Specyfikacja to nie wszystko. Po dwóch tygodniach z Canonem EOS R rozumiem, dlaczego znani twórcy wybierają go zamiast Sony czy Nikona

Felieton/Foto 27.08.2019
Specyfikacja to nie wszystko. Po dwóch tygodniach z Canonem EOS R rozumiem, dlaczego znani twórcy wybierają go zamiast Sony czy Nikona

Specyfikacja to nie wszystko. Po dwóch tygodniach z Canonem EOS R rozumiem, dlaczego znani twórcy wybierają go zamiast Sony czy Nikona

W poszukiwaniu nowego aparatu (a w zasadzie to całego systemu) spędziłem ostatnie dwa tygodnie z Canonem EOS R i obiektywem 28-70 mm f/2.0 RF. Już rozumiem, dlaczego tak wielu twórców stawia na ten aparat.

Na początku postawmy sprawę jasno – obiektywnie rzecz ujmując Canon EOS R to najsłabszy, najmniej zasobny w funkcje, najgorzej wyceniony spośród „wielkiej trójki” pełnoklatkowych bezlusterkowców: EOS-a R, Sony A7III i Nikona Z6.

Pełną recenzję autorstwa Marcina Połowianiuka znajdziecie tutaj – Marcin doskonale wyszczególnił w niej, co w Canonie EOS R jest dobrego, a co niezbyt dobrego. Z rzeczy, które mnie osobiście bolały najbardziej, podchodząc do prywatnych testów EOS-a R, mogę wymienić:

  • potężny crop w wideo 4K
  • miękkie wideo w 4K
  • pojedynczy slot na kartę SD
  • brak IBIS
  • niska szybkostrzelność (teoretycznie 5, realistycznie 3 FPS w trybie AF Servo)

Podchodziłem do tego testu bardzo zachowawczo, tym bardziej, że poprzednie dwa tygodnie spędziłem z obiektywnie najbardziej uniwersalnym bezlusterkowcem na rynku: Sony A7III.

I prawdę mówiąc, nie mając uprzedniego doświadczenia z EOS-em R, oceniając go tylko na bazie specyfikacji i zasłyszanych opinii, nie mogłem się nadziwić, dlaczego tak wielu cenionych przeze mnie twórców wybiera ten aparat.

Na YouTubie pełno jest filmów pod tytułem „przesiadłem się z Sony A7III na Canona EOS R”. Jedni z moich ulubionych youtuberów – Peter McKinnon i Matti Haapoja – również używają EOS-a R, choć są influencerami o takim kalibrze i zasięgach, że na jedno pstryknięcie mogliby poprosić dowolną markę o dowolny system, i pracować na jakimkolwiek sprzęcie by chcieli.

Ba, ostatnio nawet Matt D’avella, filmowiec, którego niezwykle cenię, pochwalił się na Twitterze, że również zamówił Canona EOS R, choć dotychczas używał bezlusterkowców Sony.

Gdzie w tym sens? Gdzie logika? Czy Canon ma aż tak duże budżety, by opłacić tych wszystkich youtuberów (spoiler: nie ma), czy może EOS R faktycznie ma do zaoferowania coś, czego w specyfikacji nie widać?

Oto moja – wysoce subiektywna – lista zalet i wad. Przez te pierwsze naprawdę trudno było mi się rozstać z aparatem. Te drugie zaś sprawiają, że prawdopodobnie nie zastąpi on mojego obecnego systemu.

Canon EOS R – subiektywne zalety

Rację miał Marcin Połowianiuk, pisząc w recenzji, że „Canon EOS R ma w sobie coś, co sprawia, że fotografowanie jest czystą przyjemnością”.

Canon EOS R - opinie

Tak, jego specyfikacja jest nieco wybrakowana. Tak, jest odrobinę za drogi względem konkurencji. Ale ani Nikonem Z6, a już z całą pewnością Sony A7III nie fotografowało mi się tak przyjemnie.

Wynika to głównie z faktu, jak przemyślaną i ergonomiczną konstrukcją jest Canon EOS R. Korpus idealnie leży w dłoni, przyciski mieszczą się dokładnie tam, gdzie być powinny. Nic nie stoi na drodze między fotografem, a fotografią.

