Klikasz „kup”, a oni zaczynają drukować książkę specjalnie dla ciebie. Tak działa Amazon Make on Demand we Wrocławiu

Premium/Biznes 17.09.2019
Klikasz „kup”, a oni zaczynają drukować książkę specjalnie dla ciebie. Tak działa Amazon Make on Demand we Wrocławiu

Klikasz „kup”, a oni zaczynają drukować książkę specjalnie dla ciebie. Tak działa Amazon Make on Demand we Wrocławiu

O Amazonie w Polsce myślimy zazwyczaj w kategorii zakupów na Amazon.de, zrobotyzowanych magazynów logistycznych lub Kindle’a. Tymczasem we Wrocławiu mieści się naprawdę niezwykła placówka Amazonu, z której istnienia mało kto zdaje sobie sprawę.

Przy wrocławskim Centrum Logistyki E-Commerce Amazonu działa… drukarnia. Wiem, brzmi niezbyt emocjonująco, ale to właśnie drukarnie takie jak ta we Wrocławiu zrewolucjonizowały rynek książki na świecie i kompletnie zmieniły zasady gry dla wydawców, oraz ułatwiły życie czytelnikom w sposób uprzednio nieosiągalny.

To drukarnia, która tworzy książki na życzenie.

Make on Demand – książka powstaje dopiero w chwili złożenia zamówienia

Drukarnia Make on Demand zaczyna pracę dopiero wtedy, gdy czytelnik zakupi książkę w Amazonie.

Żeby zrozumieć, jak ogromną zmianą względem tradycyjnego modelu sprzedaży książek jest druk na żądanie, trzeba spojrzeć na to, jak sytuacja wygląda dziś w większości miejsc.

Zazwyczaj model wygląda tak: wydawca zamawia w drukarni określoną liczbę książek (nakład), te książki lądują w magazynie logistycznym dystrybutora i następnie są dzielone między sklepy. Jako że miejsce na sklepowych półkach jest ograniczone i książki przebywają tam tylko przez jakiś czas, po kilku tygodniach/miesiącach niesprzedane książki wracają do magazynu logistycznego. I tak z każdą książką, za każdym razem.

To oczywiście rodzi wiele problemów, z wielu perspektyw. Po pierwsze – model oparty o duże nakłady utrudnia śledzenie sprzedaży w czasie rzeczywistym. Wydawca (o autorze nie wspominając) nie ma pojęcia, ile dokładnie sprzedał książek, dopóki nie zaraportują tego sieci sprzedaży i dystrybutor. Ci zaś nie mogą zdać wiarygodnego raportu, dopóki nie wykona się zwrotów – czyli dopóki niesprzedane egzemplarze nie wrócą do dystrybutora.

Wyobraźcie sobie tę samą sytuację z perspektywy autora książki: dostaje informację, że jego książkę wydrukowano w nakładzie 1000 sztuk i wszystkie się „sprzedały” (czytaj: trafiły na sklepowe półki). Niestety pół roku później okazuje się, że tak naprawdę sprzedały się tylko 3 sztuki, a 997 wróciło do dystrybutora zbierać kurz na magazynie. Autor zamiast zarobić 2000 zł za sprzedane 1000 egzemplarzy, na które cieszył się po wydruku nakładu, otrzyma 6 zł.

Absurd? Wprost przeciwnie: smutna rzeczywistość. Oczywiście rynek wciąż idzie do przodu; zamiast druku ogromnych nakładów w druku offsetowym stosuje się druk cyfrowy i niewielkie nakłady, po kilkadziesiąt/kilkaset egzemplarzy. Nie zmienia to jednak pozostałych aspektów tradycyjnego modelu logistycznego: chociażby kosztów całej operacji.

Przechowywanie stert książek na magazynach kosztuje. Transport kosztuje. Do tego transport książek do sklepu, ze sklepu, od drukarni, do dystrybutora itd. nie pozostaje bez wpływu na środowisko – w końcu ileż razy auta dostawcze muszą obrócić w obie strony na przestrzeni całego cyklu życia jednej książki?

Ów model dystrybucyjny to również największy (przynajmniej w mojej opinii) głaz stojący na drodze ku rozwojowi self-publishingu w Polsce. Polska drukiem stoi, jeśli już w ogóle czytamy książki, robimy to głównie w papierze. Więc niestety, chcąc wydać książkę samodzielnie w formie drukowanej, musimy się zazwyczaj liczyć z potężnymi kosztami na start, wynikającymi z konieczności drukowania, przechowywania i wysyłania publikacji.

Druk na żądanie w Amazonie zmienia wszystko

Kontrast między tradycyjnym modelem dystrybucyjnym a tym amazonowym jest uderzający. Drukarnia Make on Demand nie drukuje książek „na zapas”, które potem miesiącami kisną w zimnych magazynach. Ona je drukuje dopiero wtedy, gdy jest zapotrzebowanie; gdy klient zamówi książkę.

By książka mogła zostać wydrukowana w modelu druku na żądanie, musi spełniać jeden warunek: być dostępna na Amazonie poprzez usługę Kindle Direct Publishing (uprzednio Create Space).

Swoją książkę może tam dodać każdy – zarówno wielki wydawca z tysiącem pozycji w katalogu, jak i self-publisher, który dopiero zaczyna swoją przygodę z wydawaniem. Amazon oczywiście pobiera opłatę, wynoszącą od 40 do 60 proc. ceny okładkowej egzemplarza (zależnie od modelu dystrybucji), ale nie jest to koszt wyższy od tego, jaki w tradycyjnym modelu zjadają marże sklepów i dystrybutorów, o koszcie druku nie wspominając.

