Mam personalną satysfakcję z powodu premierowej porażki Google Stadia

Artykuł/Gry 21.11.2019
Mam personalną satysfakcję z powodu premierowej porażki Google Stadia

Mam personalną satysfakcję z powodu premierowej porażki Google Stadia

Advertisement

Google Stadia – usługa mająca zrewolucjonizować granie za pomocą strumieniowania – okazała się katastrofą. Źle to o mnie świadczy i pokazuje moją małostkowość, ale czuję z tego powodu satysfakcję. Dlaczego? Ponieważ to, co zaprezentował Google, jest antytezą zdrowego rynku gier wideo z graczem postawionym w jego centrum. Google stosuje fatalne praktyki rynkowe i cieszę się, że tak mocno dostało po rękach od pierwszych testerów.

Google pokazał swoje oblicze. Firma udowodniła, że nie zna się na grach wideo, nie ma serca do gier wideo oraz chce wyssać pieniądze klientów w zaskakująco bezczelny sposób. Praktyki po które sięgnął technologiczny gigant przy okazji premiery Stadii są pożałowania godne, nawet biorąc poprawkę na współczesne standardy branży gier. Takie jak skrzynki z losową zawartością czy mikro-transakcje. Google doskonale wie, że ma na swoim koncie wiele grzeszków, ale wśród nich można wymienić cztery grzechy główne.

Grzech I – Gracz na Stadii musi płacić za wszystko potrójnie

Od czysto finansowej strony problem ze Stadią polega na tym, że klient tej usługi musi za wszystko płacić potrójnie. Po pierwsze, na ten moment nie ma innej możliwości aby skorzystać ze Stadii niż zamówić Edycję Fundatora. Taki zestaw kosztuje 130 dol. i składa się z kontrolera, Chromecasta Ultra oraz 3-miesięcznego abonamentu Stadia Pro.

Oczywiście sama Edycja Fundatora do niczego się nie przyda. Aby grać w standardzie 4K, wymagana jest subskrypcja Stadia Pro. Gdy darmowy okres testowy się zakończy, gracz będzie na nią wydawał 9 dol. miesięcznie. Google jest jedyną firmą, którą wymaga PŁACENIA EKSTRA za możliwość grania w 4K. To tak, jak gdybyś bawił się na wydajnym PC, aż tu nagle pojawia ci się komunikat: chcesz odblokować 4K na Nvidii RTX 2080? Skorzystaj z abonamentu GeForce Pro, już od 29,99 zł miesięcznie. Oczywiście gracz nie musi opłacać subskrypcji Stadia Plus. Tyle tylko, że jest wtedy ograniczany do standardu 1080p.

Pozostaje nam jeszcze kupno samych gier. Pozycje w sklepie Stadii są naprawdę drogie. Co prawda Google obiecuje, że co jakiś czas będzie dodawał gry za darmo w ramach abonamentu, lecz na start takich tytułów mamy dwa: strzelaninę Destiny 2 Collection oraz bijatykę Samurai Shodown. Brakuje jasnego komunikatu z jaką częstotliwością będą dodawane kolejne darmowe tytuły. Z kolei katalog sklepowy nie rozpieszcza – na start gracze mają do wyboru raptem 22 gry wideo.

Jeśli więc chcesz wygodnie zagrać na Stadii, musisz zapłacić potrójnie. Najpierw za Edycję Fundatora. Potem za standard 4K. Na końcu za samą grę. Oczywiście nikt nie zmusza do grania w 4K, ale czy nie o to właśnie chodziło w technologii streamingu? O wydostanie się z łańcuchów wymagań sprzętowych, dostając najlepszą możliwą konfigurację graficzną prosto pod nos? Żeby było zabawniej, Stadii nie uruchomimy na telewizorze bez przystawki Chromecast Ultra oraz bez dedykowanego kontrolera. Idea graj gdzie chcesz, na czym chcesz, kiedy chcesz pozostaje więc tylko ideą. Przynajmniej w 2019 r.