Myślałem, że Nikon Z6 jest wygodny w obsłudze. Przy Canonie EOS R jednak nawet on wymięka. Canon jakimś cudem zaprojektował aparat, który nawet w tandemie z monstrualnie wielkim 28-70 mm f/2.0 RF pozostaje wygodny, nawet po kilku godzinach pracy. Nie mogę tego samego powiedzieć o Sony A7III z obiektywem 24-70 mm f/2.8 G-Master, który po kilkunastu minutach przyprawiał mnie o ból nadgarstka.

Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do obsługi dziwacznego paska dotykowego. Z początku kilka razy przez przypadek przełączyłem aparat w tryb ISO-auto, bo domyślnie pojedynczy dotyk paska właśnie tak działa. Wystarczyła jednak chwila zabawy ustawieniami i kilkadziesiąt klatek później korzystanie z paska dotykowego weszło w krew.

Nie przeszkadzał mi ani trochę brak joysticka. Jeśli o mnie chodzi, wolę solidny d-pad wspierany przez ustawianie ostrości panelem dotykowym, niż przeciętnej jakości joystick, jak w Sony A7III, czy pożałowania godny, jak w aparatach Fujifilm.

Nie brakowało mi ani przez sekundę pokrętła PASM, na co narzeka wielu stałych bywalców grupek fotograficznych. Przełącznik trybów w formie przycisku zdaje egzamin idealnie, a po prawdzie sam bardzo, bardzo rzadko wychodzę z trybu manualnego, więc nawet gdybym miał pokrętło PASM, pewnie nigdy bym z niego nie skorzystał.

Ogromną zaletą EOS-a R i cechą, którą konkurencja powinna bezczelnie skopiować, jest automatyczne opuszczanie migawki po wyłączeniu aparatu lub przy zmianie obiektywów. Sensory aparatów bezlusterkowych są szczególnie narażone na pyłki i brud, gdyż od świata zewnętrznego nie oddziela ich lustro, jak w lustrzankach. Canon rozwiązał ten problem opuszczając migawkę, więc na czas wymiany szkieł sensor jest chroniony przed zabrudzeniami – genialne!

canon eos r recenzja
Fot: Marcin Połowianiuk

Nie miałem też problemu z niską szybkostrzelnością EOS-a R, bo zazwyczaj fotografuję obiekty, które nigdzie nie uciekają. A do okazjonalnego strzelenia kilku fotek psu na plaży, te 3 FPS-y w zupełności wystarczyły. Obiektywnie to oczywiście wada, wykluczająca EOS-a R z jakichkolwiek zastosowań sportowych, ale subiektywnie? Było mi to kompletnie obojętne.

Ekran i wizjer to ogromna siła Canona EOS R.

Po dwóch tygodniach z Sony A7III i roku z Olympusem EM1 mk II, które wizjery i ekrany mają na poziomie ledwie akceptowalnym, spojrzenie przez wizjer EOS-a R było ożywczym doświadczeniem.

Panel OLED o rozdzielczości 3,69 mln pikseli to jeden z najlepszych wizjerów, z jakimi w życiu miałem do czynienia. Podobno przebija go tylko wizjer nowego Panasonica S1, ale tego nie sprawdziłem, więc nie potwierdzę.

Canon EOS R - opinie

Równie dobre wrażenie zrobił na mnie ekran. Czytelny nawet w słońcu, a – co dla mnie bardzo ważne – także odchylany. Obiektyw 28-70 mm niezbyt nadaje się do vlogowania ze względu na gargantuiczny rozmiar, ale już obracany ekran wespół z idealnie działającym AF w wideo sprawiają, że EOS R to kapitalny aparat do filmowania samego siebie. Zresztą, wystarczy tylko spojrzeć na ostatnie filmy wspomnianego Petera McKinnona czy Mattiego Haapoi, by zobaczyć, jak dobrze się spisuje bezlusterkowy Canon.

Autofocus jest bezbłędny.

Po tym, jak nieco rozczarował mnie autofocus Nikona Z6, ustawianie ostrości w Canonie EOS R było naprawdę wspaniałym doświadczeniem, porównywalnym z Sony A7III. Ten aparat prawie nigdy nie pudłuje. Oczywiście tryb Eye-AF nie jest aż udany jak w aparatach Sony, ale w innych trybach Canon nie ustępuje swojemu rywalowi ani o krok.

Wisienką na torcie jest szybkość działania interfejsu. Na tle powolnego Sony A7III Canon EOS R wypada rewelacyjnie, a do tego menu i ustawienia są poukładane w bardzo logiczny sposób, więc nawet osobie, która na co dzień nie fotografuje Canonem, łatwo jest się odnaleźć.

