Pożary w Australii to katastrofa klimatyczna i festiwal fake newsów w jednym

Felieton/Ekologia 09.01.2020
Pożary w Australii to katastrofa klimatyczna i festiwal fake newsów w jednym

Pożary w Australii to katastrofa klimatyczna i festiwal fake newsów w jednym

Chodzi głównie o dezinformacje szerzone w mediach społecznościowych, ale nie jest przecież tak, że fałszywe tweety nie stają się potem źródłem sensacyjnych nagłówków w mediach.

O tym, że Australia płonie słyszeli już zapewne wszyscy. O tym, że jest to spory problem, nazywany przez niektórych ogromną katastrofą, zapewne też. To akurat nie podlega dyskusji. O wiele ciekawiej robi się jednak, kiedy zagłębimy się w szczegóły i porównamy naszą wersję wydarzeń z wersją wydarzeń jakiegoś znajomego. Albo nieznajomego, to w końcu tekst o zjawisku internetowym.

Pożary w Australii – wybierz swoją wersję wydarzeń

Okazuje się bowiem, że historia o tym, jak doszło do tegorocznych pożarów w Australii posiada co najmniej kilka wersji. Nie śmiem twierdzić, że poznałem je wszystkie, ale słyszałem już kilka niezłych.

Na przykład taką: wszystkie te pożary zaczęły się od jakiejś awarii w jakimś oplu, która doprowadziła do spalenia się auta i rozprzestrzeniania się pożaru na Australię.

Jeszcze lepsza fabuła jest w tej, w której za wszystkie pożary w Australii odpowiadają tak naprawdę ekolodzy, którzy podstępnie podpalili te wszystkie lasy chcąc zwrócić uwagę na problem, jakim są coraz szybciej postępujące zmiany klimatyczne.

Prawda czy fałsz?

Do podobnego wniosku musiał dojść dr Timothy Graham, który specjalizuje się w analizowaniu sieci społecznościowych. Zaciekawiony zmieniającą się narracją na temat pożarów w Australii, Graham przeanalizował ponad 1300 wpisów na Twitterze, oznaczonych hashtagiem #arsonemergency.

Co ujawniła naukowa analiza? Za ogromną część wpisów na Twitterze odpowiadają konta obsługiwane przez komputerowe boty, albo ludzkie trolle. Dominującą teorią na temat australijskich pożarów, według tych wpisów rzecz jasna, są podpalenia wykonywane przez środowiska lewicowe, w celu sfabrykowania dowodów na istnienie kryzysu klimatycznego.

Sfabrykowania?. Tak jakbyśmy musieli fabrykować dowody w tej sprawie. Trochę sobie oczywiście śmieszkuję, ale moje wnioski z całej tej sytuacji już takie wesołe nie są. Przy całej, dostępnej obecnie technologii, pozwalającej nam na natychmiastowe dzielenie się informacjami, coraz bardziej zanika możliwość ich weryfikacji.

Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że wielu odbiorców nawet nie chce weryfikować danej informacji, o ile oczywiście, jest ona zgodna z ich światopoglądem. Tutaj pasowałby żart o polskich serwisach prawicowych, ale ile można kopać leżącego?

Możemy sobie pogratulować

Doprowadziliśmy bowiem do bardzo zabawnej (o ile ktoś ma specyficzne poczucie humoru) sytuacji. Z jednej strony dysponujemy bardzo zaawansowanymi narzędziami i odpowiednią wiedzą, aby stwierdzić, że klimat na naszej planecie zmienia się. Za sprawą ludzi i coraz szybciej. I że na skutek tych zmian, ogółowi naszego gatunku będzie żyło się coraz gorzej.

Z drugiej jednak strony, robimy bardzo wiele, żeby tę wiedzę odrzucić, ponieważ zagraża ona obecnemu status quo naszej cywilizacji, która nadal w dużej mierze opiera się na konsumpcjonizmie napędzanym produkcją jednorazowych sprzętów i zasilanym energią pochodzącą ze spalania paliw kopalnych. To przypomina trochę uzależnienie od szkodliwych substancji i sytuację, w której osoba uzależniona z uporem maniaka twierdzi, że wszystko z nią jest OK i nie chce słyszeć o żadnym leczeniu.

Ograniczenie konsumpcji mięsa? No jak, przecież nie jesteśmy jakimiś krowami, żeby jeść trawę. Zrezygnowanie z węgla jako źródła energii? To przecież zagraża naszemu bezpieczeństwu energetycznemu. Ograniczenie emisji dwutlenku węgla? No jak, przecież…

Mógłbym tak pisać przez kilka stron, ale nie muszę, bo przecież w tym zadaniu zaraz wyręczą mnie komentujący. Zaraz dowiemy się, że właściwie nie ma żadnych naukowych dowodów, które potwierdzałyby antropogeniczność zmian klimatycznych, a same zmiany to naturalny proces, wina Słońca i w ogóle nie ma się czym martwić.

Jedyne, co mnie zastanawia to kiedy i czy w ogóle zmieni się ta narracja. W sensie: jak bardzo musi zacząć być źle, żebyśmy, zamiast kwestionować kolejne apele i ostrzeżenia naukowców, zaczęli się z równą gorliwością domagać się daleko idących zmian. Gdybym miał obstawiać, to powiedziałbym, że nie prędzej, niż za jakieś dwie dekady.

Dołącz do dyskusji