz beznadziei. Grając w pierwsze Dark Souls (Ornstein i Smough), Bloodborne’a (Ludwig) czy Sekiro (Owl Father) zawsze dochodziłem do momentu, w którym byłem na skraju poddania się. W którym sądziłem: – nie, tego bossa w życiu nie pokonam. To jest niemożliwe. Twórców popieprzyło. Ostatecznie udawało mi się wznieść ponad każdą przeciwność, ale było to okupione godzinami, czasem dniami męczarni.

Oczywiście tego typu męczarnia sprawia, że Dark Souls to Dark Souls. Dzięki etapom biorącym gracza za gardło satysfakcja z pokonanego bossa jest niesamowita. Nieporównywalna. Chyba więc się starzeję, ponieważ gdy Nioh 2 okazał się odczuwalnie prostszą grą, przyjąłem to z zadowoleniem. Jest łatwiej, nie tylko z powodu mniej wymagających starć z bossami. Co wciąż nie oznacza, że Nioh 2 to spacer w parku. Przeciętny gracz zderzy się z poziomem trudności tak jak woda zderza się ze skałami. Będzie boleć.

Niższy poziom trudności w Nioh 2 to wielka zasługa niebieskich nagrobków.

Cechą rozpoznawczą pierwszego Nioh były czerwone nagrobki – miejsca zgonów innych graczy, przy których mogliśmy przywołać ich duchy. Po wygranej walce z takim duchem zyskiwaliśmy część jego dobytku, w tym bronie oraz pancerze. Sequel dodaje niebieskie nagrobki pomocnicze. Przyzwane nad nimi duchy nie chcą walczyć. Wręcz przeciwnie: pomagają graczowi w przygodzie dokładnie tak samo, jak gdybyśmy rozgrywali kooperacyjną sesję sieciową z innym graczem.

Niebieskie nagrobki są rozsiane po lokacjach równie gęsto, co nagrobki czerwone. Nawet jeśli nasz towarzysz padnie, bez problemu przyzwiemy nowego. Przywołań dokonujemy za przedmioty zdobyte na duchach z czerwonych nagrobków, toteż problem z limitowaną liczbą przyzwań w zasadzie nie istnieje. Jeden za drugim otaczałem się pomagierami robiącymi za żywe tarcze oraz dystraktory uwagi. Rozgrywka stała się momentami dziecinnie prosta.

Na (nie)szczęście pomocnicze duchy kiepsko spisują się podczas walk z bossami. Nie wykonują uników, sporadycznie leczą rany i nigdy nie walczą zachowawczo. Sojusznik NPC świetnie nadaje się do odwrócenia uwagi bossa, ale zazwyczaj ginie, nim wróg straci jedną trzecią albo jedną czwartą życia. Z tego powodu wciąż odnosiłem porażki podczas walk. Jednak żaden boss nie zajął mi więcej niż 5 – 6 podejść. A przecież nie uważam się za weterana Soulsów, który każdą odsłonę potrafi przejść na bongosach. Stopami.

Będąc przy przeciwnikach – zachwyca mnie, jak wiele walk jest sprawiedliwych.

Grając w Sekiro lub Bloodborne’a mogliśmy odnieść wrażenie, że system faworyzuje przeciwników. Świat jest dla nich bardziej przychylny, podczas gdy nas chce zabić wszystko dookoła. W Nioh 2 jest troszkę inaczej. Jestem zachwycony tym, że część unikalnych przeciwników to typowi samurajowie. Jasne, mają więcej punktów życia i wyższą kondycję. Do tego kilka specjalnych ataków. Jednak co do zasady, wyrastają z tego samego pnia, co awatar gracza. Mają te same słabości. Dlatego walczymy z nimi niemal jak równy z równym.

Oczywiście Nioh 2 również oszukuje na swoją korzyść. Najbardziej boli to w przypadku ataków specjalnych. Podczas efektownej animacji wróg zyskuje chwilową, liczoną w kilku sekundach (!) nietykalność. Gdy widzę, że ponętna kobieta z ciałem węża dusi mojego towarzysza NPC, nie mogę zadać jej ciosu przez plecy uwalniającego sojusznika. Demonica jest nietykalna, dopóki nie dokończy swojego ataku. Bardzo słabo!

Jednak co do zasady, Nioh 2 jest grą sprawiedliwą. Do tego taką, która idzie graczowi na rękę. Podczas wykonywania części misji (zwłaszcza pobocznych) możemy się wręcz poczuć jak łowca, nie zwierzyna. To my rozdajemy karty. To my przedzieramy się przez przeciwników jak przez masło. To my zbudowaliśmy postać na tyle silną, że teraz możemy czerpać z tego wymierne, odczuwalne korzyści. No i to jest świetne.

Nioh 2 pozwala poczuć się jak ktoś potężny, co jest unikalne w tego typu grach.

Jesteśmy wojownikiem, który opanował techniki broni białej do mistrzostwa. Pojedynkujemy się z równymi sobie. Do tego mamy unikalny dar… jesteśmy w połowie demonem. Od czasu do czasu potrafimy zamienić się w potężne monstrum, siejące pożogę i zniszczenie. Czegoś takiego nie było w pierwszej odsłonie i to właśnie demoniczna natura bohatera nadaje rozgrywce dodatkowej głębi. Metamorfozy są aż trzy, a każda wiąże się z całym szeregiem unikalnych umiejętności i efektów.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, jak kompleksowy jest wachlarz możliwości po makabrycznej przemianie. Co więcej, z umiejętności demonów możemy korzystać również w ludzkiej postaci. Z pokonanych monstrów wyrywamy bowiem dusze. Te zamieniamy na unikalne demoniczne ataki. Możemy ziać ogniem, przywoływać na pomoc cyklopa, zamieniać wzrokiem w kamień niczym meduza albo wołać na pomoc potężnego żmija. Niektóre demoniczne skille kradną wrogowi życie, podczas gdy inne trują go bądź rozbrajają. Jest tego masa.