Pełne zaufanie do AF, w połączeniu ze znakomitą ergonomią i komfortem obsługi sprawiało, że EOS-em R zdjęcia robiły się same.

A po zrobieniu zdjęcia w zasadzie same się obrabiały. Dookoła kolorów Canona narosło wiele mitów i legend, ale faktycznie coś w tym jest, że przy RAW-ach z Canona zawsze mam najmniej roboty, bo kolory „prosto z pudełka” są dokładnie takie, jakie chciałbym, żeby były. Automatyczny dobór balansu bieli również zawsze trafia.

Canon EOS R - opinie

Obrazek z 30,3-megapikselowej matrycy Canona EOS R ma w sobie po prostu takie „coś”, co sprawia, że zdjęcia wychodzą o oczko lepsze niż w aparatach konkurencji. A czyż koniec końców nie o to właśnie chodzi?

Google Pixel 3a XL opinie

WD My Passport Go

Podobne odczucia miał Marcin Połowianiuk w swojej recenzji. Tutaj kilka przykładowych zdjęć jego autorstwa:

Fot: Marcin Połowianiuk
Fot: Marcin Połowianiuk
Fot: Marcin Połowianiuk
Fot: Marcin Połowianiuk

Nie rozczarował mnie także akumulator. Z jednego ładowania uzyskałem blisko 600 strzałów, choć nadal irytuje fakt, że aby ładować EOS-a R przez USB-C, trzeba korzystać z dedykowanej ładowarki, a nie np. z pospolitych powerbanków.

Co prowadzi mnie bezpośrednio do rzeczy, które mi w tym aparacie nie zagrały.

Canon EOS R – subiektywna lista wad

Nie ma co się oszukiwać – dedykowana ładowarka ma tylko jedno uzasadnienie, i jest nim chęć zarobku na akcesoriach. Co prowadzi mnie w prostej linii do największego zarzutu, jaki mam względem EOS-a R: on jest po prostu za drogi.

Aktualnie korpus w zestawie z adapterem do obiektywów EF kosztuje 9500 zł. Dla porównania, Nikon Z6 z adapterem kosztuje blisko 1000 zł mniej, podobnie jak korpus Sony A7III.

canon eos r recenzja
Fot: Marcin Połowianiuk

Jako że nie posiadam żadnych obiektywów Canona, boli mnie też dostępność i cena obiektywów. Testowany przeze mnie 28-70 mm f/2.0 to cudowne szkło, ale kosztuje blisko 13 tys. zł. Natywnego 24-70 f/2.8 nie ma. Natywnej taniej 50-tki nie ma. Z relatywnie tanich szkieł jest tylko 35 mm f/1.8 RF Macro.

Oczywiście to sytuacja przejściowa; Canon już zapowiedział kilka fantastycznych obiektywów, które pojawią się jeszcze w tym roku, w tym zminiaturyzowane 70-200 mm f/2.8 i poręczny 15-35 mm f/2.8. Nie zmienia to jednak faktu, że szukając odrobinę tańszych rozwiązań, musimy sięgnąć po szkła do lustrzanek Canona. Działają one co prawda bezbłędnie z adapterem, ale jaki jest sens kupowania szkieł ze starego systemu, skoro zaraz zastąpią je szkła z nowego?

To wszystko sprawia, że Canon EOS R jest – przynajmniej dla mnie – najmniej ekonomicznie opłacalnym wyborem. O wiele taniej mogę kupić Sony A7III z zestawem podstawowych stałek, lub Nikona Z6, do którego zaadaptuję posiadane obiektywy pod bagnet Nikon F.

Trudno przeboleć jeden slot na karty pamięci.

Nie rozumiem decyzji Canona o zastosowaniu pojedynczego slotu na karty SD. Zwłaszcza że w korpusie jest dość miejsca, by zmieścić podwójny slot. To z marszu dyskwalifikuje EOS-a R w oczach fotografów trudniących się reportażem, czy fotografów ślubnych, gdzie obowiązuje prosta zasada: backup, backup, backup. Tymczasem w EOS-ie R kopii zapasowej nie zrobimy. Jeśli karta SD UHS-II umrze, to materiał przepada.

Uczciwie mówiąc, jeszcze nigdy w życiu nie uszkodziłem karty SD. Wolę jednak dmuchać na zimne, więc brak podwójnego slotu jest dla mnie trudny do przełknięcia. Gdybym pojechał na ważną konferencję lub robił zlecenie dla klienta, nie mając opcji backupu wprost w aparacie, stresowałbym się tym przez cały czas.

