Na szrot z takim połączeniem strzelaniny, cRPG i kooperacji. Oj, nie wyszedł ten Wolfenstein: Youngblood

Recenzja/Gry 07.08.2019
Na szrot z takim połączeniem strzelaniny, cRPG i kooperacji. Oj, nie wyszedł ten Wolfenstein: Youngblood

Na szrot z takim połączeniem strzelaniny, cRPG i kooperacji. Oj, nie wyszedł ten Wolfenstein: Youngblood

Wolfenstein: Youngblood to solidny kandydat do tytułu największego rozczarowania 2019 r. Gra jest fatalna, źle zaprojektowana, krótka i pełna idiotycznych decyzji producentów. Nie sądziłem, że w MachineGames wyprodukują taki crap. Zawsze staram się szukać w grach dobrych, pozytywnych i ciekawych elementów. Tym razem się jednak nie da. Na szrot z tym!

Na papierze mamy murowany hit. Przyjemna mechanika ostrzału z Wolfensteina zostaje połączona z możliwością gry kooperacyjnej. Na to nałożono warstwę RPG, razem z poziomami doświadczenia i umiejętnościami. Niestety, Wolfenstein: Youngblood jest pełne decyzji tak idiotycznych, że wydają się wręcz niemożliwe do podjęcia. Do tego bohaterki zostały fatalnie rozpisane, powtarzalność misji potwornie straszy, a historia jest infantylna i bez polotu.

William Blazkowicz zaginął. Jego dorosłe córki ruszają z odsieczą do Paryża lat 80.

Akcja Wolfensteina: Youngblood przenosi nas aż 20 lat w przyszłość względem poprzedniej części. Dzięki wysiłkom Blazkowicza Stany Zjednoczone wydostały się spod nazistowskiej okupacji. Niemcy wciąż jednak trzymają w garści całą Europę. Rządzą za pomocą strachu i terroru, z kolei Ameryka Północna ani myśli dokonywać inwazji na Stary Kontynent. Tym samym córki Williama i Ani wyrastają w cieniu nadchodzącego konfliktu, od początku indoktrynowane i szkolone przez rodziców.

Już na etapie intro coś mi śmierdziało. Twórcy przedstawiają córki Blazkowicza jako niesamodzielne, niedoświadczone świata, wychowywane jako broń dzikuski. Dziwna sprawa, biorąc pod uwagę, że William i Ania walczyli m.in. po to, aby przyszłe pokolenia mogły zaznać wolności i spokoju. Nie znam odpowiedzialnego i mądrego rodzica, który świadomie i z premedytacją wychowywałby swoje potomstwo na narzędzia zniszczenia. A tutaj proszę. Anna krzyczy na swoją córkę, gdy ta nie chce dłużej boksować worka. Matka doskakuje do dziewczyny i przykłada jej nóż do gardła (!), wciskając gadkę o byciu zwartym i gotowym.

To nie są bohaterowie, których poznałem w The New Order oraz The New Colossus. Od pierwszej chwili Wolfenstein: Youngblood zalatuje podróbą tworzoną przez ludzi, którzy nie czują klimatu poprzednich odsłon. Do tego same dziewuchy są koszmarnie irytujące. Panny zachowują się jak nastolatki wyjęte spod klosza, które nagle poczuły wolność. Tyle tylko, że zamiast imprezowania wybierają zabijanie Niemców. Co w niczym nie zmienia faktu, że prowadzą się żenująco. Mieliśmy już do czynienia z wieloma kapitalnymi głównymi rolami żeńskimi w grach wideo. Youngblood na pewno do tego grona nie dołączy.

Wolfenstein: Youngblood straszy odradzającymi się wrogami i powtarzalnymi misjami.

Struktura gry prezentuje się następująco: gracz dostaje do dyspozycji kilka obszarów średniej wielkości umieszczonych na mapie Paryża, które może swobodnie eksplorować. Jednocześnie zadaniem gracza jest wykonywanie misji, które dostaje w bazie wypadowej. Cele znajdują się na otwartych obszarach, które za każdym razem na nowo wypełniają się przeciwnikami. Wystarczy przejść się kilkanaście sekund chodnikiem, aby w banku, który właśnie oczyściliśmy, znowu zalęgli się Niemcy. Bądź ich pomagierzy.

Odradzający się przeciwnicy to najgorsze, co można zafundować produkcjom o dosyć otwartej strukturze. W ten sposób niszczy się jakiekolwiek poczucie progresu. Po co walczyć o każdą francuską uliczkę i każdy plac, skoro wiemy, że za kilka chwil ponownie zaroi się tam od wrogów? Motywacja spada do zera. Do tego same misje… Boże, fatalne. FATALNE! Najprostsze zadania w stylu podłóż bombę, oczyść budynek, pozbądź się przeciwników. 

