Czy można pokochać piłkarza, którego nigdy nie widziało się na żywo?

Artykuł/Gry 18.11.2019
Czy można pokochać piłkarza, którego nigdy nie widziało się na żywo?

Czy można pokochać piłkarza, którego nigdy nie widziało się na żywo?

John Lundstram. Jeśli nie znacie, to można wam wybaczyć. Pomocnik Sheffield United. Jeśli nie znacie, to też można wam wybaczyć. Nie mylcie ich z Sheffield F.C., czyli pierwszym klubem piłkarskim świata. Tych wypadałoby kojarzyć. 

Tym niemniej, Sheffield United powróciło w tym sezonie do piłkarskiej ekstraklasy Anglii, a John Lundstram stał się jednym z największym piłkarskich nazwisk w internecie, choć klub nie gra wybitnie, a sam zawodnik – co najwyżej nieźle. Jak do tego doszło?

Część czytelników Spider’s Web kojarzy i gra ze mną w Fantasy Premier League. Nasza pajęcza grupa liczy sobie kilkuset członków i cóż – niestety 236 z nich jak dotąd typuje lepiej ode mnie. To gra, w której wyniki spotkań w prawdziwej piłce są bez większego znaczenia, za to ich przebieg jest kluczowy, bo liczą się indywidualne popisy. Jeśli piłkarz gra dobrze, nie traci bramek, strzela gole itd., wtedy my zdobywamy punkty. Na nic zwycięstwo 7-0, jeśli Raheem Sterling jedyne co zrobi w meczu, to złapie żółtą kartkę. A czasem 0-0 cieszy jak nigdy, gdy naprzeciw siebie stają dwaj wybrani przez nas obrońcy.

Wierzcie mi – Fantasy Premier League to naprawdę bardzo poważna “big thing” dla wielu osób, choć może niewidocznych w ogóle społeczeństwa kibiców futbolu, szczególnie w Polsce. Różne są taktyki grania w FPL. Czasami wydaje się wszystko na podstawową jedenastkę i na ławkę 4 graczy rezerwowych wrzuca byle kogo, modląc by Pep Guardiola dał sobie spokój z rotacją. Inni gracze inwestują w – powiedzmy – trzynastkę zawodników, a resztą dobijają dwójką, która nie ma szans na grę, ale kosztuje 4.0 (najmniejszą możliwą wartość) i musi zapchać luki.

I tu na scenie pojawia się John David Lundstram

Na początku sezonu John David Lundstram był w zasadzie nikim istotnym. Niespełnionym juniorem Evertonu, o którym w niebieskim Liverpoolu już nikt nie pamięta. Nie doszacowali go nawet twórcy samej gry, spodziewając się, że ma raczej niewielkie szanse na występy w defensywie słabiutkiego Sheffield. Dlatego też wartość obrońcy oszacowano na 4.0. Trudno się dziwić – skład niepewny, beniaminek, będzie tracił wiele bramek.

Czego twórcy gry nie chcieli uwzględnić w swoich obliczeniach, to fakt, że w sparingach przed sezonem Lundstrama ogrywano w pomocy – składu więc nie stracił, a został przesunięty do przodu. Generalnie im wyżej zawodnik gra w Fantasy Premier League, tym lepiej, ponieważ gra najbardziej premiuje – co zrozumiałe – ofensywne zasługi. Stąd wielka popularność Salaha czy Sterlinga, którzy w swoich meczach bywają tak naprawdę napastnikami, ale kupuje się ich do drugiej linii. Niejako zabija to w grze instytucję napastnika, gdyż konkurencja jest tu naprawdę niewielka, ale taki już jest jej mechanizm – chyba lepiej niczego z tym nie robić, bo jeszcze się coś popsuje. I podobnie z obrońcami. Najlepsi, najcenniejsi, są ci, którzy prócz czystych kont gwarantują asysty, a nawet gole. Nieocenieni byli wahadłowi Chelsea w czasach Conte i Sarriego. Gracze FPL dziś najbardziej doceniają ofensywnego Robertsona i Trenta Alexandra-Arnolda z Liverpoolu lub Digne stacjonującego u lokalnego rywala.

Jeżeli więc gra błędnie klasyfikuje jako obrońcę nawet nie wahadłowego, a normalnego, ordynarnego, pomocnika o zadaniach ofensywnych (defensywnych pomocników ze środka zwyczajowo się nie bierze z racji niewielkich szans na gole i asysty, a tylko symboliczne premie za czyste konta), to jest to okazja. Okazja tym większa, że Sheffield gra – jak na beniaminka – stosunkowo nieźle. Okazja tym większa, że Lundstram gra – jak na człowieka znikąd, którego miejsce w składzie było dyskusyjne – wyśmienicie. A jak na warunki Fantasy Premier League –  również zaskakująco dobrze.

