Cały czas nie wierzę, że ten zegarek kosztuje tak mało. Polar Ignite – recenzja

Recenzja/Sprzęt 05.08.2019
Cały czas nie wierzę, że ten zegarek kosztuje tak mało. Polar Ignite – recenzja

Cały czas nie wierzę, że ten zegarek kosztuje tak mało. Polar Ignite – recenzja

Testuję zegarek Polar Ignite od niemal miesiąca i wciąż trudno mi uwierzyć, że wyceniono go na niecałe 860 zł. Tak, 860 zł.

Ok, 859 zł kosztuje jedna z dostępnych wersji – ta z czarnym paskiem. Za odmianę z czarnym albo żółtym paskiem (testowana) trzeba już zapłacić 989 zł. Ale to wciąż śmiesznie niewiele, jeśli jesteśmy w stanie przeżyć kilka braków.

No to zacznijmy.

Z zewnątrz – solidnie, ładnie, bez fajerwerków.

Ale też i bez przesadnie wielu słabych punktów. Ignite, mimo że niezbyt drogi na tle konkurencji, wykonany jest zaskakująco solidnie. Ramkę i przycisk wykonano ze stali nierdzewnej, natomiast obudowę – z polimeru wzmacnianego włóknem szklanym. Do tego całość jest oczywiście wodoodporna – w końcu w Ignite można jak najbardziej pływać i monitorować treningi pływackie.

Przy tym wszystkim zachowano najważniejsze – lekkość. Cała konstrukcja, razem z paskiem, ma masę zaledwie 35 g (21 g bez paska), więc nie mowy o tym, żeby przeszkadzał nam w trakcie treningu. Nawet dość mocno wystający moduł z diodami nie jest przesadnie odczuwalny podczas noszenia – bez trudu całymi tygodniami nosiłem Ignite’a przez całą dobę, zdejmują go tylko od czasu do czasu na ładowanie.

Jedyny minus, który rzuca się w oczy już na początku? Wyświetlacz nie tylko otacza dość spora ramka (choć nie ma ona patologicznych rozmiarów), ale na dodatek sam w sobie nie jest on do końca okrągły. Dolna część jest dość brutalnie podcięta, ograniczając przestrzeń, na której można byłoby wyświetlać informacje.

Drugi minus ujawnia się przy bliższych oględzinach. Na obudowie Polara Ignite znajdziemy wyłącznie jeden przycisk. Ma przyzwoity skok (choć mógłby być trochę lepiej wyczuwalny), ale co z tego, skoro jesteśmy skazani na obsługę hybrydową z wykorzystaniem dotykowego ekranu?

I właśnie, możemy przejść w tym momencie do ekranu.

Ekran – kolor to nie wszystko.

Na pierwszym rzut oka wszystko jest w porządku. Wyświetlacz jest kolorowy, ma wystarczającą rozdzielczość 240×204 piksele (i wygląda naprawdę dobrze), czujnik oświetlenia, a całość chroniona jest szkłem Dragontrail, co ma spore znaczenie, biorąc pod uwagę, że jest tylko minimalnie zagłębiony.

Do tego, choć to IPS TFT, widoczność w mocniejszym świetle jest jak najbardziej zadowalająca.

Dlaczego więc się czepiam? Po pierwsze – jest to ekran z kategorii tych, które nie są cały czas podświetlone. W rezultacie jesteśmy zmuszeni albo wciskać przycisk, albo wykonać odpowiedni gest nadgarstkiem. I niestety ten drugi sposób nie zawsze działa, powodując, że musimy się od czasu do czasu bez sensu namachać. Szczęśliwie jest opcja włączenia podświetlenia na stałe na czas treningu, co zdecydowanie obniża poziom frustracji.

