Zawodnik wagi (naprawdę) ciężkiej. Garmin Fenix 6X Pro Solar – recenzja

Recenzja/Sprzęt 13.09.2019
Zawodnik wagi (naprawdę) ciężkiej. Garmin Fenix 6X Pro Solar – recenzja

Zawodnik wagi (naprawdę) ciężkiej. Garmin Fenix 6X Pro Solar – recenzja

Jeśli na pytanie „co powinien mieć twój nowy zegarek sportowy” odpowiadasz „wszystko”, to dobrze trafiłeś. Dobrze trafiłeś też w przypadku, kiedy do tej odpowiedzi po namyśle dodajesz jeszcze „i ładowanie solarne”.

I tak – najnowsza generacja serii Fenix od Garmina ma właściwie wszystko. Żeby jednak było zabawnie, zdecydowanie nie są to zegarki dla wszystkich. Zacznijmy jednak od podstaw.

Fenix 6, 6S czy 6X?

W tym roku Fenixów jest więcej niż do tej pory, przez co i większy jest rozstrzał cenowy między poszczególnymi wariantami. Zachowano wprawdzie podział rozmiarowy, na 6S, 6 i 6X, ale do tego dołożono jeszcze odmiany Pro – z WiFi, muzyką i mapami, przy czym nie dotyczy to 6X (on zawsze ma wszystko). Do serii 6X dołączył natomiast wariant Pro Solar, z opcją ładowania solarnego (o nim później).

Poza tym zachowane zostały opcjonalne odmiany ze szkłem szafirowym i wersje specjalne.

W rezultacie uzyskujemy taką listę modeli:

Fenix 6S – koperta 42 mm, ekran 1,2″ 240×240:

  • 6S – ok. 2650 zł
  • 6S Pro – ok. 3100 zł
  • 6S Pro i Sapphire – ok. 3550 zł

Fenix 6 – koperta 47 mm, ekran 1,3″ (większy o 17 proc.), 260×260:

  • 6 – 2650 zł
  • 6 Pro – 3100 zł
  • 6 Pro Sapphire – 3550 zł
  • 6 Pro Sapphire z tytanową ramką – 4000 zł

Fenix 6X – koperta 51 mm. 1,4″, 280×280:

  • 6X Pro – 3350 zł
  • 6X Pro i Sapphire – 3750 zł
  • 6X Pro Solar – 4200 zł

Sporo tego, choć wybór ogranicza się głównie do decyzji, czy chcemy wersję podstawową czy Pro (WiFi, mapy, muzyka), a jeśli już wybierzemy jedną z nich, to czy potrzebujemy jak najmniejszego zegarka (choć w serii Fenix brzmi to zabawnie) czy może czegoś większego. Dopłata do szafirowego szkła (w wersji bazowej – Gorilla Glass 3, w Solar – Power Glass), ładowania solarnego albo tytanowej ramki zależy już wyłącznie od naszej definicji rozsądnej kwoty za zegarek. 

Do mnie trafił przy tym ostatni sprzęt z tej listy. I jest kilka dobrych powodów, dla których będę za nim tęsknił, i kilka równie dobrych, dla których zdecydowałem, że na razie nie zdecyduję się na jego zakup (ani 6-tki w żadnej innej formie), zostając przy tym zegarku, który aktualnie posiadam.

To po kolei – co jest dobre, a co złe w Fenixie 6X Pro Solar?

Ekran. Nareszcie.

Powody do radości są dwa. Pierwszy jest czysto użytkowy – Fenix 6X ma teraz wyświetlacz o przekątnej 1,4 cala (280×280 pikseli) i jest największy w historii tej serii. Przekłada się to przede wszystkim na powiększenie wszystkich elementów, co wyraźnie zwiększa ich czytelność w biegu (nie przesadzam). Umożliwia to też przeniesienie niektórych wskaźników (jak widoczny powyżej wskaźnik strefy tętna) na ekrany dzielone z innymi statystykami – wcześniej taki wskaźnik musiał zajmować osobny ekran danych (teraz mogą być dwa takie pola danych na jednym ekranie!).

