W końcu wyjątkowo wybitna gra pod flagą Microsoftu. Gears 5 pięknie eksperymentuje z formą – recenzja

Recenzja/Gry 09.09.2019
W końcu wyjątkowo wybitna gra pod flagą Microsoftu. Gears 5 pięknie eksperymentuje z formą – recenzja

W końcu wyjątkowo wybitna gra pod flagą Microsoftu. Gears 5 pięknie eksperymentuje z formą – recenzja

Zaczęło się okropnie. Bohaterowie Gears 5 odwiedzają kolejny stary bunkier Koalicji, walcząc z dokładnie tymi samymi wrogami. Oj będzie średniak – pomyślałem sobie, rozcinając na pół kolejnego potwora piłą lancera. Pierwsza godzina – dwie z Gears 5 wypadają słabiutko. Na szczęście gra pięknie się rozwija, wprowadzając nowe mechaniki i zaskakując nowymi pomysłami. Gdyby wszystkie produkcje Microsoftu były realizowane na tym poziomie, Xbox One byłby dzisiaj w zupełnie innym miejscu.

Pierwszą sytuacją, dzięki której twórcy Gears 5 zyskali moje uznanie, była odważna, silnie eksperymentalna scena w teatrze. Moment był na tyle wyjątkowy, że poświęcę mu osobny tekst wypełniony spoilerami. Tutaj napiszę tylko, że studio The Coalition w końcu pokazało odwagę. Udowodniło, że nie boi się bawić formą. Że chce zaskakiwać. Pierwszy raz poczułem wtedy, iż Gears 5 to coś więcej niż tylko rzemiosło opłacanych przez Microsoft wyrobników. Drugim takim momentem był wyjazd pojazdem śnieżnym na otwartą przestrzeń.

Sekwencje w otwartym świecie to przyszłość serii Gears of War.

Gears 5 nie jest strzelaniną z naturalnie otwartym środowiskiem, jak Far Cry czy RAGE. To wciąż przede wszystkim korytarzowa gra akcji, w której gracz od czasu do czasu może wybrać lewą lub prawą ścieżkę. Poruszanie się po otwartym świecie jest w Gears 5 zaledwie dodatkiem, dostępnym przez mniejszą część rozgrywki. Twórcy delikatnie flirtują z tym konceptem wolności, jak gdyby sugerując fanom, czym Gears of War może być w odległej przyszłości.

Mnie taka przyszłość bardzo by się podobała. Otwarte obszary zostały bowiem wypełnione opcjonalnymi bazami, grotami, jaskiniami i wrakami. W nich walczymy z wymagającymi przeciwnikami oraz zdobywamy cenne nagrody. Koncepcja przypomina trochę poboczne grobowce z serii Tomb Raider. Tyle tylko, że zamiast planów budowy łuku czy czekana dostajemy mody do towarzyszącego nam drona. Jego najpotężniejsze ataki oraz umiejętności wsparcia można zdobyć wyłącznie eksplorując otwarty teren.

Poruszanie się saniami napędzanymi wiatrem jest zadziwiająco przyjemne. Leniwe dialogi rozmawiających ze sobą bohaterów umilają podróż. Majaczące w oddali obiekty zawsze budzą ciekawość. Nie sądziłem, że eksploracja będzie tak udanym elementem Gears 5, ale właśnie tak jest. Oddanie w ręce graczy większej swobody sprawiło, że nie męczyłem się jak podczas rozgrywki w Gears of War 4. Otwarte obszary są relaksujące. Pozwalają odetchnąć. Stanowią świetną zmianę tempa. Szkoda, że twórcy nie postawili silniej na tej aspekt rozgrywki.

Pod względem wymiany ognia nie zmieniło się jednak wiele – to wciąż klasyczne Gearsy.

Postaci wydają się nieco szybsze, mniej masywne i mniej ociężałe niż w pierwszych trzech odsłonach serii. Jednak sama wymiana ognia, samo zachowanie broni jest bardzo podobne. Jak zwykle mam problem z karabinami maszynowymi, które wydają mi się śmiesznie słabe. Strzelanie ze strzelb jest niezmiennie przyjemne. Granaty dalej mnie frustrują ślamazarnym rzutem. Bieganie, przywieranie do ścian, głaskanie towarzyszy w ramach pierwszej pomocy – wszystko jest dokładnie takie, jak było. Mimo tego śmiem powiedzieć, że to najbardziej rewolucyjna odsłona Gears of War od… powstania Gears of War.