Drugi problem dotyczy samej czułości ekranu na dotyk. Przez większość czasu ta spisuje się bez zarzutu. Możemy mieć spocone palce, może na nas lać deszcz – wszystko działa. Ale czasem… po prostu nie działa. Jedno muśnięcie, drugie muśnięcie – nic. Jedno wciśnięcie, drugie wciśnięcie – dalej nic. I nagle wszystko wraca do normy i działa jak trzeba.

Tak, wiem, żyjemy w czasach dotykowych ekranów. Tak, doskonale rozumiem, że trzeba różnicować zegarki dla początkujących od zegarków dla pro (choć podział dotyczy tak naprawdę wyłącznie poziomu cenowego). Ale i tak wolałbym, żeby Polar Ignite mial te kilka przycisków więcej.

Wejdźmy więc do menu.

A tam znajdziemy coś trochę innego niż to, co oferuje nam reszta producentów.

Co jest tutaj takiego nietypowego? Chociażby to, że na każdym kolejnym ekranie widzimy… zegar. Przy przewijaniu na boki zmieniają się tylko informacje poniżej i powyżej zegara, natomiast on sam pozostaje niewzruszony. Wygodne rozwiazanie, pozwalające nam cały czas mieć ekran z naszymi ulubionymi danymi/skrótami, bez konieczności wracania się do menu głównego, żeby sprawdzić godzinę. Cóż, w końcu to jednak zegarek.

Poza tym większość zasad dotyczących poruszania się po UI jest standardowa. Wciśnięcie przycisku w większości przypadków oznacza wyjście o poziom w górę, przeciągnięcie na ekranie w dół – wywołanie listy skrótów, natomiast w górę – powiadomień.

Powiadomienia – w dość podstawowej formie – są zresztą jedną z niewielu smart zegarkowych funkcji Ignite’a. Nie ma płatności, nie ma muzyki, nie ma nawet sterowania muzyką. Nie ma też aplikacji pogodowej, ani żadnych dodatkowych aplikacji, które można na tym zegarku zainstalować. Jedyne, co poza trybami sportowymi i powiązanymi funkcjami oddano nam do dyspozycji, to timery.

I to by było na tyle. Na pocieszenie – powiadomienia działają sprawnie i szybko docierają do zegarka.

To teraz tę nudniejszą część recenzji mamy za sobą.

Bo jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny czy układ menu i dodatkowe aplikacje – Polar Ignite jest raczej niezbyt porywający.

Za to opcje związane z aktywnościami to prawdziwa petarda.

Zacznijmy od listy obsługiwanych sportów

I na początek zła (choć w tej cenie – przewidywalna) wiadomość – nie, nie ma obsługi multisportu. A teraz czas na te lepsze wiadomości.

Poza multisportem Polar Ignite obsługuje właściwie wszystkie najważniejsze profile sportowe. Od gimnastyki i treningu siłowego, przez bieganie, bieganie w górach, kolarstwo, kolarstwo szosowe i kolarstwo górskie, aż po pływanie, kitesurfing i judo (ok, prawdopodobnie nie zlicza parametrów istotnych dla judo, ale zawsze to coś). Nieistotne więc, co chcemy trenować – Ignite pozwoli nam zapisać taki trening bez konieczności ręcznej zmiany rodzaju ćwiczenia po jego zakończeniu. Zestawmy to teraz z konkurencyjnym Forerunnerem 45 (ok. 800 zł), który obsługuje wielokrotnie mniej trybów.

Trzeba tylko pamiętać, żeby najpierw te tryby sportowe dodać z poziomu aplikacji. Domyślnie na liście jest tylko bieganie, a pozostałych 19 (tak, jest limit 20) musimy dodać ręcznie. Na szczęście przy okazji możemy od razu skonfigurować ekrany danych, więc zaliczam to raczej jako plus, a nie jako minus.

A kiedy już wybraliśmy wszystkie interesujące nas dyscypliny, czas ruszyć i się spocić. Jedynym problemem w tym miejscu może być… mnogość opcji. Do dyspozycji oddano nam bowiem (przypominam, że to zegarek za 859 zł):

Tryb dowolny

Czyli standardowy zapis treningu, który możemy dodatkowo wzbogacić. Chociażby timerami, interwałami (ustawiane z poziomu zegarka) albo celami z serwisu Polar Flow.

Plany treningowe i własne treningi

Polar Ignite, choć jest najtańszym zegarkiem tej marki, w pełni obsługuje plany treningowe i pojedyczne treningi z Polar Flow.

FitSpark

Czyli funkcja, która zadebiutowała po raz pierwszy właśnie w tym zegarku i która potrafi naprawdę zachwycić. Szczególnie tych, którzy nie realizują konkretnych planów treningowych, a po prostu chcą się poruszać i być sprawniejsi.

Na czym polega działanie FitSpark? Rozwiązanie to każdego dnia analizuje dane dotyczące naszej regeneracji, snu i wypoczynku (Nightly Recharge – o tym za chwilę), aktualnej kondycji (pułapu tlenowego) i historii treningów, po czym proponuje na dany dzień od 2 do 4 sesji treningowych z 3 kategorii – kardio, siła i treningi uzupełniające (siłowy i ćwiczenia rozciągające).

Zawsze jeden z tych treningów jest sugerowany jako optymalny, ale jeśli danego dnia nie mamy czasu albo ochoty – albo chcemy zrobić więcej niż jeden trening – możemy wybrać dowolny inny. Nie musimy przy tym wyboru dokonywać na ślepo – każdy proponowany trening możemy szczegółowo przejrzeć i dopiero wtedy zdecydować, czy nam pasuje. I żeby nie było – to nie są treningi w rodzaju „20 minut lekkiego truchtu” (choć i takie się pojawiają). Są wśród nich i długie, spokojne wybiegania, i prawdziwe wyciskacze. Wszystko zależy od tego, ile i jak trenujemy i ile na bazie tych danych nauczył się o nas FitSpark.

Oczywiście niezależnie od tego, jaki trening wybierzemy, jesteśmy przez niego prowadzeni krok po kroku. Jeśli wybraliśmy interwały biegowe – zegarek przechodzi w odpowiedni tryb, piszcząc na nas, kiedy wychodzimy ze strefy albo zmienia się zalecane obciążenie. Jeśli natomiast wybierzemy któryś z pozostałych treningów, prezentowane są nam kolejne ćwiczenia (w postaci pociesznych animacji), a my jesteśmy instruowani, kiedy je robić, a kiedy odpoczywać.

I o ile do treningu kardio nie mam najmniejszych zastrzeżeń, o tyle trening siłowy i uzupełniający można minimalnie poprawić. Po pierwsze – animacje pokazywane są tylko na początku treningu, a potem kolejne ćwiczenia opisywane są już tylko słownie, co u mnie prowadzi do zapauzowania i szukania w internecie, o co właściwie chodzi.

Po drugie – Polar mógłbym nie tylko w szczegółowej instrukcji ostrzegać, że będzie potrzebny dodatkowy sprzęt i jaki sprzęt to będzie. Tym bardziej, że w jednym z pakietów ćwiczeń był… wyciąg. Halo, Polar, nie mam tego w domu!

Po zakończeniu ćwiczeń możemy sprawdzić w aplikacji i na stronie WWW jak nam poszło – oczywiście z uwzględnieniem poszczególnych ćwiczeń, a nie tylko w postaci jednego, ciągłego zapisu.

Dlaczego jednak na początku napisałem, że FitSpark potrafi zachwycić? Chociażby dlatego, że sam często nie mam pomysłu, co dzisiaj zrobić. Pilnowanie długoterminowych planów treningowych wychodzi mi raczej mizernie, więc taka podpowiedź, co danego dnia zrobić, żeby po prostu być bardziej fit, jest na wagę złota. Tym bardziej, że Polar wykorzystuje dane nie tylko z historii treningów, ale i regeneracji – szanse na przeciążenie są więc stosunkowo niewielkie (tym bardziej, jeśli sami zajrzymy do szczegółowej analizy, ale o tym też za chwilę).