Gdyby tego było mało, mamy możliwość wygospodarowania aż 8 (!) pól danych na każdym ekranie (6 w Fenixie 6). Jeśli więc komuś nie są potrzebne większe cyfry, z radością przyjmie pewnie dodatkowe pola.

Drugi powód do radości jest raczej estetyczny. Fenix 6 w końcu nie ma aż tak gigantycznych czarnych pasów dookoła ekranu, przez co wyglądem zaczyna się zbliżać do współczesnych smart zegarków. Na jego tle taki 945 wygląda jak dziecięca zabawka albo produkt sprzed kilku ładnych lat.

Większy ekran to też większe mapy, choć 1,4″ to nadal nie jest idealna powierzchnia do ich podziwiania. PS. Doszedł teraz też ciemny motyw dla map (i będzie dla 945)

Oczywiście jest jeszcze sporo miejsca do rozwoju. Ekran w 6X Pro można określić niemal dokładnie takimi słowami, jak ekran w… Fenixie 3. Jest bardzo praktyczny, świetnie widoczny w każdych warunkach, a jednocześnie… nie jest tak piękny, jak u reszty smart zegarkowej konkurencji. Nie chodzi przy tym o to, że między F3 i F6X nie ma różnicy w tej kwestii – jest i to ogromna. Ale dalej czekam na moment, kiedy zerknę na ekran Fenixa z taką samą przyjemnością, jak na ekran Apple Watcha.

Albo przynajmniej wskazówka na analogowej tarczy Fenixa nie będzie miała schodków…

Niestety taki ekran musiał się gdzieś zmieścić…

Tak, nowa generacja Fenixów jest odrobinę smuklejsza od poprzedników, ale to i tak ogromne zegarki – a 6X jest po prostu gigantyczny, przynajmniej dla kogoś, kto na co dzień korzysta z 945. I owszem, kiedyś z radością całymi tygodniami paradowałem z Fenixem 3 (ta sama masa – 82 g, takie same wymiary koperty – 51×51 mm) i jakoś nie miałem z tym problemu, ale dziś… mają do wyboru 945 i 6X Pro Solar wolałem założyć na nadgarstek ten pierwszy sprzęt. Nie miałem też problemu z tym, żeby go potem nie zdejmować przez kolejne dni, podczas gdy Fenix 6X często nie zostawał na mojej ręce nawet do momentu położenia się spać.

Z drugiej strony – wiem, że wielu osobom, niekoniecznie ćwiczącym w warunkach ekstremalnych – po prostu podoba się wzornictwo Fenixa i są w stanie pogodzić się z wagowymi niedogodnościami. Jeśli tak – 6X zdecydowanie nie powinien nikogo rozczarować, bo w tej masie skrywa się po części poczucie niezniszczalności, bardzo przyjemne podczas dłuższych wędrówek albo trudniejszych treningów.

Szkoda tylko, że szkło szafirowe nie jest standardem w obrębie przynajmniej całej serii 6X. Już bez przesady – to zegarek za minimum 3350 zł, a i tak trzeba dopłacić do szafiru, bez tego dostając tylko Gorilla Glass 3? Nieładnie, bardzo nieładnie…

W dużej obudowie zmieści się sporo akumulatora

I to na tyle dużo, że fani biegów ultra nie powinni być rozczarowani. Pomijając nawet opcjonalne ładowanie solarne, w trybie oszczędnym Fenix 6X zapewni nam 120 godzin ciągłego zapisu trasy. Jeśli kupimy odmianę Pro Solar, doliczmy do tego jeszcze 28 godzin (o ile będą odpowiednie warunki).

W trybie standardowym 6X powinien wystarczyć na ok. 60 godzin zapisu (plus 6 godzin ze słońca), natomiast w trybie GPS i muzyki – 15 godzin (plus godzina ze słońca). Oprócz tych wszystkich trybów jest jeszcze ekstremalny tryb ekspedycyjny (do 46 dni plus 10 dni ze słońca) i możliwość tworzenia własnych zestawów zarządzania zużyciem energii. 