Grzech II – Google stworzył platformę gier, bo tak mu wyszło z Excela

Od pierwszej konferencji czuć było, że Google Stadia to produkt ludzi pod krawatem, którzy nie czują, nie rozumieją i nie kochają gier wideo. Początki tego projektu miały zapewne miejsce gdzieś na posiedzeniu zarządu, gdy ktoś zauważył nieustannie rosnące przychody sektora gier wideo. W Google przypomnieli sobie, że posiadają świetną infrastrukturę sieciową, więc postanowili skosić za jej pomocą dodatkowe banknoty. Tylko tyle.

Brak wyczucia i serca do gier pokazuje sam fakt zatrudnienia Phila Harrisona. „Łysy z Microsoftu” położył wcześniej dwie premiery stacjonarnych konsol: najpierw PlayStation 3, następnie Xboksa One. Teraz został jedną z czołowych twarzy promujących Stadię, będąc od 2018 r. product managerem w Google. Aby dopełnić ten obraz, technologiczny gigant mógł zaprosić na scenę jeszcze Dona Mattricka. Byłby to piękny widok.

Oczywiście każdy zasługuje na drugie, trzecie, a może nawet czwarte szansy. Problem ze Stadią polega na tym, że w ogóle nie czuć tutaj pasji do gier. Sztywni pracownicy Google’a mają się nijak do czaderskiego Phila Spencera odpowiedzialnego za Xboksa, otoczonego nimbem kultu Shigeru Miyamoto z Nintendo czy wyglądającego na geeka i nerda Marka Cerny’ego tworzącego konsole PlayStation. Co prawda Google założył własne studio do produkcji gier, ale tytuł na wyłączność dla Stadii jest zaledwie jeden. Do tego wygląda jak produkcja indie stworzona w krótkim czasie.

Miną lata, nim Stadia doczeka się własnego tytułu na miarę Zeldy, Pokemonów, Halo, Gears of War, Uncharted czy Gran Turismo. O ile doczeka się go w ogóle. Biorąc pod uwagę jak szybko i jak łatwo Google ubija własne projekty (co dwa tygodnie zabijana jest jedna usługa), Stadia może trafić na śmietnik historii nim naprawdę rozwinie skrzydła. Małe są na to szanse, bo to projekt perspektywiczny i długofalowy, ale inicjatywy takie jak Inbox czy Daydream również zapowiadały się świetnie.

Doskonałym podsumowaniem gamingowego wyczucia jest zakładka własnego profilu Stadia. Nie można tutaj dodać swojego konta na Twitchu, Discordzie czy Twitterze. Można za to uzupełnić dane o… MSN Messengera oraz Yahoo ID. Witaj ponownie, stary dobry 2004 r. Na spotkaniu zarządu na pewno wszyscy się cieszyli, gdy zapadła decyzja o wdrożeniu tych integracji.

Grzech III – Google zbiera i wyciąga dane na każdej możliwej platformie

Google kocha zbierać dane. O tobie. O twoim samochodzie. O twoim smartfonie. O twoich zakupach i o twojej pracy. Dlatego firma nie mogła się powstrzymać i powiązała Stadię z obowiązkowymi do instalacji aplikacjami. Nawet jeśli chcesz korzystać z usługi strumieniowania gier w przeglądarce Chrome na MacBooku, musisz pobrać mobilną aplikację. Inaczej nie dostaniesz kodu aktywacyjnego, który równie dobrze mógł znajdować się na kartoniku dołączonym do pudełka z Edycją Fundatora. Jednak z jakiegoś powodu go tam nie ma. Przypadek?