Lundstram gwiazdą mediów

Na tyle dobrze, że prócz punktów za czyste konto, zgarnia też punkty za gole i asysty. W mojej drużynie znalazł się od początku sezonu (dziś coraz ciężej o ekipą bez niego), choć zaczynał na ławce rezerwowych. Obecnie jest graczem podstawowego składu. Sam Lundstram – jak na ironię – wyznał, że otrzymuje więcej wiadomości na temat jego dorobku punktowego w Fantasy Premier League, niż rzeczywistych występów na boisku. Nie wiem czy mówił o tym z żalem (niesłusznie – nikogo poza Sheffield nie obchodzi przesadnie Sheffield United, za to Fantasy Premier League jest już – jak wspomniałem – “big thing”) czy rozbawieniem. W każdym razie stał się bohaterem tego internetu, który z wypiekami śledzi ligę angielską i to w sposób odmienny od kibiców na stadionie czy przed telewizorem.

Uczciwie trzeba przyznać, że w każdym sezonie Fantasy Premier League rodzi się taka nieoczekiwana gwiazda. To czasami zupełnie niezwiązane z futbolowymi umiejętnościami “manie” związane z tym, że nagle nieznany szerzej piłkarz wykonuje tytaniczną pracę na rzecz… internetowych cyferek. Dobrym przykładem jest Gareth McAuley, który kilka lat temu w jesieni swojej kariery rozgrywał sezon życia – przynajmniej z punktu widzenia Fantasy Premier League. W innym wypadku, przed rokiem, nieoczekiwany sukces w Fantasy zbiegł się też z sukcesem docenionym przez świat wielkiej piłki. Aaron Wan Bissaka też był świetną okazją – 4.5 – a po sezonie opuścił Crystal Palace na rzecz Manchesteru United. I w tym również, chyba jako jeden z nielicznych, nie zawodzi.

Czy Fantasy Premier League jest w stanie wypromować zawodnika do Manchesteru United? Moim zdaniem nie – dla profesjonalistów operujących milionami ani gra, ani powodowany nią “hype” nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Jednak same sympatie do klubów i piłkarzy nabywane tą drogą są w mojej ocenie rzeczywiste.

Gry komputerowe a piłka nożna

Gry komputerowe generalnie są dość istotnym aspektem w budowaniu społeczności futbolu. Wielu kibiców mojego ulubionego Interu Mediolan to na przykład wcale nie rezultat pokolenia Ronaldo czy dominacji w Serie A zwieńczonej tryumfem w Lidze Mistrzów w 2010 roku. Często trafiam na opinie, że kibicowanie zaczęło się od Pro Evolution Soccer 6 i duetu Zlatan-Adriano. Pro Evolution Soccer to generalnie seria, która słynie z generowania idoli, ponieważ przed laty bardzo trafnie Konami przewidywało rozbłysk piłkarzy, którzy następnie faktycznie robili kariery (np. Kompany), ale też… korzystając z mechanizmów generowania nowych piłkarzy tworzyli ikony z fikcyjnych elementów. Shimizu czy Mayukins to postacie, do których wzdychali fani serii, choć nawet w społeczności fanów PES były to takie swoiste “pozdro dla kumatych”, bo niewielu graczy grało aż tak zaangażowanie w tryb kariery.

Zaangażowanie i wielu grało z kolei w gry z serii FIFA. I tutaj takim ciekawym przykładem jest G. Silva z FIFA 99. EA Sports jakimś cudem pozyskało licencję na nazwiska wszystkich gwiazd, tylko nie Ronaldo. Fani piłki w ówczesnym czasie, na łamach ówczesnego internetu (czyli szkolnego korytarza) godzinami zastanawiali się gdzie się podział Ronaldo i czy ten G. Silva w Interze to aby na pewno on. I co jest powodem zmiany takiego nazwiska. Może to Bravo Sport przekłamuje i Il Fenomeno w rzeczywistości nazywa się inaczej?

Ale jeśli chodzi o możliwość kreacji marek osobistych, to w mojej ocenie seria FIFA przeszła samą siebie w 2002 roku. FIFA 2003 nie była najbardziej wybitną odsłoną tej gry (zdecydowanie lepiej wspominam trochę komiczne World Cup 2002 z “atomowymi” strzałami, które zostało wydane kilka miesięcy wcześniej), ale przez fanów została zapamiętana z powodu Matteo Brighiego. To zupełnie przeciętny piłkarz, który bez sukcesu otarł się wprawdzie o reprezentację Włoch czy Juventus, ale nie odcisnął na nich żadnego piętna i nawet w Romie był umiarkowanie znaczącą postacią. W 2002 roku grał jednak jeszcze w Parmie. I pewnie nawet nie odnotowałbym faktu jego istnienia, gdyby nie wspomniana FIFA 2003.