Na czym to polega? W nowym menu (dostępnym na razie wyłącznie dla F6) znajdziemy różne, gotowe tryby zasilania, różniące się ustawieniami podstawowych elementów. Jak zresztą widać na obrazku, tryb 120-godzinny odłącza czujnik tętna, telefon, wyłącza funkcje muzyczne i rejestrację GPS aktywuje w trybie UltraTrac. Podobnie fabryczny Tryb kurtki po prostu odłącza niepotrzebny optyczny czujnik tętna w zegarku, który tylko marnowałby akumulator. I takie tryby możemy sobie również tworzyć samemu, dostosowując je do naszych potrzeb.

Jak mają się te wszystkie deklaracje do rzeczywistości? Niestety zbyt krótko miałem F6X, żeby uczciwie od 100 do 0 proc. przetestować np. tryb ekspedycyjny. Patrząc jednak na wyniki krótszych testów dla pozostałych trybów – całość wygląda zdecydowanie obiecująco.

Przy okazji cieszy też fakt, że Garmin podpatrzył u Suunto (i nawet zdecydowanie rozbudował) opcje związane z informowaniem o tym, co ma jaki wpływ na akumulator i na ile starczy nam jeszcze energii. Przy starcie aktywności mamy wyraźnie zapisane, ile w danym trybie godzin treningu możemy zarejestrować. Przy zmianie systemu lokalizacji (GPS, GLONASS, etc.) też od razu widzimy, który tryb zapewni nam dłuższą pracę bez dodatkowego ładowania.

A jeśli chodzi o ładowanie solarne – nie liczcie na cuda

Ta nowość zdecydowanie przyćmiła pozostałe zmiany (w tym najbardziej widoczną – ekran), choć moim zdaniem przyda się bardzo, bardzo niewielu osobom.

Przede wszystkim trzeba wprost napisać jedno – to nie jest funkcja, dzięki której zapomnicie na długie miesiące (z wyjątkiem zimy) o tym, gdzie położyliście ładowarkę. Nic z tego, nie łudźcie się, że wychodząc na spacer z psem – nawet w środku dnia – podładujecie wyraźnie akumulator 6X. Nic z tego, cały ten proces jest dużo, dużo, dużo, dużo wolniejszy i wymaga spędzenia na wolnym powietrzu naprawdę długich okresów.

Jak długich? Na pewno dłuższych niż godzina – zostawiłem na tyle 6X na pełnym, prażącym słońcu. Po tych 60 minutach stan naładowania akumulatora nie drgnął ani o procent. Nie jest to więc idealne rozwiązanie na ładowanie naszego sprzętu, kiedy jego akumulator jest bliski ładowania.

Z drugiej strony, skoro jakoś ten akumulator z wykorzystaniem energii słonecznej jednak ładujemy, to możemy swobodnie założyć, że będziemy mogli zminimalizować zużycie energii z akumulatora w trakcie dłuższych wypraw. Nie zastąpi to absolutnie powerbanka, ale może sprawi, że sięgniemy po niego później albo będziemy po niego sięgać rzadziej.

Dodatkowo dostajemy w menu osobną zakładkę z historią poziomu ładowania słonecznego – jak widać w dniu robienia zdjęć nie szło mi to najlepiej.

PS. Nie miałem wprawdzie okazji porównać wyświetlacza wersji Pro Solar do zwykłego Pro, ale jeśli chodzi o czytelność/widoczność w słońcu raczej nie mam żadnych powodów do narzekania.

Nowy układ ekranu głównego – mam potężne wątpliwości (choć sam układ jest w porządku)

A właściwie to niesmak. I nie chodzi o kwestie estetyczne. Pod tym względem jest bardzo dobrze – Garmin po prostu zdecydował się zamiast osobnych ekranów połączyć wszystkie widgety w jeden, wyświetlając po trzy jednocześnie. Czyli jeśli wcześniej pogoda, stan treningu i ostatnia aktywność były trzeba osobnymi ekranami, teraz są jednym. Różnica? Nie jestem przekonany, czy jest ogromna, ale na pewno jest trochę mniej przeklikiwania się. Oczywiście pod wciśnięciu prawego górnego przycisku przechodzimy standardowo do bardziej rozbudowanej wersji widgetu:

Pomijając drobne niekonsekwencje w UI, które pewnie zostaną wyprasowane z czasem – jest w porządku.

