Olympus OM-D E-M5 Mark III – jakość i szybkość w malutkim korpusie. Pierwsze wrażenia i zdjęcia

Artykuł/Foto 19.10.2019
Olympus OM-D E-M5 Mark III – jakość i szybkość w malutkim korpusie. Pierwsze wrażenia i zdjęcia

Olympus OM-D E-M5 Mark III – jakość i szybkość w malutkim korpusie. Pierwsze wrażenia i zdjęcia

Gdyby streścić opis OM-D E-M5 Mark III w jednym zdaniu, to można by napisać: korpus, jak z E-M10 Mark III, ale nieco większy, a wnętrze, jak w E-M1 Mark II, ale z drobnymi ograniczeniami. To jednak na tyle dobry aparat, że warto poświęcić zdecydowanie więcej słów. Szczególnie że miałem okazję sprawdzić go w boju w czasie spacerów po austriackich Alpach.

Plastik fantastik, ale uszczelnienia mają być równie dobre

Tego część fanów marki zapewne nie wybaczy. Olympus OM-D E-M5 Mark III nie ma już w pełni magnezowego korpusu. Zamiast tego konstruktorzy zdecydowali się zastosować tworzywo sztuczne. Według zapewnień przedstawicieli producenta ta zmiana wcale nie wyjdzie na złe. Nowy korpus ma bowiem równie wysoki poziom uszczelnień, co poprzednik. Udało się także zejść w dół z wagą do 414 g, podczas gdy poprzednik ważył 469 g.

Biorąc aparat w dłonie po raz pierwszy w zasadzie trudno nawet wyczuć wyraźną różnicę. Szczególnie że dominująca część przedniej części oraz gripa pokrywa guma. Trzeba chwilę poobcować z E-M5 Mark III, aby zrozumieć, że to jednak plastik. Plastik, który pewnie z czasem zacznie się przecierać, błyszczeć na kantach i zachowywać nieco inaczej, niż stop magnezowy.

Na wyjeździe miałem ze sobą korpus E-M5 Mark II, który przeżył niejedne testy,  zapewne w warunkach dużo trudniejszych niż łagodne szlaki spacerowe w Alpach. Korpus nie jest pierwszej świeżości: ma masę zarysowań, a na niektórych kantach wytarła się warstwa farby. Po tych przejściach wygląda po prostu rasowo, dostojnie. Obawiam się, czy jego następca będzie się starzeć z równą mu godnością.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zmianie uległ także przedni grip, który jest teraz wyraźnie głębszy, a także tylny uchwyt na kciuk. Te dwa ulepszone elementy sprawią, że E-M5 Mark III lepie leży w dłoniach, także tych większych. Do E-M1 Mark II oczywiście mu wiele brakuje, ale jest i tak dużo lepiej, niż u poprzednika.

Ergonomia E-M5 Mark III jest przejrzysta i przyjemna. W zasadzie trudno się tu do czegoś doczepić. Konstruktorzy przenieśli koło wyboru trybów na prawo od wizjera, a w jego miejsce wstawiono dwa przyciski, które domyślnie odpowiadają za wybór trybu seryjnego i przełączanie między wizjerem a LCD. W miejscu na wypustce na kciuk umieszczono przycisk ISO.

Przyciski i tarcze pracują z ogromną kulturą. Spust migawki jest nieco bardziej miękki i odrobinę większy, co pozytywnie przekłada się na przyjemność fotografowania. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko niedużego, czułego joysticka do ustawiania punktów AF. Jego funkcję pełni uniwersalny wybierak z tyłu, co też nie jest złym rozwiązaniem. Przyciski z tyłu mogły być odrobinę większe, aby było je łatwiej odnaleźć bez patrzenia.

Identyczny ekran i odświeżony wizjer

Olympus OM-D E-M5 Mark III ma 3-calowy, dotykowy wyświetlacz o rozdzielczości 1,04 mln punktów. To identyczna konstrukcja jak u poprzednika, oraz w modelu E-M1 Mark II. Pozornie nowy aparat ma także identyczny wizjer elektroniczny o rozdzielczości 2,36 mln punktów. W praktyce jednak zmieniono jego układ optyczny. W efekcie powiększenie zmniejszyło się z 0.74x na 0.69x, a odstęp źrenicy wzrósł z 21 do 27 mm. Nowy wizjer elektroniczny jest wyraźnie jaśniejszy, kontrastowy, a wyświetlane przez niego barwy są nasycone.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wizjer w E-M5 Mark II daje bardziej stonowane i naturalne kolory, co mi akurat bardziej odpowiada. Najwyraźniej celownik w Mark III został po prostu inaczej zaprogramowany.

Ekran oraz wizjer w E-M5 Mark III, to nie są konstrukcje z najwyższej dostępnej półki. Oba elementy jednak zupełnie nie przeszkadzają w fotografowaniu i nie odbierają frajdy ze zdjęć. Są po prostu na dobrym poziomie.

121 punktów AF i 10 kl./s to nie rekord, ale w praktyce działa świetnie

Jak na rasowy aparat systemu Mikro Cztery Trzecie przystało, Olympus OM-D E-M5 Mark III ma bardzo dobry mechanizm ustawiania ostrości, także zaczerpnięty z wyższego modelu: 121-punktowy, krzyżowy AF z detekcją fazy na matrycy. Aparat ustawia ostrość błyskawicznie, praktycznie nie robiąc błędów, nawet po zachodzie słońca.

Działa to tak dobrze, jak w E-M1 Mark II, można zatem powiedzieć, że E-M5 Mark III ma jeden z najlepszych systemów AF na rynku. Jedyna rzecz, jaką dostrzegłem, to wykrywanie twarzy i jej śledzenie. W czasie kilku krótkich testów z modelami aparat dosyć szybko i łatwo się gubił.

Olympus OM-D E-M5 Mark III fotografuje z prędkością do 10 kl./s z AF-C. To również nie jest jakiś rekord, ale wystarczająco dobry wynik, aby nie obawiać się, że nie uchwycimy ulotnej chwili. Szczególnie, z trybem ProCapture. Niestety w czasie zapisu zdjęć, aparat jest praktycznie bezużyteczny. Nie zamraża się, można włączyć menu, ale nie da się zmienić parametrów czy podejrzeć wykonanych fotografii.

Największy minus? 250 zdjęć na jednym akumulatorze

Korpus w dużej mierze bazujący na profesjonalnym E-M1 Mark II, ale napędzany akumulatorem z amatorskiego E-M10 Mark III — to się nie mogło dobrze skończyć. I nie skończyło. Olympus OM-D E-M5 Mark III korzysta z niedużego akumulatora BLS-50 – identycznego jak w E-M10 Mark III czy PEN-F. Producent obiecuje, że aparat jest w stanie wykonać ok. 300 zdjęć bez ładowania.

W trakcie testów nie udało mi się tego rezultatu potwierdzić. Wykorzystałem cztery różne akumulatory i na żadnym z nich nie byłem w stanie przekroczyć liczby 250 zdjęć. Nie katowałem akumulatorów, ale też ich nie oszczędzałem: zdjęcia robiłem głównie przez wizjer, zgrywałem po kilkanaście zdjęć na smartfona, przeglądałem je na ekranie.

Na obronę trzeba powiedzieć, że przez sporą część czasu robiłem zdjęcia w niskiej temperaturze, nawet około zera stopni Celsjusza. Przy lepszych warunkach i oszczędnej pracy zapewne udałoby się dobić do 300-350 zdjęć. Tak czy inaczej, nie zmienia to zbyt wiele.

W zestawie z aparatem trzeba kupić przynajmniej 2 dodatkowe akumulatory. Rozwiązaniem jest także ratowanie się power bankiem, który można podłączyć do E-M5 Mark III przez złącze microUSB. Prędkość takiego ładowania nie jest jednak zachwycająca, a w dodatku z aparatu nie można korzystać w czasie uzupełniania energii.

OM-D E-M5 Mark III to niemal modelowy przykład idei aparatu bez lustra

Jak wielu zarzucało sztandarowemu Olympusowi OM-D E-M1X, że zupełnie przeczy idei małego bezlusterkowca, tak Olympus OM-D E-M5 Mark III można potraktować jako modelowy przykład idei takiego aparatu. Jest mały, ale wygodny i z zaawansowaną guzikologią. Bardzo lekki, ale szybki. Z dobrą jakością zdjęć i systemem fantastycznych i niedużych szkieł.

Niestety ma też przywary typowe dla tego typu aparatów: słaby akumulator, jeden slot na kartę pamięci czy przeciętną jakość na wysokich czułościach – chociaż to akurat typowe dla Mikro Cztery Trzecie.

E-M5 Mark III nie jest aparatem rewolucyjnym czy niezwykle innowacyjnym, a raczej rozsądnym. Nie wyrywa się bardzo przed szereg chociaż też nie ciągnie w dół. Idealnie wpasowuje się pomiędzy mniejszego i taniego E-M10 Mark III i profesjonalnego oraz większego E-M1 Mark II. Z każdego z tych modeli czerpie całkiem sporo, dając ciekawy kompromis w postaci niedużego aparatu o dużych możliwościach.

W czasie wyjazdu w Alpy spędziłem z nim prawie dwa całe dni, po kilka godzin bez przerwy na ramieniu i przy oku. Przeszedłem z nim po górach ok. 20 km. W takim trybie fotografowania sprawdził się wyśmienicie.

Zdjęcia przykładowe

Wszystkie przykładowe zdjęcia w pełnej rozdzielczości można pobrać TUTAJ. Fotografie zostały zapisane w formacie JPEG. Niestety, pliki RAW z Olympusa OM-D E-M5 Mark III nie są jeszcze czytane.

Dołącz do dyskusji