Jakarta nie taka straszna, jak ją malują. Ma metro, ładne centrum i doskonałe jedzenie

Artykuł/Podróże 03.08.2019
Jakarta nie taka straszna, jak ją malują. Ma metro, ładne centrum i doskonałe jedzenie

Jakarta nie taka straszna, jak ją malują. Ma metro, ładne centrum i doskonałe jedzenie

Czyli dlaczego nie powinniśmy unikać Jakarty, planując podróż do Azji.

Jakarta z pewnością nie znajduje się na czele podróżniczych planów polskich turystów. Przytłacza ich ogrom azjatyckiej, rozwijającej się metropolii i denerwuje hałas dobywający się z tysięcy skuterowych silniczków. Irytuje nagabywanie na okazyjne przeceny czy podwózki, brak chodników czy wartych zobaczenia zabytków. Dobijają walające się śmieci i dzieci żebrzące na ulicy.

Faktycznie, coś w tym jest. Już w momencie, kiedy stoimy na lotnisku w oczekiwaniu na Go-Jeka (miejscowy odpowiednik Ubera, którego nazwa pochodzi od ojeka – motocyklowej taksówki) i przesiąkamy spalinami oraz potem, czujemy, że wolelibyśmy spędzić kolejną noc w niewygodnym, samolotowym fotelu.

Przyjemność ze zwiedzania każdego nowego miejsca jest wprost proporcjonalna do naszego nastawienia.

Jakartę można potraktować jak molocha, którego najlepiej odwiedzić na dwie godziny przesiadki w czasie kursu na Bali. Ale można też otworzyć się na miasto i spróbować poznać życie lokalnych mieszkańców, kolonialną historię stolicy, wąski zaułki Chinatown i szerokie prospekty centrum biznesowego.

Jakarta nie zawsze nosiła to imię. Właściwie przez większą część swojej historii nazywała się zupełnie inaczej. Miasto zostało założone pod koniec IV w. jako Sunda Kelapa. Nieco ponad milenium później nazwę zmieniono na Jayakartę. W 1619 r. zdobyli je Holendrzy. Konkwistadorzy założyli na terenie Jayakarty nową twierdzę – Batavię, która stała się sercem holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej – największej firmy swoich czasów.

Właśnie holenderskiemu panowaniu zawdzięczamy postkolonialny charakter starówki i otaczającej ją ulic.

Na głównym rynku znaleźć możemy wielu przedsiębiorców, którzy za drobną opłatą pożyczą nam na jakiś czas rower – Holendra, a nawet oprowadzą po mieście. Naszym zadaniem będzie – jedynie – przeżycie w pędzącym na złamanie karku ruchu ulicznym.

Jeśli zaś jednoślady nie są naszą mocną stroną, Jakarta daje również możliwość podróżowania komunikacją publiczną.

To chyba moja największa niespodzianka z pobytu w stolicy Jakarty. Po mieście jeździ bardzo dużo autobusów. Jeśli komuś niestraszne stosunkowo duże odległości pomiędzy przystankami, może z powodzeniem poruszać się busami.

Wystarczy nabyć kartę za 10 zł (40 tys. rupii) i zbliżeniowo opłacać przejazdy – jeden kosztuje złotówkę (4 tys. rupii.). Niska cena sprawia, że ten środek transportu jest w mieście szczególnie popularny.

Panie mają swoje własne „przedziały” z przodu autobusu. Wprowadzono je po doniesieniach o przypadkach molestowania, kiedy autobus był szczególnie zatłoczony. Teraz porządku na pokładzie pilnuje również dedykowana osoba.

Osobliwe są również przystanki autobusowe. Aby się do nich dostać, trzeba wspiąć się po schodach na wiadukt nad ulicą, aby później przedostać się na przystanek zlokalizowany pomiędzy pasami jezdni.

Przystanki wznoszą się nad ulicę, więc dostosowane do nich zostały również autobusy. Drzwi znajdują się metr nad ziemią, co sprawia, że należy szczególnie uważać przy wchodzeniu, bo źle postawiona stopa, może skutkować upadkiem pomiędzy autobus a przystanek.

Taki system eliminuje jazdę na gapę, ale jednocześnie wyklucza niepełnosprawnych. Widziałem tylko kilka przystanków, które przystosowane były do obsługi wózków inwalidzkich.

Mniej więcej podobna liczba przystanków przystosowana jest również do potrzeb religijnych. Na największych z nich można znaleźć musalle, a więc niewielkie miejsca do umycia się przed modlitwą i do samej modlitwy.

Popularnym środkiem transportu są również bajaje, czyli niewielkie trzykołowe riksze, które swoją nazwę wzięły od indyjskiego producenta – Bajaj Auto. Można je zamówić w aplikacji albo bez niej, negocjując cenę z kierowcą.

Bajaje nie mogą jednak uciec od jednego z największych koszmarów Jakarty – korków. Autobusy mają dedykowane linie, więc ten problem ich nie dotyczy.

Najszybciej po Jakarcie można się poruszać metrem. Nie dociera ono jednak jeszcze do samego wybrzeża i starego miasta. Ma to się stać dopiero w 2024 r., kiedy zakończy się druga faza budowy. Pierwsze trzynaście stacji (obrazek poniżej) oddano do użytku w marcu 2019 roku.

Najbardziej na północ wysunięta stacja metra znajduje się w biznesowym centrum Jakarty. To najnowocześniejsza dzielnica, która momentami przypomina europejskie miasta. Mamy więc szerokie chodniki, luksusowe hotele i ogromne centra handlowe.