Canon EOS R opinie

Brak IBIS o dziwo nie bolał aż tak, jak myślałem, że zaboli.

Z tą stabilizacją matrycy w bezlusterkowcach nie jest tak do końca różowo. IBIS spisuje się doskonale w małych matrycach: w takim Olympusie EM1 mk II sensor jest ustabilizowany tak dobrze, że nagrania wideo wyglądają jak kręcone z gimbala.

Tymczasem w Sony A7III czy Nikonie Z6 IBIS jest, a jakby go nie było. W wideo może i stabilizuje on statyczne kadry, usuwając mikrodrgania, ale wystarczy najdrobniejszy ruch, by stabilizacja zaczynała nieprzyjemnie szarpać obrazkiem – a taki artefakt o wiele trudniej usunąć w postprodukcji (może to być nawet niemożliwe), niż ustabilizować delikatne drgania. W efekcie stabilizacja robi się dość… bezużyteczna.

Canon EOS R opinie

Braku IBIS w Canonie EOS R nie odczułem przesadnie. W zdjęciach raczej nigdy nie schodzę poniżej 1/50s czasu naświetlania bez statywu, a do tej wartości EOS R był perfekcyjnie stabilny. Co się zaś tyczy wideo, podobno EOS R doskonale współpracuje z obiektywami wyposażonymi w stabilizację, ale nie miałem okazji tego sprawdzić. Mogłem przetestować tylko stabilizację cyfrową, która – o dziwo – całkiem ładnie wyrównuje obrazek, ale okupiona jest delikatnym cropem, co czyni ją bezużyteczną w 4K, gdzie już natywnie mamy 1,7x crop.

O ile obrazek jest śliczny, o tyle możliwości wideo w Canonie EOS R nie zadowalają.

4K z cropem, w dodatku nagrywane w bardzo ociężałym kodeku. Brak 120 FPS w Full HD. Canon robi, co może, by filmowcy nie porzucili swoich drogich kamer kinowych z serii Canon C na rzecz małych, poręcznych bezlusterkowców.

A szkoda, bo gdyby Canon EOS R zaoferował nagrywanie w jakości zbliżonej do Sony A7III, z pełnym odczytem matrycy w 4K, połączone z doskonałym autofocusem, Canon miałby w swoim portfolio propozycję nie do odrzucenia.

Tymczasem o filmowaniu Canonem EOS R można powiedzieć więcej złego niż dobrego, choć dobre rzeczy też występują. Np. asystent manualnego ostrzenia w formie trzech zbiegających się ze sobą trójkątów, wspomniany już odwracany ekran czy zaskakująco wysoki bitrate w Full HD (480 MB/s), który sprawia, że nagrania w Full HD wyglądają… ostrzej, niż te nagrane w 4K. YouTuberzy korzystający z EOS-a R zarzekają się zresztą, że takie rozwiązanie jest lepsze, a obrazek nagrany w Full HD EOS-em R i wyeksportowany do 4K jest nie do odróżnienia od materiału nagranego natywnie w 4K innym aparatem.

Canon EOS R opinie

Czy Canon EOS R będzie moim następnym aparatem?

Prawdopodobnie nie. Choć bardzo bym chciał, żeby nim był. Pomimo rozlicznych wad i obiektywnie najmniejszej opłacalności spośród „wielkiej trójki”, to właśnie EOS-em R fotografowało mi się najprzyjemniej, to z niego uzyskałem najładniejszy obrazek, to on najbardziej mnie zaskoczył.

Nie mogę jednak przedkładać przyjemności i wygody obsługi nad realne możliwości aparatu, które – na tle Nikona Z6 i Sony A7III – zwyczajnie mają braki, nad którymi trudno jest przejść do porządku dziennego. Tym bardziej, że koszt zakupu EOS-a R i obiektywów jest wyższy niż u konkurencji.

Z drugiej jednak strony… rok temu kupiłem Olympusa, wiedziony jego możliwościami. Ostatecznie jednak okazało się, że co z tego, że aparat może wszystko, skoro produkowany przez niego obrazek jest – delikatnie mówiąc – przeciętny?

Może więc to właśnie przyjemność z fotografowania i finalna jakość obrazka powinny być tym, na co najbardziej zwracamy uwagę przy wyborze aparatu, a nie surowa specyfikacja i ogrom możliwości?

Jeśli tak, to Canon EOS R jest aparatem najlepiej ilustrującym tę filozofię.

Dołącz do dyskusji