Demoniczne umiejętności to KAPITALNE urozmaicenie już i tak szerokiego wachlarza możliwości w Nioh 2. W przeciwieństwie do takiego Dark Souls, tutaj nie musimy być magiem, aby korzystać z magii. Nie trzeba być łotrzykiem by rzucać shurikenami i zastawiać pułapki. Nie musimy wybierać łowcy, jeśli chcemy strzelać z łuków i strzelb. Rozwój postaci jest bardziej liniowy niż w Dark Souls, przy jednocześnie odczuwalnie większej liczbie broni, umiejętności, czarów, przedmiotów, eliksirów i tak dalej. Testowanie nowych gadżetów to połowa frajdy.

Niestety, Nioh 2 nie jest tak dobre, jak mogłoby być. Kilka rozwiązań mocno uwiera.

Za jedną z większych wad uznaję czasową nietykalność przeciwników, o której pisałem wyżej. Gracze lubiący wyzwanie, uznają za problem również brak kolizji broni z otoczeniem. Gdy gramy w Dark Souls, bardzo łatwo stępić długi miecz bądź włócznię, wymachując nią w ciasnym korytarzu. Broń obija się o ściany i traci wytrzymałość. W Nioh 2 nie ma tego problemu. Możemy wziąć długie odachi (wyrośnięta katana) i machać nią na lewo i prawo. Nie powstaje żadna kolizja. Nie jesteśmy w żaden sposób karani za brak precyzji oraz rozwagi.

Drugi gigantyczny problem to dla mnie tryb wieloosobowy. A raczej to, w jaki sposób twórcy zachęcają do pomocy innym osobom. Aby wejść do świata drugiego gracza i wspomóc go w walce (już po tym, jak ten prosi o pomoc przy kapliczce), musimy znajdować się w specjalnym menu wyświetlanym między misjami. Stąd wchodzimy do dojo, tam wybieramy zakładkę multiplayer, a następnie decydujemy się na losową pomoc.

Taki system sprawia, że w praktyce jest znacznie więcej potrzebujących niż pomocników. O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby gracz podczas własnej rozgrywki sygnalizował chęć udzielenia wsparcia. Zamiast tego osoby chcące pomagać muszą czekać w nudnym menu, podczas gdy matchmaking powinien odbywać się w tle. Fatalne rozwiązanie. Archaiczne. Niepraktyczne. Kontrproduktywne. Nie wiem, jaki geniusz wpadł na ten pomysł.

Problemem może być również nie tak zróżnicowane otoczenie, jak obiecywali to twórcy. Producenci Nioh 2 zdawali sobie sprawę, że jedną z większych wad pierwszej części były szare, monotonne lokacje. To miało się zmienić. Faktycznie, część krain stała się bardziej żywa, kolorowa i ciekawa. Ale jednak tylko część. Szarość i noc to wciąż silne motywy, które na dłuższą metę mogą dawać się we znaki. Co nie zmienia faktu, że pod względem wyglądu i projektu lokacji jest lepiej. Po prostu nie na tyle lepiej, jak byśmy sobie tego życzyli.

Nioh 2 to nie tylko zastępstwo dla Dark Souls. To jakość sama w sobie.

PlayStation 4 dostało grę na wyłączność, w którą musi zagrać każdy miłośnik wymagających tytułów studia From Software. Unikalne projekty przeciwników to momentami przejaw prawdziwego geniuszu. Obecność pomocniczych duchów sprawia, że żaden gracz nie utknie na stałe. Lokacje są bardziej zróżnicowane. Broni jest więcej. Przemiany w demonów dodają do rozgrywki głębi. No i producenci mają plusa za wybór między wysoką rozdzielczością oraz większą liczbą klatek na sekundę. Oczywiście wybrałem bramkę numer dwa.

Największe zalety:

  • Kalka Dark Souls, która jest lepsza niż Dark Souls (3)
  • Niebieskie duchy NPC pomogą mniej wytrwałym graczom
  • Kapitalne projekty przeciwników
  • Pewna umowna sprawiedliwość której brakuje w Soulsach
  • Masa gadżetów, technik, umiejętności, broni i finisherów
  • Przemiany w demony nadają rozgrywce dodatkowej głębi
  • Demoniczne umiejętności to najlepsze co spotkało Nioh 2
  • Tryb rozdzielczości/wydajności i masa ustawień systemowych

Największe wady:

  • Tryb wieloosobowy nie zachęca do pomocy, fatalny projekt
  • Chwilowa nietykalność przeciwników
  • Lokacje wciąż nie są tak zróżnicowane jak mogłyby być
  • Recykling elementów z pierwszej części

Nioh 2 spisuje się doskonale jako mniej wymagająca, ale równie angażująca siostra Dark Souls. Jeśli odbiliście się od zbyt egzotycznego Sekiro, macie teraz ciekawą kontrofertę. Gra nie jest idealna, ale jeśli pierwsza część przypadła wam do gustu, drugą będziecie zachwyceni. Zdecydowanie warto!

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji