Obudziłem się dzisiaj i odkryłem, że żyję w przyszłości

Felieton/Technologie 02.08.2019
Obudziłem się dzisiaj i odkryłem, że żyję w przyszłości

Obudziłem się dzisiaj i odkryłem, że żyję w przyszłości

I to od dłuższego czasu. Po prostu tego nie zauważałem.

Budzę się. Ba, ledwo się przebudzam, nie otwierając nawet do końca oczu. Na twarzy czuję delikatny powiew chłodnego powietrza, wślizgującego się do wnętrza przez okno dachowe, które samo otworzyło się kilka chwil wcześniej, wiedząc, że nie pada i że temperatura jest na tyle wysoka, że tym otwarciem nie wychłodzi niepotrzebnie domu.

Otwieram oczy. Przez spore okno balkonowe widzę kołyszące się delikatnie drzewa. Jeszcze kilka dni temu o tej samej porze zamiast nich zobaczyłbym roletę – bo ta z kolei nie podnosi się, jeśli zapowiadane są upały. W przeciwnym razie musiałbym opuścić sypialnię, z oknem skierowanym na wschód, przed 6 rano, bo upał byłby nie do wytrzymania. Na szczęście ani nie opuszczałbym jej w ciemności, ani nie nie zaspałbym przez brak światła. Mała armia żarówek i lampek w moim pokoju dba o to, żeby rozświetlać się miarowo wraz ze wschodem słońca. Niezależnie więc od tego, czy będzie upał czy nie – mam swój własny, prywatny wschód.

Ale dziś ma być w miarę chłodno. Dziś ma być całkiem przyjemny dzień.

Zwlekam się więc zaspany z łóżka i schodzę po schodach na dół. W samą porę, żeby zobaczyć, jak lampy w całym domu gasną, bo światła z zewnątrz jest już wystarczająco dużo, żeby oświetlić całe wnętrze domu.

Przechodzę przez korytarz do kuchni. Oczywiście bosą stopą, bo tuż przed tym, jak wstałem, podłoga w kuchni, korytarzu i łazience została względnie precyzyjnie wyczyszczona przez robota-odkurzacz. Obiecuję sobie, że w ten weekend ręcznym odkurzaczem poprawię tu i tam, w miejscach, gdzie robot sobie nie radzi. Po czym błyskawicznie o tej obietnicy zapominam – złożę ją po raz kolejny pewnie następnego dnia o tej samej porze. W końcu regularność to połowa sukcesu.

Wciąż zaspany sięgam do pojemnika z jedzenie. Wsypuję precyzyjnie (ok, byle jak) odmierzone porcje mało apetycznego proszku, zalewam wodą i mieszam. Nigdy nie sądziłem, że będę się tak żywił przez większość dnia. Nigdy też nie sądziłem, że będę śniadanie, obiad i kolację zamawiał kurierem z Niemiec.

Nie myślę o tym jednak zbyt długo. Naciskam przycisk odtwarzania na głośniku, który całkowicie bezprzewodowo połączony jest z drugim, tworząc zaskakująco dobrze brzmiący (jak na tę cenę) zestaw stereo. Mało tego – przy pierwszej konfiguracji głośniki (z moją niewielką pomocą) same określiły, jak powinny grać, żeby jak najlepiej się uzupełniać i wypełnić dźwiękiem całe pomieszczenie. I to działa.

Skąd płynie muzyka? Nie wiem, nie interesuje mnie to. Może z jakiegoś serwera w Niemczech, może w Wielkiej Brytanii, może ze Stanów Zjednoczonych. Płyt kompaktowych już dawno nie mam, nawet nie miałbym gdzie ich słuchać. Nawet moja pieczołowicie budowana (i raczej nie do końca legalna) kolekcja MP3 z czasów młodości gdzieś wyparowała. Nie była po prostu potrzebna.

Wypijam słodką breję, która starczy mi na kilka dobrych godzin, chyba że pójdę pobiegać, i zerkam na zegarek. Tak, nie spałem zbyt dobrze. Tak, pracowałem do późna, a potem czytałem – oczywiście nie papierową książkę, a jej cyfrowy odpowiednik. Papierowych książek też staram się zresztą pozbywać z domu – od lat stanowią tylko siedlisko kurzu i marną dekorację.

Myśląc o książkach, obiecuję sobie – to kolejna wiecznie niespełniona obietnica – że dzisiaj pójdę wcześniej spać. Zegarek jednak nie ma litości i nie słucha moich tłumaczeń. Źle spałem, źle się zregenerowałem, za karę dzisiejszy trening powinien być lżejszy. Ok zegarku, niech ci będzie.

Ogarniam się i wychodzę pobiegać. Zegarek dokładnie wie, kiedy się obijam – pospieszając mnie – a kiedy przesadzam – strofując i zalecając spokój. Jeszcze w trakcie treningu wiem, że prawdopodobnie więcej czasu niż na bieganiu spędzę na zagłębianiu się w gąszcz fascynujących wykresów i statystyk. Czasem zastanawiam się, czy nie biegam tylko po to, żeby móc potem usiąść i patrzyć, jak biegłem. Cóż, każda motywacja jest dobra.

Wracam do domu, znów się ogarniam, po czym ponownie kieruję się po jedzenie w proszku. Szybko, wygodnie, nawet trochę smacznie, chociaż bez niezapomnianych doznań. Grunt, żeby organizm nie krzyczał, że go głodzę.

Tym razem podczas konsumpcji nie włączam już muzyki. Sięgam po małe czarne pudełeczko, w którym zamknięta jest cała ludzka mądrość. A przy okazji cała ludzka głupota – choć w tym przypadku nie jestem akurat pewien, czy są jakiekolwiek granice.

To pudełeczko zresztą zapewnia mi niemal nieograniczone możliwości. W każdej chwili mogę niemal wszystko sprawdzić. W każdej chwili mogę się skontaktować niemal z każdym. Mógłbym okrążyć cały świat, wspomagając się tylko tym pudełeczkiem. Mógłbym zapomnieć ze sobą zabrać wszystkiego (może poza ładowarką), ale z tym małym pudełeczkiem bym przeżył. Fascynujące.

Fascynujące tym bardziej, że po chwili pudełeczko to chowam do kieszeni.

Do pracy została jeszcze ponad godzina, więc mam czas, żeby skoczyć do sklepu. Oczywiście nie zabieram portfela ze sobą – ba, nawet nie mam pojęcia, gdzie on leży. Tzn. mógłbym to w dowolnej chwili sprawdzić, ale w sumie mi się nie chce. Zbędny balast, z którego i tak nie skorzystam.

Zerkam na leżące na szafce kluczyki do samochodu. Jest tylko jeden komplet, a to oznacza, że dziewczyna zabrała nasze auto do pracy. Nie mamy drugiego, ale nie jest w ogóle potrzebne. W końcu nie muszę jeździć swoim autem – mogę pojeździć cudzym.

Sięgam po telefon i sprawdzam, czy w okolicy nie stoją jakieś wolne samochody do wynajęcia na te kilka minut jazdy. Jest. Rezerwuję. Docieram do auta, otwieram je – oczywiście smartfonem – uruchamiam – oczywiście bez kluczyka – i ruszam. Nie słysząc przy tym żadnego dźwięku silnika – samochód jest elektryczny, a do tego nie tylko ktoś go za mnie posiada, ale i ładuje, żebym nie musiał się martwić o zasięg. Tak to można.

W trakcie jazdy przypominam sobie jeszcze, że czas najwyższy zapłacić kilka rachunków. Wiem, że gdy dojadę do sklepu, nie będę już o tym pamiętał. Wypowiadam więc magiczne hasło, wywołujące cyfrową asystentkę w moim telefonie, i proszę ją, żeby za godzinę przypomniała mi o zapłaceniu rachunków. Radośnie potwierdza, ja radośnie 30 sekund później zapominam o tym, że miałem cokolwiek zrobić.

Docieram w okolice sklepu, ale nie parkuję pod samym wejściem.

Wręcz przeciwnie – parkuję kawał dalej, bo inaczej narażam się na krytykę ze strony zegarka, według którego powinienem przejść dziennie ileś tam kroków. Ok, zegarku, znowu wygrałeś. Przejdę się.

Zostawiam cudzy elektryczny samochód gdzie mi wygodnie. Na krótkiej drodze do sklepu z rozważań na temat tego, czy zapłacić smartfonem czy zegarkiem, wyrywa mnie powiadomienie na tym drugim. To kamera bezpieczeństwa przed domem. Sięgam więc do kieszeni po telefon, żeby sprawdzić, kto kręci mi się przed domem. Na szczęście to tylko kurier, który ze sporą dozą determinacji dobija się do drzwi. Znam go, mam jego numer, więc szybko dzwonię, żeby schował paczkę na werandzie (ok, miejscu, gdzie będzie weranda, kiedyś), a ja ją sobie odbiorę później. Świat ocalony, jedno awizo mniej.

W sklepie oczywiście nie rozstaję się nawet na chwilę ze smartfonem. A to muszę sprawdzić, czy dany produkt jest zdrowy (serio ktoś kiedyś próbował spamiętać te wszystkie E?), a to dziewczyna siedząca w pracy właśnie dodała coś do listy zakupów – w końcu to dla niej gotuję, swoje pragnienia gastronomiczne zaspokajając proszkiem.

Lista skończona, idę do kasy, po drodze ogarniając jeszcze kilka służbowych spraw przez komunikator. Chowam telefon do kieszeni, wykładam produkty na taśmę i zapowiadam, że będę płacić kartą. Zamiast karty przykładam jednak do terminala zegarek, licząc, że wywołam przynajmniej lekkie zainteresowanie na twarzy sprzedawczyni. Nic z tego, pozostaje całkowicie niewzruszona. Najwyraźniej nie jestem pierwszy.

