Hit Game Boya okazał się największą premierą Switcha tego roku. Recenzja The Legend of Zelda: Link’s Awakening

Recenzja/Gry 25.09.2019
Hit Game Boya okazał się największą premierą Switcha tego roku. Recenzja The Legend of Zelda: Link’s Awakening

Hit Game Boya okazał się największą premierą Switcha tego roku. Recenzja The Legend of Zelda: Link’s Awakening

Wydawało się, że nic nie pobije tegorocznego rekordu należącego do Super Mario Makera 2. Nieoczekiwanie remake gry z kultowego Game Boya zdominował rankingi sprzedaży, grając na sentymencie graczy pamiętających 1993 r. The Legend of Zelda: Link’s Awakening jest do bólu wierne oryginałowi sprzed ponad dwóch dekad i samo to można uznać za fenomen.

The Legend of Zelda: Link’s Awakening pojawiło się w 1993 r. Była to pierwsza odsłona serii stworzona na Game Boya. Co ciekawe, LA początkowo powstawało jako mobilny port The Legend of Zelda: A Link to the Past ze stacjonarnej konsoli NES, tworzony po godzinach przez pełnych pasji pracowników Nintendo. Link na ekranie Game Boya spodobał się kierownictwu tak bardzo, że deweloperzy dostali zielone światło na stworzenie własnego, autonomicznego projektu na wielką skalę.

The Legend of Zelda Link’s Awakening z 1993 r.

Jako tytuł na Game Boya, Link’s Awakening odcinał się od wielu schematów poprzednich odsłon. Przygoda nie rozgrywała się na kontynencie Hyrule. Nie było tutaj księżniczki Zeldy do uratowania. Symbolu Triforce również nie ma czego szukać. Zamiast tego Link budzi się na wyspie Koholint, z której wydostać może go jedynie uśpione bóstwo. Aby je przebudzić, gracz musi zebrać wszystkie muzyczne artefakty, a następnie zagrać na nich magiczną pieśń. Dokładnie to samo zadanie mają do wykonania gracze w 2019 r., sięgając po remake dla Nintendo Switcha.

Nowe The Legend of Zelda: Link’s Awakening wprowadza szereg bardzo przyjemnych usprawnień.

Zmiana która od razu rzuca się w oczy to przejście ze środowiska 2D do 3D. Chociaż rozgrywka wciąż jest prowadzona w dwuwymiarowym rzucie, wszystkie modele i obiekty zostały wykonane w trzech wymiarach. Następnie na wirtualny świat nałożono silny efekt głębi, tworząc w ten sposób przepiękne, urocze dioramy z rozmytym tłem. Podobny efekt widzieliśmy między innymi w Tearaway dla PS Vity oraz Octopath Travelerze na Switchu. Do tego nowy Awakening urozmaica narrację filmowymi scenkami, których próżno szukać w oryginale.

Inne nowości? Bardzo spodobało mi się, że tarcza i miecz mają stałe miejsce w ekwipunku. Tak samo bransoleta wzmacniająca siłę czy buty dodające szybkości. Co za tym idzie, kieszenie pozostają wolne dla przedmiotów użytkowych, jak magiczny proszek czy piórko pozwalające przeskakiwać rozpadliny. W grze z 1993 r. żonglowanie przedmiotami było o wiele bardziej problematyczne. No i trwało odpowiednio dłużej. Inna różnica to maksymalna liczba serc do zebrania. Aż 20 na Switchu, wobec 14 w wersji dla Game Boya. Remake pozwala także zapisać stan rozgrywki w dowolnym momencie.

Nie wszystkie nowe pomysły są jednak trafione. Kreator podziemi brzmi świetnie, ale wyszedł tak sobie.

The Legend of Zelda: Link’s Awakening łączy swobodną eksplorację wyspy z liniowymi podziemiami pełnymi wrogów, zagadek i wyzwań. Remake idzie jeszcze dalej, pozwalając tworzyć własne dungeony w oparciu o już odkryte i pokonane podziemia. Brzmi to świetnie. Zwłaszcza mając w pamięci możliwości Super Mario Makera 2. Niestety, w praktyce kreator pozwala na znacznie mniej niż moglibyśmy sądzić. System opiera się na gotowych blokach, pozostawiając mało miejsca do zabawy detalami.