Matteo Brighi a FIFA 2003

Nie Thierry Henry, nie Zinedine Zidane, nie Andrea Pirlo, nie Ronaldo (który dopiero co w świetnym stylu został z Brazylią mistrzem świata) byli najlepszymi graczami w FIFA 2003. Był nim Matteo Brighi, którego ogólne umiejętności piłkarskie gra wyceniała na maksymalne 97 punktów. Owszem, chłopak zapowiadał się w tamtym czasie na coś więcej, niż udało mu się ostatecznie osiągnąć. Ale na pewno nie był w tym czasie więcej wart i nie zapowiadał się lepiej od np. Zizou.

Trudno powiedzieć czy to była ślepa wiara EA Sports w talent tego zawodnika. Być może to tylko błąd. A może easter egg ze strony twórców. Było to o tyle zaskakujące, że piłkarze w serii FIFA w tamtym czasie się nie rozwijali. Dostawali tyle punktów, ile EA uznało za stosowne i mogliśmy to zmieniać co najwyżej za pośrednictwem edytora. Gdyby więc 97 wynosił jego “ukryty potencjał”, zapewne nikt nie byłby zaskoczony. Elektronicy uznali go jednak za największą gwiazdę futbolu. A mogli wybrać Cristiano Ronaldo, dziś byliby uznawani za wizjonerów…

W każdym razie: dla starszych stażem sympatyków serii FIFA, nazwisko Matteo Brighiego nie jest obojętne.

Football Managera talentów przypadki

Trochę wizjonerami, a trochę wpadkami są z całą pewnością długie listy talentów z Football Managera. Tutaj możemy wyróżnić dwie grupy – graczy, których talent słusznie został przewidziany przez ludzi ze Sports Interactive oraz współpracujące z nimi grupy “skautów”. I największe niewypały w historii wirtualnego futbolu. Pozwólcie, że skupię się na tej drugiej grupie.

Talentem z – jeszcze – Championship Managera był na przykład Freddy Adu. To chyba najbardziej znana historia tego typu. Amerykanin zwyciężył zresztą w stosownej ankiecie Sport Bible, bo talenty i niewypały z Football Managera to też swoista “big thing” dla pewnego grona ludzi. Chłopak miał mieć niesamowity talent i wprowadzić reprezentację USA do czołówki światowej piłki. Pamiętam, gdy usłyszałem o nim w okolicy 2004 roku, gdy znalazł się na radarze czołowych klubów, w tym wiodącego wówczas prym w wielkich zakupach Romana Abramowicza z Chelsea. Nastoletni Freddy miał być legendą, nieślubnym synem Pelego i z całą pewnością uwierzyli w to twórcy managera, gdyż z nieprzyzwoitą intensywnością zamieniał gole na bramki. Jego kariera nie okazała się jednak nawet średnia. To była tragedia.

Osobiście nabierałem się na kilka talentów z Football Managera. W dawnych czasach cichą nadzieją ligi polskiej był na przykład Rafał Grzelak. W Championship Managerze 4 wyciągnięcie go z zaplecza Ekstraklasy było w zasadzie priorytetem na początku kariery w dowolnym polskim klubie. Pomimo debiutu w reprezentacji Polski, ten lewy skrzydłowy nigdy nie nawiązał do wirtualnych sukcesów. Jakże cieszyłem się, gdy do Interu trafił Gabriel Barbosa – wonderkid z niedawnych edycji Football Managera nie był jednak w stanie przebić się do żadnego europejskiego klubu i wrócił do Brazylii. Podobnie było zresztą w przypadku Kerlona. Oczywiście piłkarzy, którzy sukces odnieśli tylko wirtualnie było wielu, jednak w mojej ocenie Freddy Adu jest absolutnym symbolem “wpadek” (jeśli można tak to nazwać – moim zdaniem niesłusznie) Football Managera.

John Lundstram nie tylko wirtualny

Historii Lundstrama do rzeczonych przypadków porównywać się oczywiście nie da, bo przecież jego sukces jest nie tylko wirtualny.

Faktem jest natomiast, że jest on odczuwalny zdecydowanie bardziej z tej perspektywy wirtualnej, niż rzeczywistej. To jednak nadal powód do radości, ponieważ wiele wskazuje na to, że wirtualny świat jest równie dobrą drogą do rzeczywistej, piłkarskiej miłości, jak każdy inny.

Dołącz do dyskusji

Advertisement