Jungle, welcome to the jungle! Nowa mapa w Battlefield V ma pokazywać wojnę w dżungli, ale wyszedł zagajnik

Artykuł/Gry 05.02.2020
Jungle, welcome to the jungle! Nowa mapa w Battlefield V ma pokazywać wojnę w dżungli, ale wyszedł zagajnik

Jungle, welcome to the jungle! Nowa mapa w Battlefield V ma pokazywać wojnę w dżungli, ale wyszedł zagajnik

Dwa dni przed terminem wynikającym z oficjalnej zapowiedzi DICE, nowa mapa pojawia się w grze Battlefield V. Darmowe Wyspy Salomona to arena inne niż wszystkie. Twórcy chcieli, aby było na niej duszno, było na niej gęsto i było na niej chaotycznie. Wyszło nieźle, ale mogło być o wiele lepiej.

Aż dziw, że EA nie wykorzystało Welcome to the Jungle w wykonaniu Guns N’Roses do promocji nowej mapy, a także związanego z nią nowego rozdziału sieciowych zmagań w Battlefield V. Wyspy Salomona to bowiem pierwsza arena dla piątego Battlefielda, w której gracz trafia do gęstej, dusznej, błotnistej dżungli na jednej z pacyficznych wysp.

Wyspy Salomona z Battlefield V nawiązują do zaciekłych, bardzo ważnych walk o Guadalcanal.

Walki o Guadalcanal były punktem zwrotnym podczas wojny na Pacyfiku. Okupowane przez Japonię wyspy stały się pierwszym celem amerykańskiej kontrofensywy. US Army rozpoczęło działania desantowe na gigantyczną skalę, a atak pod ogniem wroga na Guadalcanal był pierwszą próbą zmasowanej ofensywy mającej odwrócić drugowojenną dynamikę. Oczywiście na korzyść Jankesów. Amerykanie pilnie potrzebowali przełamania, ponieważ postępująca armia cesarska była już o krok od przecięcia linii zaopatrzeniowych USA – Australia.

Wojna o Guadalcanal trwała jednocześnie na lądzie, na morzu i w powietrzu. Japonia pozornie zdominowała wody wokół Wysp Salomona, ale bardzo dużym kosztem i wielkimi startami. Cesarstwo nie spodziewało się ataku na pełną skalę, przekonane iż Amerykanie skoncentrują się na obronie Nowej Gwinei. Z kolei dla USA atak był jednym wielkim polem testowym. Żołnierze zostali bowiem wyposażeni w kompletnie nowy sprzęt stworzony z myślą o podrównikowej dżungli. Jankesi dostali nowe granaty, miotacze płomieni, uniformy, racje żywnościowe, a nawet pojazdy wodno-lądowe (amfibie).

Amerykanie błyskawicznie zajęli przybrzeżne lotnisko na Guadalcanal, wypierając Japończyków zaskoczonych skalą ofensywy lądowej. Siły cesarskie wycofały się w głąb lądu, zajmując gęstą dżunglę w której temperatura nigdy nie spada poniżej 28 stopni Celsjusza. Japończycy byli powiem pewni, że po przejęciu zasobów, amunicji i żywności Amerykanie wycofają się z wyspy. Gdy na lotnisku zaczęły pojawiać się pierwsze myśliwce, bombowce oraz czołgi, dopiero wtedy armia cesarska zdała sobie sprawę z prawdziwego rozwoju wydarzeń.

Piechota Japonii ruszyła do kontrataku w kierunku lotniska. Nim tam dotarła, kolumny w wieloma setkami żołnierzy wpadły w przygotowaną wcześniej zasadzkę Amerykanów. Japończycy znaleźli się w potrzasku, otoczeni drutem kolczastym oraz strzelcami. Cesarz stracił w tamtym momencie ponad 800 żołnierzy, przy zaledwie 30 poległych żołnierzach po stronie amerykańskiej. Kolejna japońska kontrofensywa to strata ponad 600 żołnierzy przy 30 poległych marines. Amerykanie byli ufortyfikowani, mieli wsparcie z powietrza, a do tego czołgi, działa oraz miotacze płomieni. Samobójcze ataki Japończyków nie były w stanie zepchnąć Jankesów z wyspy.

Obrona lotniska miała gigantyczny wpływ na morale US Army oraz wojenną psychologię.

Przed wojną o Wyspy Salomona cesarska armia uchodziła za niepokonaną, niepowstrzymaną i nadludzko zmotywowaną do działania. Zdobycie i utrzymanie Guadalcanal przez Amerykanów miało więc znaczny wpływ na morale w armii cesarza. USA potrzebowało takiego zwycięstwa. Nie tylko po to, aby zachować swoje szlaki zaopatrzeniowe z Australią, ale również ze względu na efekt psychologiczny. Wróg przestał być niepokonany. Przestał być nieustraszony.

Desant na Wyspach Salomona był początkiem wielkiej amerykańskiej kontrofensywy. Zdobyte lotnisko służyło US Army do ostatnich dni wojny, będąc bazą wypadową dla bombowców i myśliwców. Jednocześnie Amerykanie udowodnili (sobie oraz całemu światu), że są w stanie wygrywać w warunkach skrajnie niegościnnych, niekorzystnych i niebezpiecznych. Podrównikowa dżungla stała się dla Jankesów narzędziem, które zaczęli wykorzystywać na własną korzyść. Zaszczepieni przeciwko egzotycznym chorobom, wyposażeni w nowe leki, stroje, kombinezony i bronie, Amerykanie byli gotowi gryźć ziemię w każdej dżungli i na każdej tropikalnej wyspie.