W praktyce owoce kreatora to te same podziemia które pokonujemy w trybie fabularnym, lecz ze zmienioną kolejnością pomieszczeń. Potencjał był znacznie, znacznie większy. Gdyby Link’s Awakening posiadał osobny agregator dungeonów tworzonych przez społeczność przy pomocy zaawansowanych narzędzi, niesamowicie wydłużyłoby to żywotność nowej Zeldy. Zamiast tego mamy moduł, o którym zapomnimy w połowie zwiedzania wyspy. Główny trzon przygody jest zbyt dobry, aby męczyć się z tym uproszczonym dodatkiem.

Niesamowite, że mechanika gry z 1993 r. potrafi bawić aż ćwierć wieku później.

Nowe The Legend of Zelda: Link’s Awakening to niezwykle wierny remake. Mamy tutaj do czynienia z tymi samymi przeciwnikami, bossami, broniami oraz taktykami. Niektóre starcia minimalnie różnią się ze względu na nowe proporcje ekranu, ale co do zasady jest to wierne odtworzenie hitu sprzed lat. Takie w skali jeden do jednego. Wszystkie drzewa i głazy są na tym samym miejscu. Wszystkie zbiorniki wodne są tych samych rozmiarów. Układ wyspy jest identyczny. Bałem się, że tak wierne przywiązanie do gry z 1993 r. będzie błędem. Błędem było się bać.

W praktyce The Legend of Zelda: Link’s Awakening jest nieziemsko grywalne. Ba – dopiero po ćwierć wieku naprawdę doceniam, jak wspaniałą strukturę rozgrywki zaproponowało swojego czasu Nintendo. Przygoda jest zmienna, a gracz cały czas zostaje zaskakiwany nowymi mechanizmami oraz możliwościami. Wachlarz naszych ruchów i ciosów stale się powiększa, a lokacje są tak zróżnicowane, jak to tylko możliwe. Skrywający tajemnicę cmentarz, wartka rzeka, pełne przepaści wzgórza – co teren, to nowe sposoby na pokonywanie pułapek i przeciwności.

The Legend of Zelda: Link’s Awakening to jedna z tych produkcji, w której jest 110 proc. gry w grze. Chodzi o czystą zabawę. To jak esencja wizyty w salonie z automatami w latach 90-tych. Każdy cios mieczem i każdy blok tarczą daje frajdę. Taką naturalną, dziecięcą wręcz frajdę. Jest jednak jeden element, który nie daje mi spokoju… to spadki płynności. Czuć je zwłaszcza na otwartych terenach, gdy na ekranie znajduje się wielu przeciwników oraz wiele interaktywnych obiektów. Dziwne. Niemożliwe do zbagatelizowania. Frustrujące.

The Legend of Zelda: Link’s Awakening to bardzo dobra gra, która jak ulał pasuje do Switcha.

Nintendo stawia bardzo ładną klamrę kompozycyjną. Kultowy Link’s Awakening z 1993 r. był pierwszą mobilną odsłoną Zeldy. Remake jest z kolei odsłoną najnowszą, ale wzoruje się na klasyku sprzed ćwierć wieku jak to tylko możliwe. Pomimo upływu tak wielu lat, gra Japończyków wciąż bawi, wciąż cieszy i wciąż zaskakuje. Trudno o lepszy dowód na to, jak ponadczasowe potrafią być produkcje Nintendo i jak wyjątkowe są na tle konkurencji. The Legend of Zelda: Link’s Awakening mogło być lepsze, ale niewiele lepsze.

Największe zalety:

  • Zmienna, ewolucyjna rozgrywka łącząca eksplorację, walkę i zagadki
  • Przepiękne dioramy i urocze modele 3D
  • Usprawnienia ułatwiające korzystanie z gry
  • Ponadczasowa, niezwykle grywalna produkcja pełna magii Nintendo
  • Przyjemnie zawadiacki poziom trudności
  • Misje poboczne, znajdźki, sekrety

Największe wady:

  • Kreator podziemi nie wypalił
  • Szkoda, że kończy się tak szybko
  • Odczuwalne spadki płynności
  • Oddałbym nerkę za opcjonalnego co-opa w stylu Super Mario Odyssey

Dołącz do dyskusji

Advertisement