Nie wspominając już nawet o tym, że Ignite i FitSpark przypominają mi też, że nie samym bieganiem człowiek żyje i może od czasu do czasu warto byłoby zrobić właśnie jakiś trening siłowy czy ogólny. Cóż – początkujący (a za takiego się uważam) uczy się całe życie.

Jeśli więc miałbym podać jeden powód, dla którego poleciłbym (zwłaszcza początkującym albo tym, którym czasem brak motywacji) Ignite’a, to tym powodem jest właśnie FitSpark. Zresztą jest to jeden z powodów, dla którego dalej trudno mi uwierzyć w jego cenę. Nawet jeśli FS jest tylko funkcją software’ową, którą można byłoby upchnąć do każdego zegarka.

A jak jest z dokładnością?

Zacznijmy od tętna, bo to tętno jest w końcu kluczowe – i do określania naszej kondycji, i do analizy treningów oraz obciążenia, i do rozpiski kolejnych sesji treningowych.

Tętno

Przejdźmy od razu do interwałów, w tym przypadku 5 krótkich przyspieszeń po 2 minuty każdy:

W pojedynku wziął udział Ignite (niebieski) oraz moje codzienne sprzęty – Garmin Forerunner 945 i Polar OH1 Plus, podłączony do aplikacji Polar Beat na iPhonie XS Max.

Rezultat? Prawie identyczne wyniki w każdym miejscu zapisu. Ignite szedł łeb w łeb z prawie trzykrotnie (!) droższym Garminem i dedykowanym czujnikiem tętna (choć również optycznym). Różnice w średnim tętnie? Prawie zerowe (odpowiednio 144, 145 i 144 BPM). Żeby jednak nie było, że jestem niewidomy – idealnie nie było.

O ile pierwszy interwał przebiegł bez zarzutu, o tyle w drugim, czwartym i piątym Ignite zanotował dość dziwne piki, o około 7-8 BPM wyższe niż dwa pozostałe urządzenia. Można jeszcze zrozumieć ten ostatni, bo zarejestrowany został w okolicach szczytu, ale wcześniejsze pojawiły się w momencie, kiedy reszta sprzętów wskazywała na coraz wyraźniejszy odpoczynek między przyspieszeniami. Tak samo na początku treningu Ignite podskoczył bardziej niż Garmin i opaska, szybko jednak wracając do normy.

Czyli – jest dobrze, a może nawet bardzo dobrze (biorąc pod uwagę cenę). Możliwe, że chwilowe skoki były kwestia nieidealnego ułożenia zegarka na ręce. Tym bardziej, że w większości przypadków taki piki się nie pojawiały. Ale ostrzegam – mogą (choć i tak jest lepiej niż w Suunto 5).

A jak wygląda sytuacja przy prostym biegu?

Podobnie jak przy interwałach. Jest… po prostu bardzo dobrze. Tak, w kilku miejscach wykresu widać, że Ignite dla odmiany zaliczył minimalne dołki, ale z drugiej strony – dużo droższy 945 zaliczył w kilku miejscach (nawet w większej ich liczbie) równie symboliczne przestrzały w drugą stronę.

Trzeba przy tym pamiętać o jednym – główny problem z optycznymi czujnikami tętna nie dotyczy samej ich jakości, a tego, że najlepiej pracują w odpowiednich warunkach. Trzeba je odpowiednio ulokować na ręce, odpowiednio dopiąć, najlepiej też mieć skórę o odpowiednim kolorze, etc. Nie gwarantuje więc, że każdy będzie miał równie dobre wyniki – choć jest na to spora szansa.

