Trwała elektronika i tanie naprawy od 2021 r. Unia Europejska wymyśliła idealny świat, którego nikt nie chce

Felieton/Technologie 02.10.2019
Trwała elektronika i tanie naprawy od 2021 r. Unia Europejska wymyśliła idealny świat, którego nikt nie chce

Trwała elektronika i tanie naprawy od 2021 r. Unia Europejska wymyśliła idealny świat, którego nikt nie chce

Unia Europejska postanowiła: od 2021 r. nowe sprzęty elektroniczne, które trafią do sprzedaży, mają być trwalsze niż dotychczas i łatwe do naprawy w razie ewentualnej usterki.

I to nie są wyłącznie pobożne życzenia. UE postawiła producentom telewizorów, monitorów, lodówek, zamrażarek, pralek suszarek, zmywarek i oświetlenia konkretne warunki – informuje Wyborcza.

Już w momencie projektowania nowego urządzenia producent będzie musiał zadbać o łatwość przeprowadzania jego napraw. Dzisiaj na porządku dziennym są elementy przylutowane w sposób uniemożliwiający ingerencję serwisów. Powszechne jest stosowanie elementów klejonych lub zalewanie niektórych podzespołów tworzywami. Tak uwięzione mechanizmy pracują dobrze do czasu, kiedy pracują dobrze. W przypadku usterki nie da się ich naprawić. Trzeba wymontowywać często połączone w jedną całość liczne podzespoły. Ich cena nierzadko podważa zasadność przeprowadzenia naprawy.

UE zobowiązała również producentów, żeby przez 7-10 lat zapewniali serwisom książki serwisowe oraz dostęp do części zamiennych. To co prawda nadal wyklucza swobodny dostęp do części przez osoby, które chcą na własną rękę naprawić urządzenie, ale otwiera drzwi całej reszcie konsumentów, którzy po upływie gwarancji będą mogli tanio naprawić sprzęt.

Tanio? No właśnie ma być tanio, ale trochę się tego boję. Unia Europejska zapewnia, że walczyła o to, żeby w razie awarii naprawa nie kosztowała majątku. Nie jest jednak pewne kto, czy i jak będzie mógł zagwarantować nam, że naprawy będą rzeczywiście przystępne cenowo.

W praktyce gospodarstwo domowe ma oszczędzić rocznie 150 euro. Są to pieniądze, których nie będzie trzeba wydawać na nowe pralki, zmywarki i telewizory, które zepsuły się tuż po gwarancji, a ich odpłatna naprawa była nieopłacalna.

Wyliczenie jest raczej zrobione na wyrost. Po pierwsze cen napraw w praktyce nikt nie będzie kontrolował. Po drugie producenci już teraz zapowiadają, że dostosowanie się do nowych wytycznych sprawi, że ceny nowych sprzętów poszybują w górę. Zagwarantowanie części zamiennych, wznawianie ich produkcji, magazynowanie i logistyka przez 7 lub 10 lat swoje kosztować musi.

Więcej kasy w portfelu?

UE prowadzi szereg działań mających na celu ochronę środowiska. Parę lat temu mogliście słyszeć np. o tym, że odkurzacze mają być energooszczędne. Pojawiły się wtedy obawy, że ograniczając ich moc ograniczymy ich wydajność. Ta przepowiednia niespecjalnie się spełniła. Dzisiaj bez problemu możemy kupić dobry odkurzacz. Odnoszę jednak wrażenie, że kiedyś odkurzacz za 250 zł odkurzał tak dobrze, jak ten, który dzisiaj kosztuje ponad 1000 zł. Oszczędzamy na rachunkach za prąd, ale pieniądze zostawiamy w innym miejscu.

W teorii działania EU pozwolą do 2030 r. na oszczędność 167 terawatogodzin prądu rocznie. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić, ale na Wyborczej przeczytałem, że to tyle, co w ciągu roku zużywa cała Dania. Albo tyle ile wynosi 5 proc. zużycia prądu w całej Unii. Czyli sporo. Gospodarstwa domowe i przedsiębiorcy oszczędzają w ten sposób 20 mld euro na rachunkach za prąd.

Pytanie, czy tych pieniędzy nie zostawią w serwisach i sklepach z drożejącym sprzętem elektronicznym, pozostaje ciągle otwarte. Stosownych wyliczeń brak.