Niesmak natomiast związany jest z tym, że ten nowy ekran widgetów potrafi… zamulić. Tak, potrafi się pojawić sekunda opóźnienia w zegarku za ponad 4000 zł. Domyślam się, że ma to związek z tym, że teraz zegarek musi wczytać nie jeden ekran danych, a kilka ekranów i kilka zbiorów danych, z których część pewnie musi pobrać z sieci. Ale to i tak niczego nie zmienia. Podobnie jak to, że pomimo wydajniejszego procesora 6X nadal nie przewija map płynnie.

Z drugiej strony nie mogę natomiast narzekać na stabilność oprogramowania. Przez ok. 2 tygodnie testów 6X Pro Solar nie wymagał ani jednego restartu i ani razu nie zamroził się na dłużej. Na wszelki wypadek jednak nie dam gwarancji na pełną bezawaryjność – mój 945 potrafi się od czasu do czasu zawiesić i jedynym ratunkiem jest reset (na szczęście niezbyt często i na szczęście wraca do stanu sprzed zawieszenia).

Na duży plus – uzupełnienie braków

Może nie tyle braków, co nowości, które były już w serii Forerunner (głównie w 945), a nie było ich w Fenixie. Mowa m.in. o:

  • module GPS od Sony
  • aklimatyzacji wysokościowej
  • pulsoksymetrze
  • aklimatyzacji cieplnej
  • uwzględnieniu temperatury przy kalkulacji VO2 max
  • szczegółowym podziale obciążenia i obciążenia wysiłkiem
  • automatycznym/manualnym komunikacie alarmowym/ratunkowym
  • Body Battery
  • częstotliwość oddechu

Ubolewam przy tym mocno, że o ile taki podział i analiza treningów w dłuższym okresie daje dobry wgląd w to, jak trenujemy, to nie generuje żadnych sugestii czy porad. Czyli nie dostajemy np. pod nos propozycji, żeby dzisiaj zrobić np. 8×600, bo brakuje nam tego rodzaju treningów. Nie, nic z tego, musimy się tego sami nauczyć.

Na pocieszenie – naprawdę w podsumowaniu treningu znajdziemy zapis częstotliwości oddechu (o ile mamy czujnik na klatkę piersiową):

Trochę przy tym smuci, że chociażby dokładniejszą analizę treningową (szczegółowy podział obciążenia, etc.) utrzymano z daleka od posiadaczy wciąż dość świeżych Fenixów 5 Plus. Nie sądzę, żeby nie były w stanie poradzić sobie z tym sprzętowo.

Na nie mam zdania: PacePro

Trochę dziwne, ale w porównaniu do 945 jest to chyba jedna albo jedna z większych nowości z kategorii czysto sportowych. Na czym polega? W dużym uproszczeniu to system, który pozwoli nam zaplanować tempo biegu poszczególnych etapów podczas zawodów w zróżnicowanym terenie.

A dokładniej – wrzucamy plik z planem trasy (tak jest najłatwiej) i ustalamy, w jakim czasie albo z jakim tempem chcemy ją pokonać:

Na kolejny etapie dostajemy proponowany przez Garmina podział, z uwzględnieniem podbiegów, które pokonujemy wolniej, a także zbiegów czy fragmentów po płaskim.

Dla każdego z tych etapów dostajemy też dokładną rozpiskę, jakim tempem musimy biec, żeby na koniec uzyskać zakładany rezultat. Możemy przy tym podzielić takie etapy na kilometry, mile, a także – co ma chyba najwięcej sensu – na zmiany wysokości. Do wyboru mamy też to, czy chcemy zacząć szybciej, a potem zwolnić, czy odwrotnie, oraz to, czy chcemy wolniej biec pod górę, żeby nadrabiać na reszcie trasy, czy może odwrotnie.