Czas wrócić do domu. Opcji do wyboru mam multum. Mogę znów wynająć na te kilka minut samochód. Mogę wypożyczyć rower i oddać na jednej ze stacji. Mogę wypożyczyć elektryczną hulajnogę, która bez najmniejszego wysiłku przewiezie mnie pod sam dom. Wybieram jednak nieco bardziej tradycyjny tramwaj, w którym oczywiście znów płacę zegarkiem, po wybraniu na biletomacie odpowiedniego biletu na ekranie dotykowym. Przy czym uświadamiam sobie, że moje pieniądze nie płyną do sprzedawcy z konta prawdziwego banku, a jakiegoś internetowego tworu, który chyba nawet nie ma licencji bankowej w Polsce. Ale co mi tam – w końcu trzymam tam tylko kilkadziesiąt złotych jednorazowo, a jeśli mi zabraknie – mogę w kilka sekund uzupełnić konto.

W kilkadziesiąt sekund po przyjściu do domu muszę natomiast znaleźć się przed komputerem. Przepraszam – w pracy. Jestem oczywiście na bieżąco, bo wszystkie ważniejsze sprawy podpatrywałem jeszcze w tramwaju, na smartfonie.

Zapowiada się kilka albo kilkanaście godzin fascynującej (i mówię to bez sarkazmu) pracy, w której na jednym ekranie rozmawiam z ludźmi z całej Polski, a na drugim – z innych, odległych zakątków świata. W wolnych chwilach, na kolejnym ekranie, przeglądam materiały, które mogą pomóc mi w przyszłości robić lepsze zdjęcia albo pisać lepsze teksty. I nie – nie mam zbytnio pojęcia, kto je stworzył i gdzie mieszka. Czasem to Stany Zjednoczone. Czasem Wielka Brytania. A czasem na przykład Katar. Dobre treści nie znają barier geograficznych w dzisiejszych czasach.

Zerkam jeszcze z ciekawości, co stało się z firmą, od której kupiłem smart pajączka. Ok, przejęła ich inna firma, która teraz planuje robić ubrania, które pomocą starszym osobom się poruszać, wspomagając ich zewnętrznymi mięśniami. Ok, to może mi się przydać, patrząc na kondycję mojego kręgosłupa.

I tak siedząc i pracując, zastanawiam się, kiedy w końcu przyjedzie do mnie na testy kolejny samochód. Kolejny samochód, w którym będę sprawdzał, jak daleko da się zajechać na autostradzie bez znaczącego udziału kierowcy…

Niektórzy mówią: kiedyś to było. Ja mówię: teraz to jest!

I od razu dodaję: a i jeszcze będzie!

Jestem oczywiście w pełni świadomy, że pewnie każde pokolenie (albo przynajmniej spora część z nich) było i jest przekonane, że to właśnie za jego życia dzieje się najwięcej. I nie będę tutaj nawet stawiał tezy, że to moje pokolenie jest tym wybranym.

Fascynujące jest jednak to, jak szybko wszystkie te nowości stały się absolutnym i niezauważalnym standardem. O ile bowiem nieco sfabularyzowałem tę opowieść (ale tylko na zasadzie sklejenia wszystkiego w jeden dzień – poza tym nic nie jest zmyślone), o tyle naprawdę pewnego dnia obudziłem się, wykonałem większość czynności z powyższej listy i dopiero pod wieczór zorientowałem się, że moje życia zaczyna wyglądać tak, jak wyglądało w moim dzieciństwie wyłącznie na filmach science-fiction. Zabrakło tutaj tylko naręcznego komunikatora, ale to też już mamy – po prostu nie wkleiłem tego fragmentu do tekstu, bo aktualnie korzystam z innego zegarka, który tego nie potrafi. Jeszcze.

Zaskoczyło mnie też, jak dyskretnie te wszystkie elementy przyszłościowej układanki dostały się do mojego życia. Na tyle dyskretnie, że przez miesiące, może nawet lata, nie zwróciłem uwagi na to, że korzystam w większości z produktów, które w mojej młodości nie istniały. Ba, których istnienia nawet sobie nie wyobrażałem.

Żeby nie było – ta młodość wcale nie jest tak odległa. Według kalendarza mam 31 lat, choć zdania na ten temat są podzielone. Garmin twierdzi, że mam 20 lat. Dziewczyna z kolei – że mam 12 albo 13. Ale nie zmienia to faktu, że to, jak wygląda mój dzień, jak działa mój dom, jak pracuję, jak korzystam z życia, ba, nawet to, jak jem, zmieniło się w zaledwie kilka lat.

I strasznie już nie mogę doczekać się momentu, kiedy przekonam się, co nowego przyniosą nam kolejne lata.

Bo tak – teraz to jest, ale za jakiś czas to dopiero będzie!

Dołącz do dyskusji