GPS

Tutaj z kolei… bywa różnie. Poniżej bieg z trzema urządzeniami, które zarejestrowały bardzo podobny dystans – 6,32 km (Polar), 6,40 km (Suunto), 6,34 km (945):

Kiedy zerkniemy na szczegóły, widać, że najgorzej z tej trójki poradził sobie… 945, który przy biegu przez niską zabudowę… poszedł mocno bokiem, wcześniej ścinając zakręt (to samo zrobił Ignite, najlepiej wypadł Suunto 5):

Kawałek dalej Garmin dogadał się z Polarem, natomiast Suunto niewzruszony nadal biegł niemal dokładnie tak, jak biegłem ja:

Chwilę później – choć dookoła było właściwie wyłącznie pole, Ignite postanowił wypaść na drugą stronę ulicy:

Niedługo niespecjalnie dobrze radząc sobie też z podwójnym wbiegnięciem pod wiadukt (ok, Garmin uznał, że biegłem po torach, więc też nie dostaje plusa):

Z drugiej strony – podczas innego biegu jako jedyny (z trójki Ignite, iPhone XS Max, 945) zapisał dobrze przebieg względnie prostej trasy (choć część biegnie przy samym lesie):

W tym przypadku 945 wskazał 10,32 km, iPhone – 10,34 km, natomiast Ignite – 10,38 km. Żeby jednak nie było samych pochwał, tutaj – na podobnej do wcześniejszej trasie – Ignite nie poradził sobie w ogóle:

Ała.

Morał? Początkowo mocno obawiałem się o dokładność GPS, bo pierwsze recenzje nie były w tej kwestii zbyt optymistyczne. Z jakiegoś powodu nie byłem jednak w stanie powtórzyć błędów, które mieli z Ignite inni. Tak, zapis GPS nie zawsze był idealny. Tak, zdarzało mu się raz na kilka biegów wypaść na chwilę bardzo, bardzo boleśnie poza trasę.

Ale też żadne urządzenie, które do tej pory miałem, nie było takie pod względem dokładności. Ba, w niektórych scenariuszach GPS w Ignite wypadał lepiej niż w konkurencyjnych sprzętach. W innych z kolei gorzej.

Natomiast żeby było tak dramatycznie źle, jak piszą niektórzy – tego nie jestem w stanie potwierdzić.

A po treningu – czas na analizę.

I to jest kolejne miejsce, gdzie Polar Ignite błyszczy. To lecimy po kolei, zaczynając od nowości:

Sleep Plus Stages

Czyli nic innego jak naprawdę bardzo, bardzo, bardzo rozbudowana analiza snu. Obejmująca nie tylko czas pójścia spać czy obudzenia, ale całą masę innych parametrów, przedstawionych chyba w najlepszy możliwy sposób, jaki kiedykolwiek widziałem.

Jest tu oczywiście kompletny podział na fazy snu, wraz czasem ich trwania, wykrywanie przebudzeń, pomiar stabilności snu, regeneracji, a także świetnie przedstawione oceny każdego z poszczególnych elementów. Jeden rzut oka i już wiemy, co warto poprawić, a co udaje nam się najlepiej. Jeśli natomiast nie mamy czasu szczegółowo analizować każdej z kresek, mamy podsumowanie w formie oceny – maksymalnie możemy zdobyć 100 punktów. Jeśli natomiast chcemy, możemy dodatkowo samodzielnie ocenić jakość naszego snu, wystawiając mu ocenę w postaci odpowiedniej emotikony.

O ile jednak dane z pojedynczego dnia nie są tak istotne – w końcu wiemy, czy się wyspaliśmy czy nie, o tyle Polar pozwala na to, co najważniejsze, czyli monitorowanie trendów.

