Amazonia płonie, a my pytamy o wpływ pożarów na produkcję tlenu, którym oddychamy na Ziemi

Artykuł/Ekologia 27.08.2019
Amazonia płonie, a my pytamy o wpływ pożarów na produkcję tlenu, którym oddychamy na Ziemi

Amazonia płonie, a my pytamy o wpływ pożarów na produkcję tlenu, którym oddychamy na Ziemi

W wyniku masowych pożarów trawiących puszczę amazońską, bardzo wielu ekspertów apelowało do brazylijskich władz o jakąś zdecydowaną i proekologiczną reakcję. Często używanym argumentem w tych apelach było to, że Amazonia produkuje znaczną część wdychanego przez nas tlenu. Jak jest naprawdę?

Produkcja tlenu jest traktowana jako jedna z ważnych korzyści dostarczanych przez lasy. Sprawa jest jednak trochę bardziej skomplikowana. Tak, fotosynteza rzeczywiście umożliwia roślinom wykorzystanie atmosferycznego dwutlenku węgla w celu budowy tkanek oraz uwalnia tlen do atmosfery. Ale ten mechanizm działa tylko w dzień. W nocy jest na odwrót: rośliny wtedy oddychają, czyli pobierają tlen i wydalają dwutlenek węgla.

Jak wygląda bilans tego procesu? Znowu: to zależy: póki roślina jest młoda, bilans jest korzystny: tlenu przybywa, zaś dwutlenku węgla ubywa. Natomiast w lesie starym procesy rozkładu mogą dominować nad fotosyntezą, więc bilans jest odwrotny. Także, jeśli zależałoby nam na optymalnej produkcji tlenu przez lasy i puszcze, należałoby utrzymywać je we wczesnych stadiach sukcesji ekologicznej, ścinać dorosłe drzewa i sadzić nowe.

Taki las mógłby wówczas stanowić swego rodzaju „rezerwuar” dwutlenku węgla. Ale z ekologicznego punktu widzenia, najbardziej wartościowy jest las dojrzały. Tak więc traktowanie go jako instrumentu ochrony klimatu stoi w sprzeczności z innymi funkcjami, które w ogólnym, ekologicznym rozrachunku wydają się być znacznie cenniejsze. Mowa tu chociażby o utrzymywaniu leśnych, bardzo złożonych ekosystemów.

Szacuje się, że w puszczy amazońskiej żyje ok. 3 mln gatunków zwierząt. Nigdzie indziej na świecie nie występuje tak duża różnorodność flory i fauny. Do tego dochodzi jeszcze ok. 400 plemion (łącznie jest to ok. 1 mln ludzi), które robią, co mogą, żeby nie mieć zbyt dużej styczności z rozwiniętą cywilizacją. W świetle tych liczb, to czy amazońskie drzewa charakteryzują się ujemnym, czy dodatnim bilansem produkcji tlenu jest naprawdę mało ważne. Choć uczciwie trzeba przyznać, że powtarzany przez wszystkich argument o tym, że Amazonia odpowiada za produkcje ok. 20 proc. tlenu do naszej atmosfery jest raczej nieprawdziwy.

Ok, to co właściwie odpowiada za produkcję tlenu na naszej planecie?

Najsensowniejszym konsensusem wypracowanym przez naukowców jest aktualnie następujące twierdzenie: za produkcję tlenu na naszej planecie, mniej więcej po połowie, odpowiadają rośliny lądowe i… ocean. A właściwie to nie sam ocean, tylko żyjąca tam, mikroskopijna roślinność, fachowo zwana fitoplanktonem. Plankton ten, dzięki temu samemu procesowi fotosyntezy, absorbuje tyle samo dwutlenku węgla, co rośliny lądowe.

W procesie tym, fitoplanktonowi pomagają też wszystkie małe stworzenia, nazywane zbiorczo zooplanktonem (pierwotniaki, wrotki, skorupiaki, osłonice, larwy, etc.), które potrafią absorbować dwutlenek węgla i składować go w swoich pancerzykach. Takie stworzenia, po śmierci opadają na dno oceanu, tworząc tam grube warstwy wapieni, które stają się naturalnymi magazynami CO2 i składują go bezpiecznie na morskim dnie. Tak swoją drogą powstają rafy koralowe.

Jeżeli chodzi o samą produkcję tlenu, aktualnie przyjmuje się, że nasza planeta ma dwa, mniej więcej tak samo wydajne płuca: ocean oraz wszystkie rośliny lądowe, które – ze względu na naturalny cykl naszej planety – co roku utrzymują dodatni bilans produkcji tlenu, ze względu na przeważającą część młodych roślin.

Istnieje jeszcze kwestia samego magazynowania dwutlenku węgla, która pomaga nam trzymać nasz klimat w ryzach. No i tutaj, bez dwóch zdań, ocean ma o wiele bardziej skuteczne mechanizmy składowania tego gazu cieplarnianego. Aktualnie szacuje się, że nasze morza i oceany przechowują ok. 50 razy więcej CO2, niż znajduje się go w atmosferze. No i potrafi magazynować go o wiele więcej, niż jakiekolwiek skupisko roślin lądowych.

Do czasu…

Już w 2013 r., w publikacji „The State of the Ocean”, wydanej w ramach International Programme on the State of the Ocean (IPSO), jego autorzy stwierdzili, że degradacja morskich ekosystemów w rezultacie ludzkiej aktywności, powoli staje się nieodwracalna. Konsekwencją są alarmujące i – rzecz jasna – zagrażają naszemu istnieniu. Wnioski te potwierdzają wszystkie nowsze badania oceanicznych ekosystemów. Najnowsze oceny dokonane przez ONZ-owski Międzynarodowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC) wskazują, że zmiany w ekosystemach są postępujące i bezwzględne: podczas gdy wzrost temperatur na lądach może obecnie pauzować, to z całą pewnością nie dotyczy to Oceanu, którego ocieplanie się trwa bez względu na odczyty lądowych termometrów.

Nadmierna absorbcja dwutlenku węgla (który produkowany jest przez nasz przemysł w ogromnych ilościach) prowadzi do powstawania tzw. zabójczego trio. Tym terminem autorzy raportu IPSO określają trzy kluczowe czynniki, które mają największy wpływ na niszczenie morskich ekosystemów: zakwaszenie, ocieplenie i dezoksydacja (powstawanie wielkich obszarów stref beztlenowych).

Te trzy czynniki potęgują również oddziaływanie innych destrukcyjnych elementów na ekosystemy w oceanach. Mowa tutaj chociażby o zanieczyszczeniu chemikaliami, eutrofizacji i przełowieniu. W wyniku horrendalnego zwiększenia ilości dwutlenku węgla w atmosferze poziom zakwaszenia oceanów w ostatnich dekadach urósł do bezprecedensowych w historii Ziemi rozmiarów. Jest to o wiele większy problem, niż wypalanie lasów.

Lądowe ekosystemy regenerują się bowiem o wiele szybciej. Tymczasem setki lat zaniedbań w stosunku do oceanów mogą prędzej, czy później okazać się zabójcze w skutkach. Jednym słowem: ludzie są na doskonałej drodze do uśmiercenia co najmniej jednego płuca naszej planety. Taką amazonię, na upartego można zregenerować w 50-100 lat. Z oceanami będzie jednak znacznie trudniej. I dłużej.

Dołącz do dyskusji