Wstydzę się korzystać z Facebooka

Felieton/Social media 23.10.2019
Wstydzę się korzystać z Facebooka

Wstydzę się korzystać z Facebooka

Facebook ma tak mocną pozycję, że w praktyce nie znajdziemy dla niego (i jego usług) interesującej alternatywy. Z drugiej strony ma tak złą prasę, że niemal brzydzę się z niego korzystać.

Apple, Google, Amazon, Microsoft, Coca Cola – a gdzie podział się Facebook? Serwis społecznościowy, z którego korzysta grubo ponad 2 mld użytkowników w miesiącu, nie znalazł się w pierwszej dziesiątce najbardziej wartościowych marek według Interbrand. Zajął dopiero 14. miejsce. Odległe, jak na medium, które ma tak gigantyczny wpływ na internet.

Zestawienie z połowy października można oczywiście postrzegać na kilku płaszczyznach. Z jednej strony brane są kryteria czysto ekonomiczne, a także siła oddziaływania marki. Z drugiej – na poziomie symbolicznym – możemy zobaczyć, jak naprawdę postrzegany jest dziś Facebook.

Spójrzmy na Marka Zuckerberga, który dwoi się i troi, żeby wykreować się na męża opatrznościowego, a w praktyce ciągany jest od przesłuchania do przesłuchania. W środę – na przykład – ma zeznawać przed Kongresem w sprawie kryptowaluty Libra. Wcześniej wielokrotnie odpowiadał na pytania polityków dotyczące fake newsów, ochrony danych użytkowników itp.

Zuckerberg próbuje zrównoważyć te występy własnymi inicjatywami. Niedawno przez kilkadziesiąt minut przemawiał na Uniwersytecie Georgetown na temat wolności słowa.

W nudnawym wystąpieniu opowiadał o historii debaty publicznej, przypominał fakty z historii, a w gruncie rzeczy tłumaczył się i próbował zdobyć punkty wizerunkowe.

Nie sądzę, żeby było właściwe, by w demokracji prywatna firma cenzurowała polityków czy wiadomości – zapewniał Zuckerberg.

Powoływał się również na wolność decyzji przypisaną obywatelom w systemie demokratycznym oraz wyrażał wiarę w dawanie głosu ludziom, bo jak się wyraził: „wierzy w ludzi”.

Zuckerbergowi dzielnie wtóruje Sheryl Sandberg. Dyrektor operacyjna Facebooka właśnie raczyła oświecić świat stwierdzeniem, że reklamy polityczne nie są emitowane w mediach społecznościowych dla pieniędzy, ale dla dyskursu politycznego. Jeżeli jesteście skłonni wierzyć w te bajeczki, przypomnijcie sobie, że grubo ponad 90 proc. przychodów Facebooka stanowią reklamy. Głównie te emitowane w kanale mobilnym.

Zuckerberg jak szpieg z krainy deszczowców.

Zuckerberg kojarzy się z aferami wokół jego firmy. I choć w 2019 r. jest ich znacznie mniej niż w krytycznym dla serwisu roku ubiegłym, to Facebook nie ma szans na odbudowanie zaufania u świadomych użytkowników.

Oczywiście pojawia się pytanie, ilu z ponad 2 mld użytkowników w miesiącu jest w stanie wskazać z imienia i nazwiska szefa firmy. Po prawdzie wszystkie te medialne afery rozgrywają się w eksperckich bańkach i mało obchodzą przeciętnego użytkownika.

Widzimy to również na Spider’s Web, gdzie tematy związane z Facebookiem nie zyskują dużego audytorium, chyba że dotyczą nowych funkcji serwisu czy aplikacji. Innymi słowy, czytelników nie bardzo interesują kolejne wpadki giganta. Ciekawi ich za to tryb ciemny w Messengerze.

Facebook jest jak dostawca energii – specjalnie nie mamy wyboru.

Jedni korzystają z Facebooka z nudów, przewijając w wolnej chwili aktualności i rozdając polubienia pod zdjęciami kotów, dzieci i jedzenia. Inni robią to, bo muszą. Moja znajoma, która z z założenia stroni od usług Facebooka, musiała założyć sobie konto, bo wymagał tego projekt, nad którym pracuje w międzynarodowym zespole. O zgrozo, Messenger i zamknięta grupa na Facebooku stały się platformami komunikacyjnymi do jego obsługi.

Sam również korzystam z Facebooka, bo muszę, choć od dawna bardzo rzadko udostępniam coś w tym serwisie. Messengera używam, bo z częścią znajomych mogę dogadać się tylko za jego pośrednictwem.

Należę do grupy sceptyków idei mediów społecznościowych reprezentowanej przez firmę Zuckerberga, ale patrząc na znajomych wiem, że często mogliby utożsamić Facebooka z internetem. Oznacza to, że sieć i Facebook to dla nich pojęcia tożsame i nawet często mniej ważne niż usługi Google’a.

Tacy użytkownicy czerpią z Facebooka wiedzę o świecie i o innych ludziach. Nie chcę nawet domyślać się, jakiej jakości jest to wiedza, skoro wśród udostępnianych źródeł znajdują się łańcuszki i platformy rozprzestrzeniające fake newsy.

Facebook tożsamy z internetem to wielkie marzenie Zuckerberga.

Być może niewyartykułowane wprost, ale potwierdzone agresywną polityką firmy, jej ogólnoświatową ekspansją i gładką mową o internecie dla wszystkich, łączeniu ludzi i dawaniu im głosu.

Facebook tożsamy z internetem, to również wielkie zagrożenie dla pluralizmu i debaty. Mark Zuckerberg bowiem udaje, że nie wie o tym, iż użytkownicy jego serwisu tkwią w bańkach swoich przekonań i zainteresowań i nie wychylają nosa, by poznać opinie i przekonania innych.

Szef Facebooka może rozpływać się nad tym, że w jego serwisie każdy ma głos, ale nie zająknie się, że usłyszą go przede wszystkim ludzie o podobnych zapatrywaniach. Różnorodność oferowana przez Facebooka jest iluzoryczna, a i tak ludzie z różnych stron barykady dołożą swoje trzy grosze, krytykując moderację serwisu. Bez względu na to, po której stronie będą, zarzucą Facebookowi stronniczość.

Dołącz do dyskusji