Wyspy Salomona w Battlefield V również zaczynają się od amerykańskiej ofensywy.

Gracze po stronie USA rozpoczynają rozgrywkę na amerykańskich krążownikach. Stąd łodzie transportowe oraz amfibie zabierają marines na silnie ufortyfikowaną plażę pełną bunkrów oraz dział. Co ciekawe, nabrzeżna baza japońska nie jest połączona z lotniskiem. Może to oznaczać, że nie bierzemy udziału w tych najważniejszych, kluczowych zmaganiach. Mimo wszystko gracze po stronie Cesarza bronią suchego lądu lepiej niż własnego życia. Przedarcie się w trybie Przełamania nie jest takie proste, o ile Jankesi nie zaczną flankować amfibiami ufortyfikowanych pozycji.

Jeśli graczom uda się zdobyć plażę, następnie muszą zdobyć przyczółki w głębi lądu. Amerykanie wchodzą więc do parnej dżungli, w której wilgotność nie spada poniżej 90 proc. Wbrew pozorom nie tylko piechota odgrywa ważną rolę na tym obszarze. Celowo czy nie, DICE doprowadziło do sytuacji, w której wewnątrz dżungli może wjechać aż pięć pojazdów pancernych US Army, wobec zaledwie dwóch czołgów Japończyków.

Taka pancerna ofensywa potrafi wyglądać komicznie. Ale działa.

Nawet na polach Holandii, Francji, Belgii czy Grecji nie widziałem tylu czołgów, co na Wyspach Salomona. Ciężkie pojazdy przedzierają się przez dżunglę niemal gęsiego, jeden za drugim. Takie wesołe stado Shermanów może dojechać aż do położonej w dżungli wioski, którą przecina rzeka możliwa do pokonania wpław lub na łodzi motorowej. Widok 3- 5 stłoczonych czołgów forsujących drewniane chatki to stały element nowej mapy w Battlefield V.

Jedna skutecznie przeprowadzona ofensywa zmechanizowana może przechylić szalę zwycięstwa. Brygada czołgów wsparta inżynierami naprawiającymi maszyny potrafi przebić się daleko w głąb lądu, za nic mając pociski przeciwpancerne. Na ten moment skuteczne flankowanie czołgami oraz amfibiami to najłatwiejsza taktyka podczas Przełamania. Wystarczy nieustannie ostrzeliwać punkty, których zmuszeni są bronić Japończycy. Wszystkie są na otwartym obszarze, bez podziemnych korytarzy oraz tuneli.

Wyspy Salomona to udana mapa, ale DICE nie wykorzystało w pełni potencjału dżungli.

Prawda jest bowiem taka, że w Battlefield V nie uświadczymy gęstego, tropikalnego lasu z masą drzew radyklanie wpływających na widoczność oraz orientację. Centralna część wyspy, w której ma znajdować się dżungla, to tak naprawdę dwie – trzy wygodnie wykarczowane ścieżki z gęstymi roślinami po bokach. Można odnieść wrażenie, że niektóre parki miejskie w Polsce wyglądają bardziej dziko. Jasne, tutaj i tam wyrasta jakieś drzewo za którym można się schować, ale co do zasady Wyspy Salomona to bardziej zagajnik ze ścieżką rowerową niż podrównikowa dżungla.

Szkoda. Mapa należy do grywalnych i udanych, ale DICE straciło szansę na stworzenie czegoś naprawdę nowego. Czegoś naprawdę niepowtarzalnego. Gdyby centralny obszar areny składał się z setek drzew rosnących jedno obok drugiego, rozgrywka byłaby radykalnie inna. Gracze wytężaliby wzrok, szukając nienaturalnych ruchów pośród listowia. Pod wpływem wymiany ognia kawałki liści i kory efektownie latałyby w powietrzu. Sojuszniczy gracze wpadaliby na siebie z przerażeniem, tracąc orientację. Zabrakło tego wszystkiego. Zabrakło dżungli z prawdziwego zdarzenia.

Jednak nawet mimo tego nowa arena wypada bardzo pozytywnie. Może nie wciąga tak jak świetne lokacje w Grecji sprzed kilku miesięcy, ale stanowi ciekawe urozmaicenie na tle trzech pozostałych pacyficznych map. Sam fakt, że nad Wsypami Salomona nie latają żadne samoloty w ciekawy sposób zmienia rozgrywkę. Szkoda tylko, że producenci nie zadbali o więcej instalacji ochronnych. Bez nich najlepszą taktyką jest zmasowany, ciągły i rutynowy ostrzał pozycji wroga, z zachowaniem bezpiecznej odległości od potencjalnych pocisków i ładunków wybuchowych.

Na korzyść nowej mapy nie przemawia również fakt, że DICE w dalszym ciągu upiera się przy zmodyfikowanych parametrach TTK. Czas potrzebny na zabicie wrogiego gracza jest dłuższy, walka na odległość mniej efektywna, a zróżnicowanie broni przestało mieć znaczenie. Wymiana ognia jest odczuwalnie gorsza niż kilka miesięcy temu. Do tego w dalszym ciągu nie dostaliśmy systemu wyrównywania drużyn. Niesamowite, biorąc pod uwagę jak długo BFV jest już dostępny na rynku. Nie od dzisiaj wiemy jednak, że DICE postanowiło żyć we własnej bańce, izolując się od postulatów, sugestii oraz żądań społeczności fanów.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji