Smartwatch ratował mnie przed nałogowym sięganiem po telefon. Doceniłem to, gdy go straciłem

Felieton/Technologie 17.10.2019
Smartwatch ratował mnie przed nałogowym sięganiem po telefon. Doceniłem to, gdy go straciłem

Smartwatch ratował mnie przed nałogowym sięganiem po telefon. Doceniłem to, gdy go straciłem

Muszę się do czegoś przyznać – od miesiąca odblokowuję telefon dużo częściej niżbym chciał. Czuję mrowienie w udzie. Wyciągam telefon z kieszeni, kompulsywnie sprawdzając, czy nie czeka tam jakieś nieodebrane powiadomienie. Od miesiąca nie noszę smartwatcha.

Przez ostatnie 5 lat niemal nieprzerwanie korzystałem z różnego rodzaju smartwatchów. Zaczęło się od niepozornego Pebble’a, potem na moment wpadła Moto 360, a po niej inne zegarki – zarówno z Wear OS od Google’a, jak i z Tizenem od Samsunga.

Lata temu prognozowaliśmy, że smartwatche to martwa kategoria i nie ma szans na długofalowy sukces. Tymczasem premiera pierwszego Apple Watcha zrobiła z inteligentnymi zegarkami to, co z tabletami zrobił iPad – wyniosła je z kategorii „niepotrzebny gadżet dla techno-świrów” do „czadowego akcesorium, które fajnie mieć”. O ile jednak z biegiem lat zapotrzebowanie na tablety stopniowo zmalało (głównie przez coraz większe ekrany smartfonów), tak mam wrażenie, że prawdziwy boom na inteligentne zegarki dopiero nadchodzi.

Trudno jest żyć bez smartwatcha

Gdy słyszę, jak ktoś twierdzi, że smartwatch to zbędny gadżet, mówi mi to jedną z dwóch rzeczy:

  • albo ów ktoś nigdy nie korzystał z inteligentnego zegarka,
  • albo ów ktoś nie korzysta zbyt często ze smartfona.

Na pierwszy rzut oka inteligentne zegarki faktycznie potrafią i robią niewiele. Wyjąwszy fitnessowe potęgi, jak Garmin, smartwatch zazwyczaj dubluje to, co robi smartfon – odczytuje powiadomienia, steruje multimediami, czasem pozwala odpisać na SMS-a lub nawet przeprowadzić rozmowę telefoniczną. Tylko tyle, a raczej… aż tyle.

Największą siłą smartwatcha okazuje się bowiem nie to, jak wiele potrafi, a to, do jakiego stopnia odciąga nas od naszych smartfonów.

Według aktualnych badań aż 66 proc. posiadaczy smartfonów jest od nich uzależnionych. Według badań twórców aplikacji Rescue Time, telefon odblokowujemy średnio 58 razy dziennie, choć są źródła, które mówią nawet o 150 razach dziennie.

Jestem w stanie uwierzyć, że prawda leży gdzieś pośrodku, zwłaszcza gdy patrzę na własne statystyki zużycia – średnio odblokowuję telefon 74 razy dziennie, a w ubiegłym tygodniu zrobiłem to maksymalnie 129 razy w ciągu jednego dnia.

Badania potwierdzają też, że aż w 70 proc. przypadków odblokowujemy telefon… po nic. Sesje po odblokowaniu ekranu w 70 proc. przypadków trwają mniej niż 2 minuty.

Zaglądamy do smartfona po jakąś pierdołę; albo odpisujemy na powiadomienie, albo też robimy szybką rundkę Facebook->Twitter->Instagram i chowamy telefon do kieszeni. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

Tutaj smartwatch okazuje się niespodziewanym wybawieniem. Zwalczanie jednego urządzenia drugim jest niemal jak zwalczanie ognia ogniem, ale wiem z własnego doświadczenia, że to naprawdę działa.

Dopóki nosiłem smartwatch na ręce, moje wykorzystanie smartfona było niższe o co najmniej połowę. A już na pewno sięgałem po telefon wielokrotnie rzadziej, gdyż robiłem to tylko wtedy, gdy faktycznie była taka potrzeba.