 

Po ustawieniu tego wszystkiego dostajemy gotowy plan trasy, który możemy zgrać do zegarka. Ten z kolei będzie nas w trakcie treningu albo wyścigu informował cały czas o tym, czy biegniemy za szybko czy zbyt wolno.

Niestety miałem trochę za mało czasu i mam za mało doświadczenia z górskimi biegami, żeby stwierdzić, czy ta funkcja ma sens. Zapowiada się jednak obiecująco i czekam aż tylko trafi na 945, żebym mógł się z nią lepiej zapoznać.

Na plus – muzyka i płatności. I… to, za co ludzie lubią Fenixa

Nie jest to żadna nowość, więc na wszelki wypadek tylko wspominam w ramach przypomnienia – F6X Pro (i wszystkie Fenixy Pro) oferują muzykę (m.in. całkiem dobrze działające Spotify, żadnych problemów ze słuchawkami Bluetooth), natomiast wszystkie, bez żadnego wyjątku, obsługują Garmin Pay. I choć tego systemu płatności nie wspiera w tym momencie w naszym kraju zbyt wiele banków, to zawsze można to obejść, korzystając chociażby z… Revoluta (sprawdziłem, działa).

Z kolei na drugim biegunie oczywistości są wszystkie funkcje sportowe czy outdoorowe. Trudno znaleźć cokolwiek, czego w Fenixie mogłoby brakować – zaczynając od codziennego biegania, a kończąc na wielodniowych wyprawach. Wszystkie tryby, wszystkie pola danych, wszystkie czujniki, wszystkie opcje personalizacyjne – wszystko jest.

Czyli mamy – jak to w przypadku Fenixa bywa – rzadko spotykaną na rynku kombinację ostatecznego zegarka sportowego z całkiem przyzwoitym smart zegarkiem.

A jak jest z czujnikiem tętna?

Nowość w porównaniu z Fenixem 5 Plus – w 6 zastosowano taki sam czujnik jak m.in. w 945 (podejrzanie często przewija się tutaj ten model). Efekty nie są więc przesadnie zaskakujące…

Jeśli chodzi o spokojniejsze biegi, to – w porównaniu do chociażby osobnego, optycznego czujnika od Polara, F6 radzi sobie bez większego zarzutu:

Tak, miejscami ten wykres jest odrobinę rozjechany, ale to głównie kwestia skali – w większości miejsc różnica zamyka się w 2-4 BPM. Aczkolwiek zdarza się, że Fenix 6 będzie miał trochę gorszy dzień. Przykładowo tutaj trochę kiepsko radził sobie na początku, po czym pod koniec też na chwilę odskoczył o 5 BMP od niemal w 100 proc. zgodnego 945 i OH1.

A jak jest z interwałami? Tutaj 5 krótkich, ale mocnych sprintów, w porównaniu do OH1 i czujnika na klatkę piersiową od Garmina. Efekt:

Trudno tutaj do czegokolwiek się przyczepić, może poza samym początkiem, gdzie każde (!) urządzenie miało swoje zdanie na temat tego, jakie mam tętno. Na późniejszych etapach różnice pomiędzy sprzętami ponownie wynosiły mniej więcej 2-4 BPM i to przy najwyższych wskazaniach.

A GPS?

Tutaj niech za przykład posłuży prosty, krótki bieg, w którym od razu widać, że nie do końca wszystkie trzy urządzenia zgadzają się ze sobą. Co jest jeszcze ciekawsze – iPhone i 945 w podsumowaniu podały dokładnie ten sam dystans, natomiast F6X – o kilkadziesiąt metrów krótszy.

Jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej zapisowi, to znajdziemy długie fragmenty, gdzie to właśnie F6X jest zdecydowanie bardziej dokładny

A tam, gdzie trochę wypada ze szlaku, robi to właśnie trochę:

Żeby potem znów najlepiej wypaść na prostych. Choć nie oszukujmy się – znów mowa tutaj o pojedynczych metrach…

W okolicach wiaduktu natomiast nie przyznałbym się do żadnego z zapisanych śladów. F6X wygląda najlepiej na wejściu i jako tako na wyjściu. W sumie i tak lepiej od pozostałych:

Można zresztą podejść do tego jeszcze inaczej – Fenix 6 wyposażony jest w moduł GPS od Sony. Ten sam, w który wyposażona jest większość nowych zegarków Garmina i większość zegarków sportowych na rynku w ogóle. Niezależnie więc od tego, którego Garmina wybierzemy, efekt końcowy powinien być bardzo zbliżony (choć mam wrażenie, że 945 jest trochę w tyle za F6), uwzględniając mniejsze lub większe poprawki w oprogramowaniu.

I nie, GPS od Sony w połączeniu z Garminem nie jest – i widać to na powyższych zrzutach ekranu i będzie widać w recenzji 945 – doskonałą parą. Ale korzystam z niej od kilku miesięcy i nie jestem w stanie narzekać.

Czy warto? A może 945?

To może być trochę nieobiektywna odpowiedź, bo sam niedawno kupiłem 945, aczkolwiek zrobiłem to z pełną świadomością, że już niedługo na rynek trafi Fenix 6. I po dwóch tygodniach z 6-tką w najwyższej wersji wiem, że… podjąłbym jeszcze raz dokładnie ten sam wybór.

Powód? Bezdyskusyjnie rozmiar i masa. Uwielbiam wygląd Fenixa, uwielbiam jego outdoorowe wzornictwo i bezdyskusyjnie wielbię jego przyciski (te z 945 nie są nawet w połowie tak przyjemne). Do tego ekran w 6X robi robotę i powrót do 945 potrafi być bolesny. I pewnie gdybym głównie wędrował, najlepiej w trudnym terenie, a jeszcze lepiej – z zegarkiem na kurtce, pewnie dopłaciłbym bez żalu do 6X.

W moim codziennym zastosowaniu, czyli raczej luźnych biegach w mieście, sporadycznych biegach w górach, jednodniowych wędrówkach górskich i jeździe na rowerze, jakoś nie mogę dla tak wielkiego zegarka znaleźć zastosowania.

Oczywiście jeśli ktoś biega ultra albo maszeruje przez wiele dni i nie ma pod ręką powerbanka – Fenix 6(X) będzie zdecydowanie ciekawszą opcją. I ma dużo lepszy akumulator (60 kontra 36 godzin w normalnym trybie GPS), i ma trwalszą obudowę (plus opcję szafirowego ekranu), i więcej zobaczymy na jego ekranie bez poświęcania masy czasu. Ale jeśli ktoś tego nie robi? Nie wahałbym się ani chwili przed zakupem 945, tym bardziej, że otrzyma większość z istotnych nowości 6-tki:

Przy wyborze między 945 a 6 trzeba sobie więc odpowiedzieć na kilka prostych pytań:

  • jak bardzo zależy nam na wyglądzie
  • jak długo chcemy działać z daleka od gniazdka
  • jak bardzo zależy nam na większym ekranie
  • czy interesują nas kosztowne dodatki (szafir, ładowanie solarne, tytanowa ramka, etc.)
  • ile chcemy i może wydać
  • ile chcemy i możemy nosić na ręce
  • czy chcemy nosić zegarek na ręce cały dzień

U mnie po udzieleniu odpowiedzi na te kilka pytań padło na 945. Natomiast zdecydowanie nie zdziwiłbym się, gdyby komuś wyszło coś zupełnie innego…

PS. Co do przesiadki z 5 Plus – nie potrafię znaleźć racjonalnego powodu, żeby w ogóle rozważyć taką opcję, może poza jednym – prawie dwukrotnie lepszym czasem pracy na jednym ładowaniu. Do tego dochodzi jeszcze trochę szybsze działanie, większy ekran, niższa masa i więcej przestrzeni na mapy i muzykę. Ale od strony oprogramowania… nie robiłbym tego. W przypadku 3 – warto w końcu się przesiąść (choć ja przesiadłem się na 945 i to była fantastyczna decyzja), natomiast w przypadku 5 – zależy od wersji 5, którą mieliśmy.

Dołącz do dyskusji