Skąd taka teza? The Coalition znacząco modyfikuje system wspólnej gry kooperacyjnej, a także dodaje wiele, naprawdę wiele nowego w aspekcie rozgrywek sieciowych. Dlatego chociaż mechanizm ostrzału, osłony czy walki wydaje się ten sam, zmieniło się wszystko dookoła. Jednak po kolei:

Gears 5 to masa wielkich zmian. Od teraz kampania fabularna jest rozgrywana przez 3 graczy.

GoW z ery konsoli Xbox 360 zachwycało możliwością przejścia kampanii w trybie kooperacji, razem ze znajomym siedzącym zaraz obok. Teraz znajomych może być aż trzech. Dwóch z nich wciela się w żołnierzy Koalicji, podczas gdy trzeci ląduje wewnątrz blaszanej obudowy drona o nazwie Jack. Co prawda Jack nie posiada tych samych możliwości co humanoidalne postacie, ale stanowi za to świetne wsparcie. Oślepia, zamraża, razi prądem, zastawia pułapki oraz leczy. Jeśli macie młodsze rodzeństwo, które bardzo chciałoby zagrać z wami, Jack będzie tutaj idealny. Robot nie jest bowiem priorytetem na celownikach Roju.

Drugą wielką zmianą jest dla mnie wprowadzenie zupełnie nowego modułu pod nazwą Ucieczka. To osobny tryb multiplayer, w którym samobójcza grupa musi wydostać się z gniazda Roju. Moduł wymusza kooperację, przy jednoczesnej i nieustannej walce z czasem. Co więcej, tryb pozwala tworzyć społeczności własne mapy, które następnie są rozgrywane przez innych graczy. Niestety, na ten moment Ucieczka częściej nie działa niż działa, a mnie udało się rozegrać raptem dwie sesje z nowym trybem. To zbyt mało aby stwierdzić, czy moduł będzie równie kultowy co Horda.

Trzecia spora zmiana to odważne eksperymenty z lokacjami oraz przeciwnikami. Już odsłonę temu The Coalition wprowadziło do bestiariusza roboty oraz autonomiczne pojazdy. Studio podąża tym tropem, w kapitalny i ciekawy sposób łącząc maszyny z potwornościami zamieszkującymi planetę Sera. Grając w Gears 5 zobaczymy także lokacje kompletnie odbiegające od klasycznych widokówek serii. Ośnieżone góry i jeziora to jeszcze nic w porównaniu z czerwonym morzem piasku. Pustynne lokacje do złudzenia przypominają Mars z Destiny, łącząc surowe otoczenie z zaawansowanymi technologiami. Mniam.

Czwarta wielka nowość to umiejętności specjalne. Permanentna obecność drona kompletnie zmienia rozgrywkę. Dzięki niemu możemy skorzystać z energetycznej tarczy odbijającej pociski wroga, albo nawet przeciągnąć członka Roju (niestety chwilowo) na swoją stronę. Jack posiada aż 7 umiejętności specjalnych, a każda w drastyczny sposób wpływa na taktykę drużyny oraz przebieg starcia. Świetnie, naprawdę świetne urozmaicenie walki. Sytuacja, w której przejmujemy wrogiego Boomera, a ten robi sieczkę z oddziałów wroga, powoduje uśmiech od ucha do ucha.

Z radością odnotowuję także, że pierwszy raz od lat bohaterowie Gearsów są ciekawi.

Przeniesienie środka ciężkości z relacji Marcusa Feniksa i syna Jamesa na rodzinny dramat Kait Diaz to świetna decyzja. Dzięki niej producenci mają szansę opowiedzieć coś kompletnie nowego, do tego widzianego z unikalnej perspektywy. Jednocześnie postacie Feniksa oraz jego syna wciąż się pojawiają, ciekawie ewoluując w tle. Interesujący jest zwłaszcza rozwój Jamesa. Synalek tatusia zmienia się nie do poznania. Cała ekipa, łącznie z Braidem oraz nowym nabytkiem w postaci Fahza, jest ciekawa i dobrze rozpisana. Wśród towarzyszy broni nie ma nudnych sylwetek.