Przez te 5 lat zdążyłem już zapomnieć, jak to jest nie mieć na nadgarstku inteligentnego zegarka. Wcześniej w tym roku próbowałem na tydzień zastąpić inteligentny zegarek zwykłym i był to udany eksperyment… dopóki trwał tylko tydzień. Teraz, kiedy na skutek opieszałości Google’a (a może złej woli Apple’a, któż to wie) mój smartwatch z Wear OS stał się bardzo drogim przyciskiem do papieru, jestem zmuszony do smartwatchowej abstynencji od blisko 4 tygodni.

Miesiąc bez smartwatcha wystarczył, bym zaobserwował niepokojące zmiany we własnym zachowaniu.

Co najgorsze, po raz pierwszy od wielu lat znów czuję tzw. „wibracje fantomowe” w udzie, czyli wrażenie, jakby smartfon wibrował, nawet gdy nie wibruje. Od lat nie korzystam z dzwonków (bo uważam, że to po prostu niegrzeczne), więc w całości polegam na wibracjach telefonu. Sęk w tym, że mając telefon w kieszeni spodni nie zawsze tę wibrację czuję, zwłaszcza gdy np. jestem na spacerze z psem.

To z kolei rodzi problem w postaci nadmiernego wyciągania telefonu z kieszeni, by sprawdzić, czy aby na pewno niczego nie przegapiłem. Uprzedzając uwagę, która zapewne padnie w komentarzu – tak, większość powiadomień mam wyłączonych. Nie interesuje mnie informacja o lajku na Facebooku lub spamie w mailu. Docierają do mnie tylko rzeczy ważne: połączenia telefoniczne, wiadomości z Messengera i Slacka. Tych rzeczy nie mogę przegapiać. Niestety – przez to, że nie mam na nadgarstku zegarka, zdarza mi się nie zauważyć powiadomienia. Sprawdzam więc telefon profilaktycznie, wyciągając go z kieszeni z alarmującą częstotliwością.

Jak dowodzą badania Rescue Time, wyciągnięcie telefonu z kieszeni jest zaś katalizatorem dla uzależnienia od smartfona. Rodzi bowiem reakcję łańcuchową – wyciągamy telefon z kieszeni raz, na krótko, ale chwilę później wyciągamy go po raz drugi, tym razem na dłużej. 2 minuty sprawdzania mediów społecznościowych mogą przerodzić się w 40 minut bezmyślnego scrollowania tablicy i angażowania się w bezproduktywne dyskusje polityczne. Been there, done that.

Żadnego z tych problemów nie miałem, nosząc smartwatch.

Inteligentny zegarek kompletnie zmienił sposób, w jaki korzystam z telefonu.

  • Nie sięgam po niego, by sprawdzić, czy nie przegapiłem powiadomienia – bo przecież wiem, że gdy dostanę powiadomienie, zegarek mi o tym powie.
  • Nie mam wibracji fantomowych – bo między zegarkiem a skórą nie ma warstwy materiału, która mogłaby stłumić wibrację, więc nigdy nie przegapiam momentu, w którym smartwatch zawibruje.
  • Nie sięgam po telefon w celach błahych, jak sprawdzenie czasu, pogody czy nadchodzących pozycji w kalendarzu – mam to wszystko widoczne gołym okiem na zegarku, więc nie muszę wyciągać telefonu z kieszeni. Co za tym idzie, znacznie rzadziej narażam się na wpadnięcie w spiralę niekontrolowanego scrollowania.
  • Nie muszę sięgać po telefon, by sterować odtwarzaną muzyką czy podcastem – zmienić piosenkę lub przewinąć audycję mogę prosto z nadgarstka, nie odrywając się od tego, co akurat robię.
  • Nie muszę mieć telefonu zawsze przy sobie, zwłaszcza w domu – telefon może sobie leżeć w drugim pokoju, podpięty do ładowarki, czy po prostu z dala ode mnie, a ja i tak niczego nie przegapię, bo powiadomienie zobaczę na smartwatchu.