Planeto, to dla ciebie

Nawet jeśli będzie trzeba kupić droższy odkurzacz albo droższy telewizor, to ma być jeden wygrany – nasza planeta. Mniej szabrowanych surowców naturalnych na nowe sprzęty. Mniej szkodliwych odpadów. Odpowiedzialne zarządzanie surowcami przez recykling. Dłuższy cykl życia produktu. Mniejszy ślad węglowy. Zalet jest sporo.

I nastroje są też takie, że coraz więcej ludzi jest gotowa zapłacić więcej na produkty i usługi, które nie są szkodliwe dla środowiska lub wywierają na nie mniejszy wpływ.

Szaleństwo na eko-bio-niepryskane produkty i moda na papierowe słomki do napojów nie pozostawiają złudzeń. Ogarniamy, że nasze decyzje mają realny wpływ na to, co się dzieje wokół nas.

Ale…

Popatrzmy teraz na rankingi iFixit (co to jest iFixit?). Najniżej ocenione smartfony i laptopy, czyli te, które najtrudniej jest naprawić, to równocześnie te, których najbardziej pożądają klienci i fani nowych technologii.

Nowy MacBook (lepszy od tego, o którego zabijali się dwa dni temu ludzie na Allegro, jakby walczyli o karpia w Lidlu) ma ocenę 1 lub 2 – zależnie od wersji. Gorszy jest Microsoft Surface Laptop, który dostał ocenę 0. Żeby otworzyć ten komputer, nie należy sięgać po śrubokręt. Aby dostać się do środka będzie potrzebny nóż do tapet. Wysuwasz ostrze i tniesz obudowę. Nie muszę mówić, że nie da się jej później przywrócić do stanu fabrycznego, prawda?

Podobnie jest ze smartfonami. Samsung Galaxy Fold, który jest mokrym snem fanów nowinek technologicznych w tym samym rankingu dostał ocenę 2. Innowacyjny w swoim czasie Essential Phone dostał 1. Nowiutki Galaxy Note 10 Plus dostał ocenę 3. Na taką samą zasłużył też Galaxy S10. Popularny, uznany i przystępny cenowo Huawei P20 Pro oceniony został na 4 punkty. Ubiegłoroczne iPhone’y dostały 6 punktów – to więcej niż najbliższa konkurencja, ale nadal daleko od ideału.

A ideał istnieje. Fairphone 1 miał 7 punktów, ale modele Fairphone 2 i 3 dostały już po 10 punktów. Czyli najwięcej ile się dało. To absolutny rekord.

Technicy z serwisu iFixit docenili łatwą możliwość wymiany akumulatora. Samodzielnie można dokonać również wymiany ekranu. Do przeprowadzenia tego zabiegu nie potrzeba żadnych specjalistycznych narzędzi. Elementy, które skręcono zostały połączone za pomocą popularnych śrubek. Śrubokręt potrzebny do ich odkręcenia prawdopobnie znajduje się w każdym z europejskich domów. Poszczególne podzespoły zaprojektowano z dbałością o możliwość wymiany. Psuje się głośnik, to wymieniasz głośnik. Tak samo jest z modułami anteny i kamery- można je otworzyć i wymienić dokładnie ten element, który się uszkodził.

Fairphone 1 zadebiutował w 2013 r. i sprzał się w liczbie 60 tys. sztuk. Fairphone’a 2 pokazano w 2015 r. i sprzedano 115 tys. sztuk. Firephone 3 zadebiutował kilka tygodni temu i jest jeszcze za wcześnie, żeby oceniać wyniki sprzedaży.

Nie ulega jednak wątpliwości, że dotychczasowa sprzedaż idealnego pod względem napraw telefonu leży i kwiczy. Konkurencja sprzedaje taką liczbę urządzeń w ciągu kilku minut od momentu premiery. A raczej sekund.

Wnioski? Wymarzony dla przedstawicieli Unii Europejskiej telefon istnieje i jego jedyny problem polega na tym, że nikt nie chce go kupić.

Gdy przychodzi do podjęcia decyzji zakupowej na temat nowej elektroniki to najczęściej wybieramy najlepsze urządzenie, na jakie nas stać. Kupujemy najlepszy smartfon, tablet, komputer. Tak samo postępujemy w przypadku telewizorów, pralek i lodówek.