Niestety, tego samego nie da się powiedzieć o przeciwnikach. Chociaż Rój pojawił się raptem w Gears of War 4, nie pozostało w nim nic ciekawego. Mocno brakuje wyrazistej sylwetki charyzmatycznego szwarccharakteru, który motywowałby do działania. Bez niego poczynania Roju, chociaż bardzo ekspansywne i drapieżne, są niemal niewyczuwalne. Kolejne ludzkie miasta zamieniają się w perzynę, ale dla nas ciekawsza będzie misja poboczna na pokładzie opuszczonego samolotu. Co generał RAAM, to generał RAAM.

Długa, mocna, zróżnicowana kampania fabularna to wielka siła Gears 5.

The Coalition nabrało odwagi. Twórcy świetnie żonglują motywami, tempem oraz mechanizmami rozgrywki. Nie pozwalają się nudzić. Przygoda jest zmienna i ciekawa, a scenarzyści poczynają sobie śmielej niż kiedykolwiek wcześniej. Na każdym kroku można znaleźć nawiązania do wcześniejszych odsłon gier, a także komiksów na licencji. Producenci zdecydowanie odrobili zadanie domowe, jeżeli chodzi o uniwersum. Gears 5 to jedna z tych gier, po przejściu których spędzasz godziny na fanowskiej Wiki, wracając nawet do wojen Pendulum. Albo i wcześniej.

Niestety, przedpremierowa wersja posiada bardzo ograniczony dostęp do modułów sieciowych. Nie jestem więc w stanie powiedzieć, jak wypada nowa Horda czy klasyczny PvP. Do tego Gears 5 zaskakuje głupimi błędami. Czasami produkcja potrafi się zamrozić na ekranie wczytywania. Innym razem proces automatycznego zapisu ciągnie się w nieskończoność, w konsekwencji zawieszając rozgrywkę. Tutaj i tam fragmenty gruzu lewitują w powietrzu. To techniczne potknięcia, których nie powinno być w grze tego kalibru. Liczę, że premierowa łatka naprawi sprawę.

Największe zalety:

  •  Najlepsza gra akcji na wyłączność dla XONE (i Win10) w historii tej konsoli
  • Otwarty świat!
  • Na Xboksie One X gra wygląda olśniewająco
  • Kampania co-op do 3 graczy jednocześnie
  • Poszerzenie multiplayera o Ucieczkę i kreator lokacji
  • Odważny scenariusz, świetna zabawa formą i klimatem
  • Umiejętności drona wprowadzają powiew świeżości do walk
  • Marcus Fenix

Największe wady:

  • Fatalne błędy techniczne (błędy zapisu, zamrożenia, wysyp do menu głównego)
  • Rój wieje już nudą, brakuje ciekawego szwarccharakteru
  • Niejasne, wprowadzone na siłę paczki z kosmetyczną zawartością (multi)
  • Ponownie niesatysfakcjonujące zakończenie

Dłużej. Więcej. Ładniej. Mocniej. Takie jest Gears 5. To bardzo udana odsłona, która świetnie miesza nowe i stare. Znane i nieznane. Nie ma tutaj co prawda tego ciężkiego klimatu pierwszych dwóch odsłon, ale jest za to wiele zupełnie nowych, naprawdę dobrych pomysłów. Sekwencje z otwartym otoczeniem jak najbardziej zdały egzamin, z kolei bohaterowie są żywsi i ciekawsi niż kiedykolwiek. Od razu czuć, że The Coalition dokonało wielkiego postępu. Pokazało pazur. Wyrobiło się. I chociaż marka Gears of War nie rezonuje już tak silnie jak w czasach Xboksa 360, posiadaczom Xboksów One nie wypada nie zagrać w ten tytuł.

Kapitalna gra akcji i jeden z niewielu powodów do zazdrości wśród posiadaczy PS4.

Dołącz do dyskusji