Co dwa tygodnie zabijana jest jedna usługa. Dlaczego Google zamyka swoje produkty?

Felieton/Technologie 08.11.2019
Co dwa tygodnie zabijana jest jedna usługa. Dlaczego Google zamyka swoje produkty?

Co dwa tygodnie zabijana jest jedna usługa. Dlaczego Google zamyka swoje produkty?

Wiele wskazuje na to, że Google stał się najbardziej zapracowanym żniwiarzem własnych projektów. Mogliśmy obserwować to we wcześniejszych latach, ale tegoroczne zmiany pokażą, czy w tym szaleństwie jest jakakolwiek metoda. Co się dzieje dokładnie? Google zamyka swoje produkty w takim tempie, że co dwa tygodnie znika przynajmniej jeden z nich.

Na pierwszy ogień weźmy platformę, która miała zrzucić LinkedIna z pozycji lidera w sektorze portali dla pracodawców i pracowników. Mowa tutaj o Google Hire.

O czym?

Zapyta niejedna osoba, bowiem ta usługa zdobyła zbyt małe grono użytkowników, aby zrobiło się o niej głośno. Samo Google jest zdania, że Hire nie zawiodło i na pewno jest w tym ziarno prawdy.

Usługa, mająca premierę niecałe dwa lata temu, zostanie bowiem zamknięta dopiero 1 września 2020 roku. Pozwala to sądzić, że choć jej użytkownicy stanowią niewielką grupę, to stosunkowo znaczącą i oddaną. Nie zmienia to faktu, że dni działania Google Hire są policzone.

Trochę szkoda, bo Hire było czymś naprawdę porządnym, choć najwyraźniej nie dość rewolucyjnym, by przyciągnąć wystarczająco dużo użytkowników. Oferowała co prawda przydatne narzędzia, takie jak integrację z Gmailem i Google Calendar, lecz najwyraźniej było to za mało. Na dziś świat biznesu nadal LinkedInem stoi i nawet taka potęga jak Google temu nie zaradziła.

Rezygnacja z kontynuowania kolejnych przedsięwzięć budzi wśród internautów sporo radości i okazji do dowcipkowania.

Jeszcze nie tak dawno temu mój redakcyjny kolega powiedział, że Google ma gdzieś podstawowe usługi, takie jak społeczności, muzyka, serwis wideo z normalnymi treściami. Nie potrafi ich robić, a jedyne, co wypaliło, to YouTube, bo go kupili. Ile w tym racji?

Sporo wskazuje na to, że Google realizuje plan, którego główne założenie zawiera się w powiedzeniu „po trupach do celu” (powstał nawet portal internetowy o wdzięcznej nazwie The Google Cemetery).

Jakkolwiek makabrycznie by to nie brzmiało, na koniec dnia liczy się skuteczność.

Choć znikają liczne programy, aplikacje i usługi, nie można powiedzieć, że obrana przez Amerykanów strategia to strzał w kolano, który zakończy się jedną wielką klapą, a internetowy gigant stoi na glinianych nogach. Byłoby to potworne kłamstwo i wyolbrzymienie. Google po prostu zdaje sobie sprawę, że nie ilość, a jakość stałych usług ma znaczenie.

Prawdą jest, że błyskawicznie znikają zarówno mniej popularne projekty oraz te, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Przykładem tych pierwszych może być wspomniany Hire czy np. YouTube Messages.

Najpopularniejszy serwis wideo pozbawił użytkowników bezpośrednich wiadomości na rzecz udostępniania ich na stronie głównej. Google chce, by YouTube był społecznością twórców z prawdziwego zdarzenia i ten sposób komunikacji wydaje im się bardziej zasadny.

Wśród tych drugich najgłośniejszym echem odbiło się zamknięcie Google+ i Google Reader.

Istniejące 8 lat Google+ rzuciło wyzwanie samemu Facebookowi, największemu graczowi, niemalże monopoliście na rynku portali społecznościowych. Wróciło na tarczy, bowiem powodem jego zamknięcia było małe zaangażowanie użytkowników.

Przy tej okazji szczególnie bawią zarzuty, że programiści z Mountain View nie radzą sobie z tworzeniem społeczności. Co najmniej jakby nie zauważyli istnienia Google Reviews, Maps czy serwisu YouTube.

Każdy z nich umożliwia ocenianie, komentowanie i dzielenie się z innymi użytkownikami sieci swoim zdaniem. Wszystkie te serwisy wyraźnie tworzą internetowe społeczności w sposób naturalny, niezastąpiony, a przy tym łatwy do przeoczenia.

Z tego obrotu spraw programiści Google wyciągnęli odpowiednie wnioski. Można przypuszczać, że nad nową alternatywą dla Facebooka pracować nie zamierzają, bo w sumie i dlaczego by mieli?

Jeszcze większym echem odbiła się chyba śmierć Google Readera, w Polsce działającego jako Czytnik Google. Ten agregator informacji przez jakiś czas był najpopularniejszym czytnikiem RSS, lecz nadal nie dość popularnym. Funkcjonował naprawdę dobrze, pozwalał wygodnie przeglądać treści z różnych źródeł, więc oddani – lecz nieliczni, zdaniem Google’a – fani zapłakali. W zamian dostaliśmy Google News, tak więc „coś za coś”.