Nightly Recharge

O wiele ciekawszy od SPS jest jednak system Nightly Recharge (również nowość, na razie tylko w Ignite), który monitoruje nie tyle sam sen, co zapewnianą przez niego regenerację. NR wykorzystuje dane na temat snu (czyli opiera się na pomiarach SPS), a także tzw. status AUN (autonomicznego układu nerwowego), zapisując i analizując tętno, zmienność tętna i częstotliwość oddychania podczas snu.

Po przespaniu odpowiedniej liczby nocy w zegarku (minimum 3) dostajemy więc kolejny wykres, określający właśnie powyższe parametry i skrócone podsumowanie. W aplikacji i na zegarku znajdziemy też najważniejsze, czyli informację na temat tego, czy jesteśmy zregenerowani w pełni i czas podbić świat, czy może lepiej póki co sobie odpuścić.

Można oczywiście nie zagłębiać się w te dane, ale sama ich obecność i ich wykorzystanie przez FitSpark jest naprawdę potężną kombinacją. I przy okazji przypomnieniem, że bez odpowiedniej regeneracji intensywny trening może nie wyjść tak, jak planowaliśmy, albo wręcz nam zaszkodzić.

Analiza, aktywności treningu, kondycji i obciążenia treningowego

Tutaj nie będę wchodził w szczegóły, bo to funkcje znane z innych zegarków Polara. Ale to, co zasługuje na uwagę, to fakt, że Ignite – choć jest naprawdę tani – ma sporo funkcji znanych z droższych zegarków.

Pomijam standardowe monitorowanie liczby kroków czy tętna pokonywanych w ciągu doby. Choć z drugiej strony świetny jest podział czasu w ciągu doby sprzędzonego na siedząco, na odpoczynku, przy niskim, średnim i wysokim poziomie obciążenia.

Polar Ignite potrafi też monitorować nasze obciążenie treningowe, przestrzegając przed momentami, kiedy ryzykujemy przetrenowaniem i kontuzją. Do naszej dyspozycji są cztery strefy – Niedotrenowanie, Równowaga, Zmęczenie i Duże zmęczenie. Nasza w tym głowa (albo Fit Sparka), żeby zostać w tej drugiej. Oczywiście wykres obciążenia możemy przeglądać zarówno dla dni, jak i tygodni oraz miesięcy, dostosowując treningi do naszych możliwości:

Przy czym nie myślcie, że Polar ograniczył się do jednego wykresu. W samym podsumowaniu obciążenia kardio są dwa – status obciążenia kardio i rozkład obciążenia kardio. Tak, zdecydowanie jest w czym przebierać.

Ignite potrafi też określić nasz poziom wytrenowania, kalkulując na tej podstawie prawdopodobne czasy, jakie możemy uzyskać w trakcie poszczególnych wyścigów.

Jest nawet w stanie określić, co dał nam konkretny trening – czy poprawiliśmy naszą bazę, czy może tym razem wpłynęliśmy pozytywnie na nasze tempo, a może korzyść jest jeszcze gdzie indziej.

I to jeszcze nie wszystko, co oferuje Polar Ignite w połączeniu z Polar Flow. Jeśli więc jesteście fanami słupków, wykresów i danych – Polar da wam to, czego potrzebujecie.

Akumulator

Według producenta Polar Ignite powinien wytrzymać do 17 godzin w trybie pracy z GPS i do 5 dni z aktywnym pomiarem tętna. I w większości przypadków takie wyniki są możliwe do uzyskania – może tylko czas na GPS szacowałbym na odrobinę niższy, ale też przyznam się, że nigdy nie udało mi się go rozładować do końca. Tym bardziej, że niewielki akumulator (165 mAh) ładuje się bardzo szybko, więc zdecydowanie nie zaszkodzi nam od czasu do czasu zdjąć go z nadgarstka i położyć na ładowarce.

Tylko uwaga – połóżcie go odpowiednio. Mimo że ładowarka wydaje się uniwersalna, to tylko jeden układ zegarka zapewnia nam ładowanie.

Czego zabrakło?