Aplikacja jest obowiązkowa nawet jeśli nie zamierzasz grać na smartfonie. Musisz ją pobrać, musisz ją zainstalować, musisz zalogować się za pomocą swojego konta Google i musisz z niej korzystać, bo gigant nie uwzględnił możliwości kupowania gier czy zarządzania abonamentem z poziomu smartTV albo desktopowej przeglądarki. Twoje produkty, twoje metody płatności, twoje preferencje – wszystko to musi być mielone przez aplikację dla Androida oraz iOS, bez której usługa w zasadzie nie działa.

Google po prostu nie mógł się powstrzymać. Nie mogło pozwolić, aby konfiguracja usługi była prosta, łatwa i przyjemna. Nawet jeśli posiadasz hardware, nadaje się on do śmietnika bez ingerencji w smartfon czy tablet. Chociaż jednym ze sloganów reklamowych Stadii jest możliwość grania wszędzie i na czym tylko chcemy, firma wciska swoje obligatoryjne programy na każdą możliwą platformę. O ile rozumiem konieczność korzystania z Chrome’a podczas gry w przeglądarce, tak obowiązkowa instalacja aplikacji-sklepu na mój smartfon to przesada, idiotyzm i działanie wprost antykonsumenckie.

Na szczęście ekspansywność Google’a została ukarana. Firma chciała zmusić graczy do instalacji aplikacji, bo tylko ona gwarantuje otrzymanie kodu aktywacyjnego. Pojawił się jednak problem z wysyłką samych kodów. Masa posiadaczy Edycji Fundatora wciąż ich nie otrzymała, w dwa dni od startu usługi. Na Stadię wylały się w związku z tym zasłużone wiadra pomyj.

Grzech IV – handlowanie nazwami użytkownika

Głównym argumentem przemawiającym za kupnem Edycji Fundatora wcale nie jest kontroler (podobno średni) czy Chromecast Ultra (do dostania w każdym Walmarcie). Prawdziwym, realnym i bardzo przykrym powodem złożenia wielu zamówień przedpremierowych była możliwość zabezpieczenia swojej nazwy użytkownika. Co to właściwie oznacza?

Ano to, iż użytkownicy z zamówieniami przedpremierowymi mogą stworzyć swoje konta gracza wcześniej, wybierając odpowiadające im nicki. Taki nick nie dostaje żadnych dodatkowych cyfr czy znaków, które będą nakładane na darmowe konta. Oznacza to, że jako posiadacz Edycji Fundatora mogę zostać Szymonem Radzewiczem. Później będę już tylko Szymonem Radzewiczem 1990 albo Szymonem_Radzewiczem_69. Nic nieznaczący dodatek? O dziwo wręcz przeciwnie.

Dla wielu możliwość rezerwacji odpowiedniego nicka to bardzo ważna sprawa. Tyczy się to zwłaszcza streamerów, youtuberów czy profesjonalnych graczy e-sportowych. Stąd dzika rozpacz, gdy okazało się iż wielu przeciętnych graczy robi na złość internetowym osobistościom, zajmując ich nicki. Później na takie konto można m.in. próbować wyłudzać klucze oraz recenzenckie materiały u dystrybutorów, a także wprowadzać w błąd mechanizmy wyszukiwania.

O ile sympatii dla youtuberów jest we mnie niezbyt wiele, tak sam proceder trzeba uznać za godny pożałowania. Handlowanie nickami nie przystoi tak wielkiej, tak znanej, tak potężnej firmie jak Google. Technologiczny gigant zachowuje się jak handlarz Mirek na giełdzie komputerowej. Wymachuje pierwszeństwem rezerwacji nazwy jak lewymi wejściówkami do klubu albo na koncert. Na taką praktykę nigdy nie zdecydowało się ani Nintendo, ani Sony, ani Microsoft. O miałkości Google’a najlepiej świadczy fakt, iż jeśli zwrócisz Edycję Fundatora w ramach reklamacji, firma ma osobny mechanizm od zmiany twojego zarezerwowanego nicku na nick powszechny z dodatkowymi znakami.

Po prostu słabo.

Dołącz do dyskusji

Advertisement