Takie akcje w przedsiębiorstwie z Mountain View nie są nowością. Firma od lat robi porządki w swoim ogródku i zawsze powoduje to przesadne zamieszanie w sieci. Śledząc google’owskie trendy, możemy jednak zauważyć, że to strategia, która budowana jest od dawna, więc po co ta cała panika?

Niektórych może to irytować, lecz Google zamyka swoje produkty, bo może. W końcu kto bogatemu (i zdolnemu!) zabroni?

Czy to źle? Nie sądzę. Ważne jest to, by zakończenie istnienia jednego projektu przekładało się na rozwój innego, bądź też funkcjonowanie firmy jako całości, a tak w Google się dzieje.

Nie mówimy tu przecież o zwyczajnej firmie, a potężnym przedsiębiorstwie, które praktycznie w każdej dziedzinie swojej działalności operuje konkretnymi protokołami i systemami oceny produktu.

Prawda jest taka, że testując konkretne rozwiązania pozwala sobie na sprawdzanie rynku, w tym badanie oczekiwań użytkowników – nikt nie zaczyna jeździć na rowerze, dopóki nie nauczy się chodzić i doskonale widać to na przykładzie kolejnych produktów Google’a.

Ostatecznie praca metodą prób i błędów, choć na pierwszy rzut oka nieefektywna, popłaca. Gwarantuje rozwój marki choćby z racji na generowanie potężnej dawki danych do analizy.

Ten, kto daje i zabiera… ten znów daje

Na szczęście znikanie poszczególnych aplikacji czy usług przekłada się na inne doskonalsze produkty. Coś, co nie wypaliło, jest świetną nauczką i startem w lepiej przygotowany projekt.

Pokłosiem zamknięcia Google+ jest znacznie lepsza jakościowo usługa Google Business, bo to z mechaniki pożegnanej platformy sporo przełożyło się właśnie na usługę dla przedsiębiorców.

Zamknięcie klienta pocztowego Inbox to podobna historia. Funkcjonowaniu tej usługi nie można było zbyt wiele złego zarzucić i miała ona pokaźne grono użytkowników. Minimalistyczny, a przede wszystkim funkcjonalny interfejs robił bardzo dobre wrażenie.

Mimo to Google zdecydowało się go zamknąć, zapowiadając, że chcą się skupić na jednym kliencie pocztowym. Jak powiedzieli, tak zrobili. Inboxa już z nami nie ma, za to Gmail został ulepszony.

Swobodnie można przypuszczać, że zamknięcie Google Trips, czyli narzędzia, które pozwalało planować użytkownikom podróże wraz z możliwością rezerwacji m.in. hoteli i przelotów, także przyniesie pozytywne zmiany. Być może opcje dotychczas dostępne w ramach Trips zostaną zaimplementowane do Google Maps – wydaje się to najbardziej oczywistym następstwem zakończenia wspomnianego projektu po 3 latach jego istnienia.

Google nie słabnie, a cały czas się rozwija – w końcu nie od razu zbudowano Rzym…

Pamiętajmy, że Google zaczęło podbój Internetu od bycia najlepszą wyszukiwarką informacji, a dzisiaj jego czołowe produkty są niemal niezbędne do funkcjonowania.

Firma z Mountain View wyraźnie chce się rozwijać horyzontalnie, lecz zanim zacznie biegać w każdej z dziedzin, musi nauczyć się chodzić, a jak wiadomo, ten szczególny rodzaj edukacji pełen jest mniej lub bardziej bolesnych upadków.

Jak ulał pasuje tutaj lekko sparafrazowana wypowiedź Thomasa Wayne’a do młodego Bruce’a z filmów reżyserii Christophera Nolana: „Dlaczego upadamy Bruce? Po to, by nauczyć się, jak wstawać.”

Co, jeśli jednak Google się kończy?

Teoretycznie można tak pomyśleć. Przeglądając fora, newsy itp., można zauważyć, że niektórzy plotkują o niestabilności marki Google. Regularnie słyszymy też jednak doniesienia o końcu świata, a nadal tu jesteśmy.

W końcu co rusz jeden z produktów firmy z Mountain View ląduje w koszu. Może ta cała gadka o rozwoju to mydlenie oczu? Czyżby zmierzch Google faktycznie miał nadejść?

Niespecjalnie.

Wystarczy spojrzeć na wyniki finansowe holdingu Alphabet, do którego słynna firma należy, by zdać sobie sprawę z absurdalności takich zapowiedzi. 19-procentowy wzrost przychodów rok do roku mówi sam za siebie, a zamykanie tych kolejnych nieszczęsnych produktów to – paradoksalnie – przejaw tego rozwoju.

Szeregi Google zasilają nowi specjaliści, przed którymi stawiane są nowe wyzwania. Wyniki finansowe są świetne. Jedne produkty przechodzą do historii, inne rozwijają się i zajmują miejsce w panteonie usług internetowych.

Wieszczenie problemów tego internetowego giganta to nic innego jak słynne dzielenie skóry na niedźwiedziu. Google ma się dobrze i potrafi zrobić kilka strategicznych kroków w tył, by ciągle iść do przodu, serwując nam wyjątkowy rodzaj Moonwalku.

Dołącz do dyskusji