Wzrost gospodarczy (liczony PKB) Indonezji w ostatnich lata oscyluje wokół 5-6 proc. Najbardziej korzysta na tym stolica, która w ciągu ostatnich 70 lat urosła z 1,4 mln mieszkańców do blisko 11 mln.

W samym sercu Jakarty znajduje się Pomnik Narodowy (National Monument). Wysoka, smukła wieża, symbolizująca walkę o niepodległość kraju. Otacza ją ogromny plac, który służy do organizacji festynów czy defilad.

Nieopodal zbudowano również Meczet Niepodległości (Istiqlal Mosque). To największy meczet w Azji Południowo-Wschodniej i trzeci co do wielkości meczet sunnicki. Może pomieścić aż 200 tys. ludzi.

Po drugiej stronie ulicy znajduje się zaś katolicka Katedra z 1901 r. Katolicy stanowią blisko 3 proc. ludności Indonezji, ale niestety zdarzają się incydenty, w których zabrania się im celebracji swoich świąt. W samej Jakarcie mieszka ponad 300 tys. katolików.

Przechadzając się ulicami Jakarty, można również trafić na bardzo osobliwe kościoły. Ten poniższy powstał w zaadaptowanej świątyni buddyjskiej, o czym świadczy m.in. charakterystyczny dach.

W celu dostosowania religii do lokalnych realiów postaci świętych zostały… zorientalizowane.

Wewnątrz zachowano również oryginalne wyposażenie.

W o wiele trudniejszej sytuacji w Indonezji była niedawno inna mniejszość – osoby chińskiego pochodzenia. W 1998 r. w największych miastach kraju doszło do zamieszek spowodowanych złą sytuacją gospodarczą i wysokim bezrobociem. Gniew tłumu skierował się właśnie przeciwko osobom wywodzącym się z Państwa Środka. Rozruchy doprowadziły do palenia supermarketów czy zamieszek w dzielnicach zamieszkanych przez Chińczyków. W Chinatown w Jakarcie do dziś można zobaczyć efekty tamtych niepokojów. Większość domów ma zakratowane wszystkie okna czy wejścia, choć minęło ponad 20 lat.

Buddyści mogą na szczęście w spokoju praktykować swój kult.

Dach, jaki widzicie powyżej, kontrastować może z ozdobnym dachem świątyni katolickiej. Różnicę można zaś zrzucić na karb pożaru, jaki kilka lat temu strawił świątynię. Winowajczynią była przewrócona świeca. Dlatego dziś wszystkie one zamocowane są w stojakach.

W Chinatown znajduje się mnóstwo sklepów z niezbędnymi im dewocjonaliami. Ciekawsze mogą być jednak gadżety, którymi buddyści starają się odganiać złe duchy. To np. lusterko wieszane na fasadzie budynku. Zapewnia ono, że potwór, który będzie chciał nawiedzić domostwo, najpierw zobaczy swoje odbicie, którego się przestraszy i ucieknie.

Dominująca religią Indonezji jest oczywiście islam, który praktykuje 9 na 10 mieszkańców. Indonezję odwiedziłem akurat w trakcie ramadanu, czyli świętego miesiąca, w czasie którego wyznawcy poszczą od świtu do zmierzchu. Na zdjęciu poniżej ludzie, którzy na placu starego miasta zebrali się na kilka chwil przed zmierzchem. Czekają tylko na sygnał z minaretu, że można już rozpocząć ucztę.

A Indonezyjskie jedzenie to prawdziwa przyjemność. Koran zabrania muzułmanom spożywania wieprzowiny, więc szczególnie popularna jest wołowina. Szukałem więc najciekawszych sposobów jej podania.

Krowi język:

Krowi ogon:

Prażona skóra krowy:

Doskonałe są również owoce morza i ryby – w końcu Jawa do wyspa, a Jakarta jest jej największym portem. Na zdjęciu poniżej widać również szczególnie częstą praktykę – kelnerzy najpierw przynoszą rachunek, a później odznaczają na nim kolejno wszystkie dostarczone dania.

Jeśli już przy owocach morza jestesmy, to szczególnym przysmakiem i afrodyzjakiem ma być ogórek morski.

Ogórek morski jest jedną z najdroższych rzeczy do jedzenia, które mogłem kupić na lokalnym targu. Poza nim jedzenie jest na ogół kilkukrotnie tańsze niż w Polsce. Poniższy prosty obiad, złożony z jajecznicy, smażonego ryżu, ogórka i kilku chipsów, kosztował mnie równowartość 3 zł (11 tys. rupii).

Wegetarianie nie mają w Jakarcie łatwego życia. Ratują ich m.in. knajpki, które smak i teksturę mięsa symulują… grzybami:

Wśród napojów niepodzielnie panuje woda kokosowa. Zwróćcie szczególną uwagę na etykietę kokosa.

Cafe Batavia to najpiękniejszy postkolonialny budynek w całej Jakarcie. Powstał w latach 30. XIX wieku i po odrestaurowaniu służy za restaurację.

Po kończyć przygodę z Jakartą, która nie okazała się tak straszna, jak ją inni podróżnicy malują. Wręcz przeciwnie! Zachwyciła postkolonialnym dziedzictwem i ciekawostkami rozwijającej się metropolii. Świetnego wrażenia dopełniło przestronne lotnisko – Bandara Soekarno-Hatta, które należy do najpopularniejszych lotnisk w Azji. W zeszłym roku odwiedziło je blisko 67 mln osób – nieco więcej niż lotnisko w Singapurze i cztery razy więcej niż lotnisko Chopina.

Dołącz do dyskusji