Kupując tego typu urządzenia nie zamartwiamy się, że po upływie gwarancji coś może się zepsuć, a naprawa będzie wtedy droga. Albo nawet nieopłacalna.

Fairphone’a nikt kupować nie chce, bo ten super ekologiczny telefon wygląda tak:

Fairphone 3

a nie tak:

samsung galaxy note 10 note 10+ specyfikacja cena

ani tak:

samaung galaxy fold pierwsze wrażenia

ani tak:

Klienci chcą postępu. Chcą nowych i lepszych urządzeń. Chcą lepszych aparatów fotograficznych, większych ekranów, pojemniejszych akumulatorów. I tego wszystkiego chcą w mniejszych, zgrabniejszych i smuklejszych obudowach.

Dzisiaj nawet telewizor wygląda tak:

Będzie szalenie trudno (i drogo) sprostać oczekiwaniom klientów, zachowując przy tym obecne tempo rozwoju elektroniki użytkowej, jeśli przerzucimy się na budowę modułową umożliwiającą łatwe naprawy.

Jeszcze przed erą dotykowych smartfonów pracowałem w autoryzowanym serwisie m.in. Nokii. Żeby dać wam punkt odniesienia powiem, że w tamtych czasach smartfonem nazywaliśmy coś takiego jak telefon Nokia E50. Wtedy na własne oczy obserwowałem, jak postępuje miniaturyzacja. 

Taka Nokia 6020 po rozebraniu na części pierwsze różniła się od Nokii 6500 Classic. Pierwsza była gruba i składało się ją prosto jak kanapkę. Druga była już smukła i upchnięcie wszystkich elementów w obudowie wymagało precyzji. Ale dopiero gdy pojawiły się dotykowe modele, zaczęła się jazda bez trzymanki. 

Coraz więcej usterek lokalne serwisy musiały przekazywać do napraw w centrach serwisowych. Miniaturyzacja galopowała. Płyta główna starej Nokii była kilka razy większa niż płyta główna w pierwszych smartfonach. A przecież na płycie smartfona dzieje się znacznie więcej i jest sporo układów, których nie potrzebowała prosta komórka. Wniosek? Wszystko musiało być mniejsze. Maciupeńkie. 

I to dzięki temu, że utrudniono naprawy nawet autoryzowanej sieci serwisowej, odnieśliśmy taki sukces. Od telefonów komórkowych, które miały kalkulator, dzwonki polifoniczne i grę w węża, w parę lat przeskoczyliśmy do smartfonów, które po podłączeniu z monitorem potrafią z powodzeniem udawać komputer.

Gdyby producenci przez te lata zamiast skupiać się na postępie wymagającym miniaturyzacji skupiali się na łatwej wymianie lub rozbudowie podzespołów, to zginane ekrany oglądalibyśmy nie w Galaxy Foldzie, a wyłącznie w serialach HBO i Netfliksa.

Postęp, postęp, podstęp…

Gdy ludzie zabili już wszystkie dinozaury kamieniami, to zaczęli jeździć konno. Każdy umiał obsłużyć konia. Z przodu wkładasz owies, siano i wodę, z tyłu wypada gówno. Jeśli podczas jazdy jest niewygodnie, to sobie pod tyłek podkładasz koc lub inne siodło. Prosta sprawa.

Potem pojawiły się pierwsze samochody. Było z nimi więcej problemów niż z końmi. Pojawiły się dziesiątki elementów, które mogły się popsuć, które się zużywały i które wymagały naszej uwagi. Ale kierowcy w końcu nauczyli się ich obsługi i samodzielnej wymiany.

Postęp szedł dalej, aż do momentu, w którym korzystanie z samochodu ogranicza się właściwie do opłacania comiesięcznego abonamentu. Płacisz za dostęp do auta, wlewasz do niego paliwo oraz płyn do spryskiwaczy i na tym koniec. Nawet prowadzić za bardzo nie trzeba, bo popularne stają się systemy, które prowadzą za kierowcę. A gdy coś się zepsuje, to nie zaglądasz do kodu źródłowego systemu autopilota, tylko dzwonisz do firmy, od której masz auto, mówisz, że już go nie chcesz i mają dać nowy. I oni to robią.

Odnoszę wrażenie, że Unia Europejska próbuje zatrzymać karuzelę, na której wszyscy goście, a nawet obsługa techniczna, bardzo dobrze się bawią.

Dołącz do dyskusji

Advertisement