Uwzględniając tylko rzeczy, o których wcześniej nie wspomniałem. Ale w dużej mierze to drobnostki:

  • brak jakichkolwiek, nawet najprostszych funkcji nawigacyjnych (chociażby powrót do startu albo bieg po kresce)
  • brak kilku funkcji treningowych, taki jak np. wyścig z aktywnością
  • treningi celowe (np. na czas, dystans, kalorie) trzeba tworzyć z poziomu aplikacji na telefonie/serwisu WWW
  • brak informacji na temat aktualnych danych treningu w trakcie pauzy
  • brak opcji manualnego oznaczania okrążeń (tylko wcześniej zdefiniowane czas lub dystans)
  • brak możliwości ustawienia częstotliwości powiadomień o opuszczeniu strefy treningowej – zegarek wibruje tak często, że prawie odpada ręka (wibrację można wyłączyć, ale nie o to chodzi)
  • brak opcji automatycznej aktywacji blokady ekranu dotykowego podczas treningu (jest tylko manualna)
  • brak dbałości przy projektowaniu UI – niektóre elementy są ustawione tak, że wyglądają po prostu brzydko (np. wskaźnik akumulatora na ekranie głównym)
  • tylko dwie tarcze zegara
  • brak płatności zbliżeniowych
  • brak wsparcia dla innych czujników poza czujnikami tętna (i tylko Bluetooth)
  • brak barometru, ale to akurat nie powinno dziwić

Czyli… tak, czepiam się. Tym bardziej, że ten zegarek kosztuje 859 zł.

Warto?

Zacznijmy może od tego, dla kogo ten zegarek nie jest. A nie jest dla:

  • triathlonistów
  • fanów przycisków zamiast dotykowego ekranu
  • ludzi lubiących większe i masywniejsze zegarki

Nie jest też – i tu moje największe zastrzeżenie – dla osób, które nie godzą się na to, żeby od czasu do czasu powalczyć z tym, jak działa dotykowy ekran w Ignite. Gdybym miał wybrać największą (i jedyną znaczącą) wadę tego zegarka, to byłoby to właśnie to – fakt, że od czasu do czasu wyświetlacz wymaga więcej dotknięć i muśnięć, niż tak naprawdę powinien.

Ale w tym miejscu wchodzi do gry cena. 859 zł w najtańszej wersji (różniącej się tylko paskiem, który można łatwo później wymienić) to naprawdę świetna oferta. Konkurencyjny (i nieco tańszy) Garmin Forerunner 45 ma mniej profili sportowych, nie ma funkcji automatycznego podpowiadania treningów (tylko Garmin Coach i plany treningowe), nie monitoruje pływania i nie ma aż tak rozbudowanej analizy obciążenia treningowego, a akumulator bez ładowania wytrzyma krócej. Z drugiej strony Garminem można sterować muzyką (choć sam robię to i tak z poziomu słuchawek), obsługuje ANT+, ma przyciski do obsługi i chociażby funkcję alarmowania w razie wykrycia wypadku.

I gdybym sam miał wybierać, to miałbym bardzo duży problem, bo Polar Ignite jest pod wieloma względami niemal kompletnym zegarkiem sportowym (z wyłączeniem wcześniejszych wyjątków). Ma bardzo dobry czujnik tętna, dobry GPS, dobry akumulator, obsługuje plany treningowe i adaptacyjne treningi, generując je w oparciu o nasze faktyczne możliwości danego dnia, a nie ogólnie dobre zwyczaje. Do tego zapewnia szczegółowy przegląd naszej codziennej aktywności i analizę treningów na poziomie dla niektórych nawet zbyt szczegółowym. Przy okazji w pakiecie dostajemy jeszcze bardzo dobrą – choć niezbyt moim zdaniem piękną – aplikację i mamy niemal wszystko.

Tak, za 859 zł.

Dołącz do dyskusji