Grając w Wolfenstein: Youngblood wielokrotnie trafiałem dwa, trzy, nawet cztery razy do tych samych miejsc. Najpierw eksplorując teren, ciekawy lokacji. Potem wykonując misje. Za każdym razem na nowo walczyłem z wrogami, których nie powinno tam być. Oczyszczam szpital z szalonych naukowców, a później muszę to robić ponownie, jako element misji. Przecież to jest obłęd! To przykład na najgorsze, najpłytsze, najbardziej niedbałe zaprojektowanie rozgrywki, jakie tylko jest możliwe.

No i ten balans trudności spowodowany poziomami doświadczenia…

Do Wolfensteina trafiły punkty doświadczenia, umiejętności i cyferki. Od teraz bronie mają swoje statystyki, obrażenia i tak dalej. Przeciwnicy dostali z kolei paski życia i punkty wytrzymałości. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie wykonanie. Niestety, to daleko odbiega od standardów z Destiny czy Borderlands. Na niższych poziomach doświadczenia część wrogów jest po prostu nieśmiertelna. Do tego zabija jednym pociskiem. Nie jest to jednak w żaden sposób uzasadnione fabularnie – ci wymiatacze wyglądają dokładnie tak samo jak naziści, których kosiliśmy serią z karabinu kilka minut wcześniej.

Na domiar złego umiejętności ograniczają rozgrywkę, zamiast ją urozmaicać. Aby zaoferować graczom okazałe drzewko skilli, producenci wykastrowali początkowe możliwości gracza. Oznacza to, że nie możemy już strzelać z dwóch broni jednocześnie, o ile nie są to pistolety. Nie możemy też dźwigać ciężkiej broni podniesionej z wielkich wrogów. Nawet granaty nam dozują. Wszystko po to, aby wracać do już raz poznanych lokacji i grindować odradzających się nazistów. Grind w Wolfie, rozumiecie? Na szrot!

Wolfenstein: Youngblood to seria idiotycznych pomysłów i niska jakość realizacji.

Zabawne jest to, że jak na grę z otwartym światem, nie ma tutaj nawet pełnowymiarowej mapy. Jest tylko miniaturka w rogu, która ma nam wystarczyć w podróży po Paryżu. Katorga. Zwłaszcza, gdy mamy rozpoczętych kilka zadań jednocześnie. Nie mogę również napisać czegoś pozytywnego o kodzie sieciowym. Gdy gramy ze znajomym w trybie kooperacji, jego paleta ruchów jest znacznie ograniczona. Towarzysz kuca, skacze, podciąga się i przeładowuje broń tak sztucznie, że nie sądziłem, iż w 2019 r. taki efekt jest jeszcze możliwy do osiągnięcia.

Pracowitość twórców dobrze obrazuje również fakt, że w Wolfensteinie: Youngblood nie pojawia się żadna (!) nowa broń. Nie ma tutaj także charyzmatycznego wroga, którego chcielibyśmy załatwić. Gra opiera się na zniszczeniu trzech wież kontrolnych, które demolujemy w dokładnie ten sam sposób i na dachach których walczymy z DOKŁADNIE TYM SAMYM PRZECIWNIKIEM. Takie rzeczy przechodziły w latach 80-tych, gdy konsole nie miały odpowiedniej pamięci aby zaimplementować zróżnicowane typy wrogów. Jednak nawet wtedy złoczyńczy różnili się chociaż kolorami.

Nie kupować, zapomnieć, bojkotować. Wolfenstein: Youngblood nie jest wart waszego czasu.

Nawet bardzo niska cena premierowa nie ratuje tego crapa. Fatalna struktura gry, denerwujący bohaterowie, powtarzalne misje i nietrafiona warstwa cRPG sprawiają, że Wolfenstein: Youngblood ląduje na mojej czarnej liście największych rozczarowań 2019 r. Naprawdę szkoda waszego czasu. Czy to teraz, czy gdy znajdziecie tę grę w marketowym koszu z ceną 29,99 zł.

Największe zalety:

  • Niska cena już na premierę
  • Możliwość gry ze znajomym (w wersji Deluxe nawet bez gry)

Największe wady:

  • Lenistwo twórców i bylejakość produkcyjna
  • Irytujące główne bohaterki
  • Powtarzalna struktura gry
  • Odradzający się przeciwnicy
  • Martwy Paryż
  • Sztuczne ograniczenie poziomami doświadczenia
  • Brak nowych broni
  • Misje godne zadań pobocznych w MMORPG
  • Masa pomniejszych błędów i idiotycznych decyzji

Lepiej udawać, że ta część Wolfa nigdy się nie wydarzyła.

Dołącz do dyskusji