Przykłady można mnożyć i mnożyć, i są to tylko pozorne błahostki. W istocie to bardzo istotne zmiany w zachowaniu i sposobie korzystania z telefonu.

Paradoksalnie okazuje się, że smartwatch jest najlepszym remedium na uzależnienie od smartfona, jakie istnieje. Spisuje się o wiele lepiej od wszystkich aplikacji ograniczających inne aplikacje. Jest skuteczniejsze od wszystkich Cyfrowych Dobrostanów i Czasów przed ekranem razem wziętych.

Dobitnie uświadomił mi to ostatni miesiąc, po którym wiem jedno: trudno mi dalej żyć bez smartwatcha i muszę jak najprędzej przywrócić właściwy porządek rzeczy. Co prowadzi do jednego pytania:

Jaki smartwatch wybrać?

Podjąłem już decyzję, że skoro brak smartwatcha na nadgarstku ma na mnie tak negatywny wpływ, koniecznie muszę kupić nowy. Sęk w tym, że… nie wiem jaki.

Naturalnym wyborem wydaje się Apple Watch. Kilka tygodni temu zresztą pisałem, że przy obecnej cenie Series 3 taki zakup to wręcz oczywisty krok. Koledzy z redakcji z dłuższym stażem w rezerwacie przekonali mnie jednak, że to zupełnie bez sensu – przepaść technologiczna między AW3 a AW5 jest ogromna, a z kolei Apple Watch Series 4 powoli znika ze sprzedaży, a tam, gdzie jeszcze jest dostępny, kosztuje tak dużo, że lepiej już kupić Series 5.

Inna sprawa, że… Apple Watch jest nazbyt filigranowy. Wersje ze szkłem szafirowym są stanowczo za drogie, a wersje bez niego zbyt delikatne, bym mógł używać zegarka nie cackając się z nim. Prowadzę dość aktywny tryb życia, z częstymi wizytami w lesie i na plaży, a choć Apple Watch spełnia normy IP, to coś czuję, że nurkowanie w piasku albo kąpiel błotna by się mu nie przysłużyły.

Niestety w świecie iPhone’a jest Apple Watch, a potem nic. Pustka. Dopiero gdy spojrzymy w stronę zegarków fitnessowych znajdziemy Garminy, Suunto i inne Polary, które z kolei są bardziej fit niż smart. A że nie zwykłem biegać 20 km albo robić triathlonów w weekendy, nieszczególnie pasuję do grupy docelowej chociażby Garmina. Mimo wszystko to właśnie Garmin może okazać się najlepszym wyborem, strice ze względu na wytrzymałość. Fenixem 5 Plus podobno można ogłuszyć niedźwiedzia (tak słyszałem), więc podejrzewam, że żaden las nie będzie mu straszny.

Do tego Apple Watch = zamknięcie w ekosystemie Apple’a. Nie miałbym może nic przeciwko, gdyby nie to, że regularnie testuję smartfony z Androidem, a też nie jest powiedziane, że zostanę z iPhone’em na dłużej niż rok. Niestety, odkąd Wear OS nie działa z iOS 13, wybór zegarków multiplatformowych znacznie się zawęził – zostały w zasadzie tylko wspomniane zegarki fitnessowe oraz Galaxy Watch, który jest co prawda świetnym zegarkiem, ale jego możliwości na iOS są jeszcze bardziej ograniczone niż w przypadku zegarków Google’a.

Wiem jednak na pewno, że jakiś smartwatch muszę mieć.

Jakkolwiek to brzmi, uzależniłem się od poczucia braku uzależnienia. Smartwatch dawał mi wolność od smartfona. Brak smartwatcha z kolei poskutkował efektami ubocznymi, jakich kilka lat temu bym nie podejrzewał.

Mogę bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że smartwatche zmieniły moje życie, czy może raczej sposób, w jaki zrządzam swoim cyfrowym życiem.

Jeśli więc ktoś szuka skutecznego sposobu na walkę z uzależnieniem od smartfona, oto on: kup smartwatch. Tylko go potem nie zdejmuj.

Dołącz do dyskusji