Pomijając już nawet względy logistyczne, druk na żądanie rozwiązuje jeden ogromny problem tradycyjnego modelu – dostępność starych wydań. Fizycznie niemożliwym jest utrzymywanie w obiegu całego katalogu książek danego wydawcy, zwłaszcza pozycji, które nie sprzedają się w dużych ilościach. Nawet wśród nowo wydawanych książek bywa tak, że wydawca zaprzestaje wznawiania pozycji, gdy tylko minie termin określony umową z autorem (nierzadko wydawcy nawet nie gwarantują pełnej dostępności książki w druku, bo wiedzą, że to obietnica niemożliwa do spełnienia).

W modelu Make on Demand problem dostępności i nakładów znika. Książkę można wydrukować w pojedynczym egzemplarzu, w dowolnym momencie. Nie trzeba przechowywać starych tomów ani zamawiać w drukarni dodruki książek, które mogą się nie sprzedać.

Co ciekawe, jeśli Amazon posiada prawa przedruku do książki, której prawa autorskie wygasły (i weszły do domeny publicznej), je również możemy zamówić z Amazonu w modelu Make on Demand.

Amazon Make on Demand – jak to działa w praktyce?

Miałem przyjemność obserwować pracę drukarni Amazonu we Wrocławiu i jest to naprawdę imponująca machina.

W drukarni pracuje 25 drukarek czarno-białych i 6 kolorowych.

Odpowiadają one za realizację wydruków w przeróżnych formatach, różnej grubości, z różnym pokryciem okładki czy kolorem druku.

Cały proces zaczyna się w momencie złożenia zamówienia przez klienta. Jeśli zamówiona książka nie jest dostępna na półce, w ciągu godziny do drukarni trafia zlecenie, które następnie ląduje w kolejce druku.

Czas potrzebny na pełną realizację zamówienia to około 4 godzin, ale sam druk trwa zaledwie minutę. Reszta to czekanie na swoją kolej i finalna kontrola jakości.

W ciągu jednego dnia drukarnia we Wrocławiu jest w stanie obsłużyć nawet 30 tys. zamówień.

Książka drukowana jest najpierw w formie otwartej, potem docina się ją i dodaje okładkę.

Następnie odbywa się proces sklejania i docinania do odpowiedniego rozmiaru.

Po zakończeniu całego procesu książka trafia do rąk wykwalifikowanego pracownika, który dokonuje kontroli jakości; sprawdza, czy książka nie jest uszkodzona, czy lamina dobrze się trzyma, czy nie ma smug, czy użyta została należyta ilość kleju. Zmiennych jest mnóstwo, zależnie od egzemplarza i typu książki.

Po pomyślnym przejściu przez kontrolę jakości książki trafiają na wózek, a z wózka na regał. Stamtąd już sprawę przejmują pracownicy centrum logistycznego, którzy pakują zamówienie i przygotowują je do wysyłki.

Każda z książek wydrukowanych we Wrocławiu posiada oznaczenie na ostatniej stronie. Jeśli zamawialiście książkę z europejskich oddziałów Amazonu na przestrzeni ostatnich 3 lat, jest spora szansa, że pochodzi ona właśnie z Wrocławia.

Prosto z Polski. Nie dla Polaków

Przy całym moim zachwycie nad technologią druku na żądanie i jakością drukarni we Wrocławiu, niezmiennie boli mnie jedno: Polacy nie mogą skorzystać z tych dobrodziejstw.

Tzn. teoretycznie mogą, jeśli uda im się ominąć obostrzenia KDP dot. braku wsparcia dla języka polskiego lub wydają książkę w obcym języku i chcą ją sprzedawać poprzez Amazon.de na przykład.

W praktyce jednak nie można tak po prostu dodać polskiej książki do KDP i sprzedawać jej w Polsce w modelu druku na żądanie, nad czym ubolewam ogromnie.

Wynika to oczywiście z faktu, że w Polsce niedostępna jest księgarnia Amazonu. Nasi rodzimi wydawcy bronią się rękami i nogami przed wejściem globalnego hegemona na nasz rynek i niestety wszystko wskazuje na to, że póki co Amazon nie ma ambicji udostępnić swojej księgarni nad Wisłą.

Co za tym idzie – jeszcze przez długi czas wydawcy skazani będą na tradycyjny, ale bezpieczny dla nich model sprzedaży książek. Self-publisherzy zaś długo jeszcze nie dostaną kompletu narzędzi, jakim dysponują samopublikujący autorzy za granicą, mając do dyspozycji cały potężny ekosystem Amazonu, którego kluczowym elementem jest drukarnia we Wrocławiu.

Ufam jednak, że kiedyś to się zmieni. A jeśli nie, to mam głęboką nadzieję, że świat pójdzie naprzód i technologia druku na żądanie powiązanego z systemem dystrybucji przestanie być dostępna tylko dla gigantów takich jak Amazon, a stanie się przystępna na tyle, by każdy mógł z niej skorzystać.

Bo to naprawdę jest cicha rewolucja. Rewolucja, z której mało który czytelnik zdaje sobie sprawę, ale która poza granicami Polski odmieniła biznesy wydawców, a w szczególności autorów niezależnych. I choć rewolucja ta wciąż omija nasz kraj, tak można się tylko cieszyć, że dzięki drukarni we Wrocławiu my również mamy w niej swój udział.

Dołącz do dyskusji